popmoderna Grey's Anatomy
ARTYKUŁY | 02.06.2014

Happy end to dopiero początek (10 sezonów „Grey’s Anatomy”)

Ile razy tuż przed zaśnięciem odtwarzałeś nierealistyczne scenariusze w swojej głowie? Ile razy najlepsza riposta przychodziła ci na myśl tuż po fakcie? Ile razy plułeś sobie w brodę za niewykorzystane okazje, klnąc, że teraz inaczej byś to rozegrał? Potem siadasz przed komputerem lub telewizorem, żeby obejrzeć swój ulubiony serial, i to jest to, czego chcesz – by wydarzyły się tam rzeczy, które nie mogą naprawdę. Chyba że oglądasz Grey’s Anatomy (w Polsce – Chirurgów) – wtedy możesz tylko pokręcić głową i wysyczeć: „A fe, Shonda, a fe, sam bym to lepiej wymyślił”.

Dziesiąty sezon był ważny z co najmniej dwóch powodów – po pierwsze dlatego, że to już dziesiąty sezon, a po drugie, bo wraz z jego końcem z serialu odchodzi Sandra Oh grająca Cristinę Yang, jedną z najbardziej charakterystycznych i najdłużej obecnych w nim postaci. To, jak Shonda Rhimes upora się z zadaniem wyprowadzenia jej z serialu, było przedmiotem licznych kontrowersji, o których autorka najwyraźniej dobrze wiedziała, bo zagrała nimi w ostatnim odcinku. Nie zdradzając zbyt wiele tym, którzy jeszcze finału nie widzieli, powiem tylko, że dał fanom wiele powodów, by skwaszeni wykrzyczeli: „A fe, Shonda, a fe! Znamy Cristinę 9 lat, zasłużyliśmy na lepsze pożegnanie” (pierwszy odcinek serialu wypuszczono pod koniec marca 2005 roku).

Jestem ostatnią osobą, która zarzucałaby Grey’s Anatomy hiperrealizm. Liczba katastrof, wypadków i nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, jaka spotyka chirurgów z Seattle, jest nieprawdopodobna. Wiarygodni pozostają jednak bohaterowie, co wciąż nie jest typowe – częściej autorzy z sezonu na sezon „zmuszają” bohaterów do coraz bardziej absurdalnych decyzji, aż wreszcie serial staje się karykaturą samego siebie (co moim zdaniem spotkało m.in. Lost). Bohaterowie Grey’s Anatomy – wahający się, niemający na wszystko właściwych odpowiedzi, zachowujący się niemądrze, kłócący o bzdury, zaaferowani przyziemnymi, ludzkimi problemami – to nie postacie, których błyskotliwe riposty chcielibyśmy mieć na t-shircie, ale takie, które przypominają naszych znajomych. To nie są superbohaterowie, wyglądający zawsze perfekcyjnie, nieskażeni zmęczeniem i niezmiennie odważnie opowiadający się za dobrem przeciwko wszechobecnemu złu. Jedyne, co jest w nich superbohaterskiego, to niezwykły talent, ale ich życie zawodowe też nie jest kolorowe – a błędy, które popełniają, miewają tragiczne konsekwencje. To postacie, które nie całkiem, a na pewno nie zawsze dają się lubić, przez całe 10 sezonów jednak nie zachowały się ani razu w sposób, o który nie mogłabym ich podejrzewać, gdyby istniały naprawdę. Tak jak życie nigdy nie daje w pełni satysfakcjonujących rozwiązań, tak samo jest z oglądaniem Grey’s Anatomy.

Mimo pozornych podobieństw serial ma się tak do filmu, jak długoletni związek do jednonocnego romansu. Wydaje się, że w efekcie widz staje się bardziej empatyczny wobec bohaterów. Dlatego tak cenne jest, gdy twórcy seriali mają odwagę podejmować ważne kwestie społeczne. Grey’s Anatomy robi całkiem sporo na tym polu i nie chodzi tylko o dobór aktorów, który odbył się przez tzw. colour-blind casting. Wiele odcinków porusza problemy związane z dyskryminacją w sposób otwarty – na przykład gdy czarnoskóra lekarka musi ratować życie neonazisty.

Serial porusza także znany, choć wciąż niedoreprezentowany problem odkrywania orientacji seksualnej, wyróżnia się jednak, prezentując bohaterkę nie tylko nieheteronormatywną, ale nawet niehomonormatywną, bo biseksualną. To ważny głos w dyskusji o biseksualności jako przyczynie nieraz podwójnej dyskryminacji. Rhimes stara się także pokazać inny niż stereotypowy wizerunek osób o mniejszościowej orientacji – postacie dowodzą, że nie musi ona wpływać na prezentowany przez nie światopogląd, że nie kłóci się z religijnością czy silnym przywiązaniem do rodziny.

