donjon
RECENZJE | 02.12.2013

Gordon-Levitt Shore („Don Jon”)

Lubię Josepha Gordona-Levitta. To gość, o którym myślisz, że mógłby śmiało zostać twoim kumplem i nie miałbyś mu nawet za złe tego, że gdy jesteś w jego towarzystwie, dziewięćdziesiąt procent kobiet nie zauważa twojej obecności. W ogóle niewiele miałbyś mu za złe, rozmawialibyście o muzyce i dziewczętach, oglądalibyście wspólnie mecze (choć różnice kulturowe wymusiłyby pewnie problem z wyborem dyscypliny sportowej), a w stosownych momentach służylibyście sobie dobrą radą. Taką jak ta: stary, może daj na razie spokój z kręceniem filmów i skup się na aktorstwie?

Poświęcam cały lead właśnie odtwórcy głównej roli nie tylko dlatego, że jest on „twarzą” Don Jona, ale również scenarzystą i reżyserem (warto nadmienić, że to jego debiut pełnometrażowy), więc adresowanie wszelkich skarg i zażaleń właśnie do niego wydaje się w związku z tym całkiem zasadne. A jest się do czego przyczepić (nie gniewaj się Gordon, dobrzy kumple powinni mówić sobie pewne rzeczy bez ogródek).

Ale od początku: o co w tym wszystkim chodzi? Najpierw główny bohater. O jego karierze zawodowej wiemy dość niewiele (wspomina, że jest kelnerem), wiemy natomiast, że jest w stanie zagwarantować sobie odpowiedni standard życia – większość wolnego czasu spędza w nocnych klubach lub w swoim mieszkaniu. Mieszkaniu na tyle przytulnym, że każdego tygodnia przewalają się przez nie tabuny nowo poznanych koleżanek, którym Jon (nie zapominajmy, że ma twarz Gordona-Levitta, to zobowiązuje do bycia świetnym kumplem) z dobroci serca pozwala troszkę „poprzebywać” u siebie. Jak ująłby to jeden z najbardziej kryształowych umysłów współczesnej Polski: bohater jest ostrym dzikiem, każda świnia przy nim krzyczy. Z wierzchu twardy, plugawy i wyżelowany. Tyle, jeśli chodzi o zdawkową, zewnętrzną charakterystykę.

A co (i czy cokolwiek) wydarza się wewnątrz Jona? Sporo informacji dostarcza stosowana chętnie pierwszoosobowa narracja. Przebieranie w wijących się po parkiecie, rozerotyzowanych „szmulkach” i hipnotyzowanie ich za pomocą obfitych bicepsów, niczym fakir, który uwodzi kobrę muzyką, to wcale nie jedyna działalność Jona. Jak przystało na Amerykanina o włoskim rodowodzie, podstawową wartością jest dla niego familia (choleryczny, maczystowski ojciec, głupiutko-sentymentalna matka oraz niemal dosłownie pozbawiona głosu siostra, a do tego spaghetti na każdy obiad – wizerunek włoskiej rodziny mieszkającej w Stanach taki niestereotypowy łał). A skoro Italia, rodzina i pasta, to jakiego elementu brakuje jeszcze w naszej układance? Tak jest, Kościoła katolickiego! Współczesny Casanova jest nie tylko naturalnym pogromcą gąsek (znów podpieram się cytatem tego samego autorytetu co wcześniej), ale i gorliwym wiernym. Zapomniałbym – jest również uzależniony od pornografii.

Porno jest już od dawna tak integralnym elementem współczesnej kultury, że nie sposób dłużej go ignorować i udawać, że całe zagadnienie sprowadza się tylko do sterty świerszczyków chomikowanych pod tapczanem przez wujka – starego kawalera (lata 90. już za nami). I chociaż wciąż i zewsząd napływają rozmaite przejawy pruderii (czego przykładem może być afera na Uniwersytecie Wrocławskim sprzed niecałych dwóch lat), to nie sposób zaprzeczyć, że współczesna sztuka stara się zużytkować i przepracować kwestię pornografii, podkreślając jej ważkość. Dość świeżym przykładem jest choćby Wstyd McQueena, który w pewien sposób unicestwia zasadność powstania filmu takiego jak Don Jon. Tam mieliśmy do czynienia z przeszywająco zimnym i klarownym obrazem współczesnego mężczyzny, który (być może z powodu własnej niemocy lub faktu, że jego status społeczny „prokuruje” możliwości ku temu) zobowiązuje się do braku zobowiązań, zatapiając się w bogatej ofercie pornoportali i zaspokajaniu głodu erotycznych wrażeń. Tutaj mamy ładne obrazki, sporadyczne gagi i uproszczenia. Bardziej Klub Myszki Miki niż Fight Club, raczej Miley Cyrus niż Michael Fassbender.

Stawianie Wstydu w roli punktu odniesienia dla Don Jona jest jednak tyleż wygodne, co… nie do końca uprawnione. Nie należy zapominać, że film Gordona-Levitta jest komedią, a z dziełem McQueena łączy go przede wszystkim to, że uzależnienie od pornografii jest jednym z głównych tematów, na których wspiera się oś narracji. Nie ma tu mowy o żadnym emocjonalnym czyśćcu, są za to atrakcyjne kobiety (ze Scarlett Johansson na czele), rozmowy o zaliczaniu lasek prowadzone z kumplami, dziesięciostopniowa skala oceny wyglądu potencjalnej partnerki seksualnej (Jon to rzecz jasna ten, który zawsze ,,zgarnia „dziesiątki”) oraz powracające kilkakrotnie (i, przy okazji, dość zabawne) sceny spowiedzi. Główny problem, jaki mam z Don Jonem, polega w gruncie rzeczy nie na tym, czym ten film jest, a raczej: czym nie jest.

