gulasz
RECENZJE | 30.06.2014

Gulasz Vargi („Czardasz z mangalicą”)

Krzysztof Varga prowadzi samochód po węgierskich autostradach, drogach szybszego i wolniejszego ruchu, ciasnych uliczkach i nierównych traktach na zapomnianej prowincji. Pochłania furgony pedantycznie wyliczanych – pod oryginalnymi, trudnymi do powtórzenia nazwami – tradycyjnych potraw (vege alert – prawdopodobnie dawno nie czytaliście książki, w której zjedzono by aż tyle zwierząt). Wspomina i podsumowuje, pisze o tym, co przeczytał, rekapituluje przebiegi akcji filmów i wyglądy map. Nie dostaniemy od niego powieści o Węgrzech ani o Budapeszcie: umiem opisać to miasto w szkicu, eseju, może nawet w czymś na kształt reportażu, ale w formie prozy nie umiem i jest to moje kalectwo. Przesadne stwierdzenie: w każdym razie rzekome kalectwo z pewnością nie szkodzi Czardaszowi z mangalicą, owemu czemuś na kształt.

Poprzednia książka Krzysztofa Vargi o Węgrzech, wydana sześć lat temu (również w Czarnym), koncepcyjnie dokładnie zapowiadała Czardasz z mangalicą, nawet podobnie pomyślanym tytułem. Gulasz z turula zaczyna się ekstatycznym opisem dziecięcego zachwytu nad węgierską kuchnią: W dzieciństwie na Węgrzech najbardziej lubiłem zapach rozchodzący się z mieszkań koło godzony trzynastej, kiedy nakrywano do stołu. (…) Zrozumiałem, że (…) jedzenie na pewno nie jest zbyt zdrowe i dietetyczne, ale za to pyszne i błogostanogenne. Nowa książka zupełnie inaczej ustawia chronologię stosunku Vargi-podmiotu do tego samego przedmiotu: Jakoś jedzenie w tamtych czasach z niezrozumiałych powodów mnie nie pociągało, jeszcze do czasów liceum nie pojmowałem fundamentalnej roli jedzenia w bożym planie. Dopiero potem, że tak powiem, dorosłem do jedzenia. Ta sprzeczność w na pozór drobnej, ale przecież fundamentalnej dla tej gastro-prozy kwestii to dla mnie sygnał: względności autobiografizmu, konstrukcyjności podmiotu, pułapek pamięci.

Trudno zapomnieć, że Krzysztof Varga jest też znanym publicystą – od mniej więcej kilku lat to dla mnie naprawdę spory problem do pokonania, kiedy czytam jego prozę. Na pewno istniał już w 2012 – mogę go datować dzięki tekstowi W kraju Morloków. W bezpardonowy sposób łączył on protekcjonalny elitaryzm, utyskiwania nad losem literata w polskim społeczeństwie bezrefleksyjnych Morloków żywiących się kulturą masową, która z kulturą ma tyle wspólnego co kultura fizyczna z literaturą, cień niby-sarkazmu i przekonanie, że niski poziom czytelnictwa bezpośrednio skorelowany jest z faktem, że rodacy gremialnie się bogacą i już wszyscy (wszyscy!!!) kupili nowe telewizory, pralki, lodówki, a teraz wymieniają je sukcesywnie na lepsze, wręcz plazmowe. Co zaś jest nie tak z koncepcją czytających książki Elojów – społecznej ostoi wymagającej wysiłku, wysokiej kultury – nie wspomnę, bo Krzysztof Varga twierdzi, że znajomość klasyki to podstawa.

Płaskie diagnozy, zamaskowane właściwie wyłącznie skomplikowaniem stylu, podkreślone natomiast samozachwytem pisarza-ironisty, powracają nieomal co tydzień w Vargowskich felietonach w „Dużym Formacie”. Przykro przypominać sprawę Malanowskiej, ale Vargę trudno czytać, nawet jeśli chciałoby się z nim w jakiejś sprawie zgodzić: w ostatnim tygodniu protest przeciwko cenzurze Golgota Picnic połączył z tanio ironicznym śledzeniem erotycznych wątków w występach duchownych, aby na marginesie zaznaczyć, że nigdy nie był na Paradzie Równości. Wspomniane skomplikowanie jest właściwie karykaturą frazy Jerzego Pilcha, ze szczególnym uwzględnieniem maniackiego umieszczania czasownika na końcu każdego zdania. W chwilach irytacji mój przyjaciel argumentuje, że to niekoniecznie inspiracja, a „uniwersalny styl polskiego seksisty”; rzecz wymagałaby jednak obszerniejszych studiów.

