grawgreotron
ARTYKUŁY | 03.06.2013

Gra w „Grę o tron”

To jeden z tych seriali, który oglądany jest przez skrajnie  różnych odbiorców. I niemal każdy, kto zaczął, nie może przestać. O bohaterach serialu rozmawia się jak o znajomych, obgaduje się ich i snuje wizje dalszych, prawdopodobnych losów. Niby nic w tym dziwnego, w końcu wszyscy serialomaniacy to robią. W tym przypadku mówimy jednak o mieszkańcach nieistniejącej, fantastycznej krainy, których życie wydaje się nam czasem realniejsze i ważniejsze niż nasze własne.

Świat Gry o tron jest pełnokrwisty, wyrazisty, dynamiczny, przepełniony intrygą i niebezpieczeństwem – posiada więc wszystko, czego często brak w naszej monotonnej i przewidywalnej rzeczywistości. Chcemy być w skórze bohaterów, czasami tylko nie możemy zdecydować – których. Wszyscy jednogłośnie nienawidzimy tych samych postaci i tym samym kibicujemy. To kolejny serial, który z jednej strony łączy oglądających we wspólnym doświadczeniu, a z drugiej – jakimś sposobem pozwala czuć się wyjątkowym. Sposób prowadzenia serialowej narracji sprawia wrażenie stopniowego wtajemniczania w losy i plany bohaterów, wtajemniczania, do którego jesteśmy zaproszeni indywidualnie. Oto my sami stajemy się obserwatorami tych nadzwyczajnych zjawisk, a dzięki magii ruchomego obrazu bierzemy w nich udział.

W takim razie: czym Gra o tron właściwie różni się od innych produkcji spod znaku fantastyki? Na przykład kanonicznego Władcy pierścieni? Przede wszystkim: jest silnie uwspółcześniona, co w praktyce sprowadza się po prostu do udosłownienia. Jakkolwiek w niektórych serialach czy filmach możemy znaleźć choć krztynę niedopowiedzenia i coś jest przed nami permanentnie, konsekwentnie ukrywane, tak w przypadku Gry o tron bohaterom towarzyszymy wszędzie, wchodzimy im do głów i do sypialni, a każda scena, czy to wyjątkowo brutalna, czy też rozwiązła, jest niemal zawsze poprowadzona do końca. Nawet jeśli pojawia się jakiś suspens, to raczej wyłącznie na poziomie fabularnym, a na dodatek zostaje dość szybko wyjaśniony. Zresztą, to chyba po prostu podporządkowywanie się prawidłom współczesności: widz coraz częściej wymaga takiej strategii, bo przecież realność i dosłowność są nie tylko możliwe do stworzenia, ale powoli zaczynają być również niewystarczające. Współczesna widownia to dekadenci – przecież wszystko już było, a już na pewno budowanie łudząco realnego świata z komponentów fantastycznych. Trzeba więc pójść dalej, w stronę totalności, pokazać milion wątków, milion charakterów, z bliska, na wyciągnięcie ręki i dosłownie. Chyba jedynym motywem, wymykającym się nieco owej zasadzie, jest zagadka Północy, przestrzeni za murem, i tego, że nadchodzi zima (słynna fraza „winter is coming”). To tajemnica niezrozumiała – wiemy tylko o potworności, niepojętej i strasznej, czającej się w odległym, zimnym kraju, i wielkim niebezpieczeństwie zbliżającej się katastrofy; bardzo udatnie scenarzyści wykreowali atmosferę niepokoju i ryzyka; przynajmniej w pierwszym sezonie. Ale przyznajmy, nawet to wydaje się dość banalne – w jakiej fantastyce nie znajdziemy  wątku zła – abstrakcyjnego, ogólnego i niewytłumaczalnego?

Oczywiście owo udosłownienie prowadzi do licznych konsekwencji. W opinii znajomych fanów jedną z głównych zalet serialu jest mnogość tematyczna. I faktycznie, mamy tu i politykę, i religię, i miłość, i seks, i seksizm, i przyjaźń, i nienawiść etc.; jest niemal wszystko. Co jednak ciekawe,  każdy z tych wątków potraktowany jest niemalże w ten sam sposób. Rządzi nimi jedna, wspomniana wcześniej polityka dosłowności i dosadności. Ma być po prostu mocno i barwnie.

Jednak widz w niektórych momentach czuje się rozdarty. Wie, że ogląda serial fantasy, ale jeśli ma wybór między mniej lub bardziej niestworzoną wersją wydarzeń – posługuje się wyborem racjonalnym. Mimo znaków i dowodów prawdziwości magii, zazwyczaj ufa bohaterom „realistom”. W konwencji fantasy szuka się bezpieczeństwa realnego świata. I często można je odnaleźć, zwłaszcza w na wskroś ludzkich postaciach.

Kiedy widzowie już otrząsnęli się po śmierci Neda Starka, musieli zacząć rozglądać się za nowym ulubionym bohaterem (lub bohaterami). Jednak, biorąc pod uwagę rozmaitość postaci, prawdopodobnie nie było to zadanie najtrudniejsze. Bez problemu można przewidzieć, które postaci widz polubi najbardziej, a które najchętniej zepchnąłby ze szczytu Wielkiego Muru, skazując je na pewną śmierć. Twórcy świadomie sterują sympatiami widza, przenosząc je z bohatera na bohatera, w zależności od stopniowo ujawniających się cech i tajemnic z przeszłości.