Przede wszystkim jednak Grey’s Anatomy  to bardzo udany manifest feministyczny, który na wielu płaszczyznach obnaża patriarchalizm społeczeństwa. Po pierwsze – ukazuje mechanizmy władzy, szczególnie widoczne w zhierarchizowanej strukturze szpitala. Służbowe podporządkowanie przekłada się na nierówność w życiu osobistym, małżeństwo, które rozpoczęło się jako romans stażystki z lekarzem prowadzącym, napotyka komunikacyjne problemy nawet w długi czas po tym, jak znikają formalne przeszkody do niego. Ty zawsze będziesz tym gwiazdorskim chirurgiem, a ja zawsze będę tą stażystką, która się w tobie zakochała – zarzuca swojemu partnerowi główna bohaterka, Meredith Grey.

Te relacje stanowią tło dla drugiego problemu – podziału obowiązków dnia codziennego. Meredith, świetnie grana przez Ellen Pompeo, stara się znaleźć równowagę pomiędzy życiem osobistym a zawodowym, i choć jej mąż Derek Shepherd (Patrick Dempsey) musi uporać się z tym samym, to ich sytuacja nie jest podobna, bo społeczne oczekiwania wobec nich są odmienne. To rodzi frustrację głównej bohaterki, która nie chce być zmuszona do wybierania pomiędzy byciem dobrym chirurgiem a dobrą matką. Sytuację komplikują trudne relacje Meredith ze zmarłą już matką, słynną Ellis Grey. Staje się ona punktem odniesienia wielu działań bohaterki, która usiłuje wyjść z jej cienia jako chirurg i nie chce pójść w jej ślady jako matka. Problemy Meredith demaskują feministyczny sen o tym, że można „mieć to wszystko” i nic nie stracić. Praktycznie wszystkie postacie w serialu stają przed tym dylematem, czasem – jak Cristina – wybierając całkowite oddanie karierze.

Rhimes podejmuje także problem aborcji i celebruje prawo wyboru, choć ujawnia jego cienie – decyzja przyjaciółki Meredith o usunięciu ciąży nie tylko była trudna, ale też przyczyniła się do rozpadu jej związku. By postawić kropkę nad i w tym feministycznym manifeście, w serialu napomyka się o nierealistycznym kanonie piękna, któremu kobiece bohaterki starają się sprostać, jednocześnie znajdując jednak czas na sen. Przedmiotowe traktowanie demaskuje z kolei szczególnie zawodowa droga Izzie Stevens (Katherine Heigl), która także rozpoczyna staż w szpitalu w Seattle, jednak jako atrakcyjna blondynka napotyka znacznie większe niż pozostali trudności w pozyskaniu szacunku dla swojej pracy. Musi zmierzyć się z niepoważnym traktowaniem i kpinami, gdy wychodzi na jaw, że pozowała do reklam bielizny.

Z sezonu na sezon serial staje się moim zdaniem coraz bardziej odważny w podejmowaniu trudnych tematów i pokazywaniu mniej cukierkowej wersji rzeczywistości. Dopuszcza do głosu coraz więcej grup, porusza coraz ciekawsze problemy społeczne i upomina się o prawa dla wszystkich bez względu na rasę, orientację, płeć czy religię. Happy end to dopiero początek, problemy nigdy nie rozwiązują się raz na zawsze, słynne „i żyli długo i szczęśliwie” jest bardziej skomplikowane.

Pamiętasz, jak byłaś mała i wierzyłaś w bajki? Leżysz w łóżku nocą, zamykasz oczy i masz stuprocentową pewność. Święty Mikołaj, Wróżka Zębuszka, Książę – byli tak blisko, że mogłaś ich dotknąć. W końcu jednak dorastasz. Pewnego dnia otwierasz oczy i bajka znika – mówi narrator w jednym z pierwszych odcinków. Potem dodaje: Problem polega na tym, że trudno jest dać odejść tej bajce kompletnie. Ponieważ praktycznie każdy ma w sobie odrobinę nadziei lub wiary, że pewnego dnia otworzy oczy i to wszystko okaże się prawdziwe.

Grey’s Anatomy z tą naszą wiarą w bajkę rozprawia się osobliwie, nie niszcząc jej kompletnie, ale nie pozostawiając złudzeń co do jej przynajmniej częściowej iluzyjności. Bajka okazuje się inna, niż się spodziewaliśmy, ale się wydarza. Przede wszystkim zaś tradycyjne szczęśliwe zakończenia nie kończą samej opowieści, a gdy bohaterowie wreszcie mówią sobie „tak”, ich życie nie staje się nagle sielankowe. Wciąż mam niedosyt takich opowieści w telewizji. Wreszcie okazuje się, że miłość nie jest odpowiedzią na wszystko – a czasem nawet zupełnie nie wystarcza, co najlepiej pokazuje związek Cristiny i Owena. Są oni dowodem, że to, co prawdziwe, nie zawsze trwa wiecznie, że choć nic nie wydaje się jeszcze skończone – jak mówi przed odejściem Cristina – to jednak musiało się skończyć. Bo tak w życiu bywa, bo tak bywa w Grey’s Anatomy i mogę tylko powiedzieć: „A fe, Shonda, a fe, taki cudowny serial!”.