W każdym razie, jeśli czytaliście publicystykę Krzysztofa Vargi i nie chcecie czytać jego prozy – rozumiem. Jeśli czytaliście te felietony, ale macie nadzieję, że proza może was pozytywnie zaskoczyć (albo pamiętacie udane Trociny czy całkiem bezpretensjonalną Tequilę) – macie rację. Jeśli natomiast lubicie felietonistykę Vargi, to nie mam pojęcia, co wam na to odpowiedzieć.

Nasuwa mi się więcej wątpliwości co do wspomnianego uniwersalnego stylu: o ile Pilch buduje do granic wykoncypowany wizerunek Seksisty-Miłośnika-Kobiet, o tyle w przypadku ostatniej książki Vargi (opuszczam z ulgą teren jego wypowiedzi publicystycznych) pytanie o to, kim (względnie czym) są w niej kobiety, nie ma specjalnego sensu. Nie znaczą nic, podobnie jak niczego nie znaczą – w ogólności – inni ludzie. Varga na Węgrzech jest zupełnie sam i pisze tylko o sobie.

Miasta, ulice, autostrady, targowiska i pustka puszty to zdecydowanie nie dekoracje; pörkölty, zupy rybne, kuriozalne pamiątki i pocztowe znaczki to nie rekwizyty. W prozie Vargi mają one siłę porządnego doświadczenia, powtarzanego, destylowanego, napięcia zmysłów i uwagi. Natomiast spotykani przez niego ludzie to co do jednego statyści, jeśli nie figury z tworzywa sztucznego niczym w Nyírbátorskim panoptikum. Ewentualnie mówiące automaty, jak te pojawiające się już niekiedy na autobusowych przystankach; wróży im autor wielką karierę w dobie, jego zdaniem, ograniczania międzyludzkich kontaktów.

To doświadczenie bycia samemu – chyba nie samotności – nie staje się tematem żadnej autoanalizy, co sprawia, że jest jeszcze bardziej frapujące. Varga pisze tak, jakby było oczywiste, że podróżując (po Węgrzech? po świecie?), nie wchodzi się w relacje z drugim człowiekiem, a tylko z widokami, miejscami, przedmiotami. Dosłownie w kilku miejscach książki pojawi się, dajmy na to, Andrzej z Kamilem, ale nigdy żaden z nich nie wypowie ani słowa. Studium pojedynczości, studium dystansowania się, performowania własnej osobności – napisane zupełnie mimochodem.

Trudno mi się oprzeć zastanowieniu, jak wyglądałaby analogiczna, podobnie pomyślana książka Vargi o Polsce. Tym razem odpuszcza on sztuczną błyskotliwość, obliczoną w jego felietonach na uczynienie opinii nieodpartą; nie stara się o mocne sądy, co sprawia, że nie tylko wybaczam mu ich niespójności, ale właściwie nie mam nic do wybaczania. Podkreśla na przykład podobieństwo konceptów „polskości” i „węgierskości”, a nawet fakt, że to Węgrzy mieliby być nawet jeszcze bardziej zafiksowani na punkcie przeszłości, dawnych klęsk i wiecznych traum; budować jeszcze więcej (nieraz kuriozalnych) pomników i jeszcze mocniej nie umieć sobie poradzić w innym otoczeniu niż to własne. Jednocześnie Węgry to jego schronienie przed Polską, jej trumnami i traumami, na Węgrzech nawet dewocjonalna tandeta jest ładniejsza niż w Polsce, estetyczny ład zachowano tam wręcz i w przestrzeni bezładu: nawet węgierskie szaleństwo jest jakoś uporządkowane, polskie szaleństwo zaś jest zupełnym bajzlem w głowach. W tej prozie takie uporządkowanie i taki bajzel, choć nie wydawałoby się, że to się może udać, wchodzą w naprawdę interesującą fuzję. Śledzić ją – warto.

 

Krzysztof Varga

Czardasz z mangalicą

Czarne, 2014

Liczba stron: 307