Co z poprawnością polityczną serialu, czyli tematem nadal stosunkowo gorącym? Biorąc pod uwagę, że akcja rozgrywa się w świecie fantasy, a więc realia społeczne przypominają średniowiecze, sytuacja kobiet jest w zasadzie określona. Pojawia się jednak bardzo wiele postaci kobiecych przełamujących stereotypy patriarchalne i feudalne. Pierwsza na myśl przychodzi oczywiście Daenerys Targaryen, silna, bezwzględna i piękna królowa smoków, następnie męska i niezależna Brienne, odważna i pyskata Arya, czy Melisandre – tajemnicza kapłanka, w nieprawdopodobny sposób manipulująca otaczającymi ją mężczyznami. Choć na pierwszy rzut oka wpływ kobiet na władzę jest żaden, niejednokrotnie okazuje się, że są one znacznie sprytniejsze i inteligentniejsze niż mężczyźni, sprawnie omijając utarte hierarchie społeczne, stawiają na swoim. Co ciekawe, wątek gejowski odsunięto na dalszy plan i faktycznie traktowano go jako wykroczenie, a nie normę (co oczywiście w świetle realiów świata przedstawionego ma logiczny sens). Pojawia się też kwestia kazirodztwa i stosunkowo ciekawie skonstruowana postać karła. Uwspółcześniony język serialu otwarcie mówi o prostytucji, dewiacjach, przemocy i fantazjach bohaterów. Zagadnienia budzące kontrowersje nie są rozstrzygane, zaś my – widzowie – wsłuchujemy się tylko w dyskusje bohaterów i sami wydajemy opinie na trudne tematy. Mimo odwagi serialu, o której często się mówi, nie zostaje ostatecznie wykrystalizowany żaden śmiały pogląd na poruszane tematy tabu.

Nigdy nie wierzyłem w takie rzeczy, ale gdy widzisz prawdę, gdy jawi się ona przed tobą, jak możesz zaprzeczyć prawdziwości jej istnienia? – to słowa jednego z bohaterów, Stannisa Baratheona. Razem z postaciami, bezbożnymi i targanymi wątpliwościami, waha się sam widz. Religijność jest tu agresywna, a podjęte w jej imieniu czyny, nieważne jak okrutne czy rozpustne, zawsze zostają usprawiedliwione. Co ciekawe, rysuje się tu zależność błędnego koła: trudno powiedzieć, czy to wiara rządzi władzą, czy władza steruje religijnością. Granica między nimi staje się bardzo cienka, bo w obu przypadkach (bez znaczenia, czy ideologia jest świecka, czy sakralna) chodzi o jedno – zwycięstwo i kontrolę. Bóg albo jest prawdziwy, albo nie. Potrzebujesz tylko oczu, by to wiedzieć (słowa Melisandre) – brzmi kusząco, zwłaszcza dla tych, którzy wątpią. W Grze o tron religijność właściwie nie jest kwestią wiary, ale realnego, namacalnego doświadczenia boga. Dlatego wydaje się tak niepokojąca i (paradoksalnie) niewiarygodna. Dla nas to świat bez Boga, a przynajmniej bez takiego, jakim rozumiemy go w kręgu kultury chrześcijańskiej: nic nie jest bezinteresowne i niewinne, i nic nie opiera się na zawierzeniu (a już najmniej wiara).

Katarzyna Kozyra powiedziała kiedyś, że w sztuce marzenia stają się rzeczywistością, a swą tezę dokumentowała realizacjami rozmaitych, najdzikszych fantazji. Jednak nie każdy jest artystą. Niektórzy (czyli zasadnicza większość) muszą zadowalać się wyobrażeniami innych. Oglądanie seriali jest aktualnie formą takiego zaspokojenia – w postaciach i sytuacjach odnajdujemy nie tyle własne problemy i wady (choć to oczywiście też), ile przede wszystkim upragnione cechy i doświadczenia. Serial jest poniekąd formą idealną: pojedynczy i długotrwały zarazem, pozwala wprowadzić się w powoli konstruowany, spójny i swoisty świat, który chcemy poznawać i za którym tęsknimy, a który z czasem staje się bliski i niemal namacalny. Jakkolwiek krytycznie nie brzmiałby mój głos, przyznaje się bez bicia – sama wnikliwie śledzę losy bohaterów Gry o tron. Na własnej skórze doświadczam jej fenomenu, chociaż nigdy nie interesowałam się fantastyką i nie byłam specjalną fanką seriali. Zaczęłam ją oglądać za namową przyjaciół i okazało się, że wszystko to, co teoretycznie mnie irytuje i powinno dystansować (banalizacja, dosłowność, patos), wcale nie osłabia zainteresowania. W oceanie wciąż powstających i ciągnących się w dziesiątki sezonów seriali Gra o tron zdecydowanie się wyróżnia – chociaż powody jej sukcesu właściwie nie wydają się wcale odmienne od tych, które decydują o powodzeniu innych produkcji (dla większości to po prostu ulubione postaci, ciekawe wątki, dynamiczny świat). Mimo że widownia może i jest dekadencka, i nieco zblazowana, wciąż potrzebuje od widowiska tego samego. Świat się zmienia, rynek popkultury także, ale my, w zasadzie, nie za bardzo.