I nie chodzi bynajmniej o to, że oczekiwałem wielopoziomowego, psychologicznego studium. W końcu materiały dystrybutora dawały jasną informację odnośnie kwalifikacji gatunkowych filmu. Poza tym, co miałoby wskazywać na to, że rzecz spod ręki Gordona-Levitta będzie aspirować do miana kina, użyjmy tego słowa, wysokoartystycznego (nie gniewaj się, Joseph)? Rozczarowuje jednak między innymi warstwa wizualna – tematyka oraz ustawienie estetycznego punktu wyjścia gdzieś w okolicach wszelkiej maści Ekip… i innych produkcji znanych ze współczesnego MTV byłoby świetną okazją do eksperymentów i zabaw rozmaitymi kodami i językami. Tutaj niestety wszystko stoi w miejscu – jest gładko, przejrzyście, poprawnie, aż chciałoby się wysłać twórców na korepetycje do Harmony’ego Korine’a. Wizualna prostota dotyka też konstrukcji postaci, których stopień zawikłania charakterologicznego tylko nieznacznie przewyższa uczestników programu Date My Mom. Jon, który posiada wszelkie warunki ku temu, aby być intrygującą, złamaną postacią, jest w gruncie rzeczy dość płaski i (co chyba najgorsze) zupełnie niewiarygodny. Tak, wiem, to komedia, ale podobna kreskówkowość i typologiczna jednoznaczność postaci uchodzi na sucho tylko w commedii dell’arte. I w Disney Channel.

Wizualno-tematyczny potencjał Don Jona został niejako osierocony przez twórców w trakcie pracy nad produkcją. Znaleźli sobie bowiem dużo łatwiejsze do okiełznania dziecko, na imię mu: „proste, bezpieczne rozwiązania”. To, czym mógł być, a czym nie jest film Gordona-Levitta, to jego największy mankament, ale mimo to nie sposób nie dostrzec kilku jasnych stron – jedną z nich jest chociażby rola Julianne Moore, która trochę wymyka się łopatologii wykreowanych tu charakterów. Esther jest dojrzałą kobietą, która stara się na nowo zaaranżować swoje życie po niedawno doświadczonej tragedii, poza tym popala trawkę i lubi pornosy w stylu vintage. Jednak ona również wydaje się służyć tutaj jedynie temu, aby – niczym złego ducha –  wywołać słodki, perfumowany morał: najważniejsza jest bliskość międzyludzka, komunikacja, zrozumienie, każdy na kogoś czeka itd. Wszystko prawda. Jednak nieznośna jednoznaczność sprawia, że na Gordona-Levitta, mającego swego czasu okazję przyglądać się z bliska pracy nad filmem bawiącym się konwencją komedii romantycznej (konwencją, którą – wydawałoby się – można albo zanegować, albo zastosować bez cienia ironii) oraz Scarlett Johansson, której najlepszym momentem w karierze była moim zdaniem rola w dziele podsuwającym w gruncie rzeczy tezę podobną do Don Jona, robiącym to jednak w sposób nieporównywalnie błyskotliwszy i bardziej wyrafinowany, myślę jak o wybitnych niegdyś piłkarzach, którzy towarzyszyli na boisku najlepszym, a teraz kończą karierę w podrzędnym klubie, mając za partnerów zupełnie przeciętnych kopaczy. A przecież nie czas na emeryturę (zresztą, życzę temu duetowi jeszcze wielu udanych produkcji).

Być może wspomniana przeze mnie mimochodem Miley Cyrus (zostawmy na razie jej ostatnie wyczyny i kuriozalną, rozbuchaną seksualność, myślmy: „Hannah Montana”) stanowi tutaj pewien klucz. Być może Don Jon jest tak naprawdę nieco dydaktyczną, ale w gruncie rzeczy przyjemną „czytanką” (,,oglądanką”?) dla roczników wykarmionych przez seriale z Disney Channel i programy z dzisiejszej MTV. Odkładając na bok wszelkie intelektualne aspiracje, można bowiem stwierdzić, że film Gordona-Levitta to dość sprawna rzemieślniczo robota, która w bardzo przystępnej formie podaje pewną cenną prawdę: oczywiście, można zadowolić się słodkim brakiem odpowiedzialności, wzorem głównego bohatera poświęcać się w pełni koleżankom z RedTube’a, można swoje relacje z otoczeniem sprowadzić do powierzchownych znajomości lub też wyobrażać sobie, że naszym kumplem jest Joseph Gordon-Levitt, ale i tak nie zastąpi to przecież […].

No i tego zdania już nie dokończę, podeprę się interpunkcją, bo nie ja tu jestem od morałów. I mimo że w Popmodernie nie praktykujemy przyznawania ocen według określonej skali, to nie mogę sobie tym razem odmówić:

 

 No, takie 5/10.

 5? Ziomuś, tam gra Scarlett Johansson.

 Ale wygląda w tym filmie jak labadziara.

 Ale to Scarlet Johansson.

 Fakt, 5,5 za Scarlett.

Don Jon, reż. Joseph-Gordon Levitt, USA (2013)

 

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.