img188
ARTYKUŁY, RECENZJE | 18.04.2016

„Gogglebox” – telewizja na aby aby

Kanał TTV rozpoczął w tym roku nadawanie czwartej serii Gogglebox. Przed telewizorem. Program, w którym oglądamy telewizję oczami widzów-uczestników, zapomina o rozmaitości gatunków telewizyjnych. Oferuje głównie przegląd programów rozrywkowych, a nie najgorętszych momentów telewizyjnego tygodnia.

Na początku każdego odcinka Gogglebox. Przed telewizorem lektor oznajmia, że przed odbiornikami zasiada codziennie 25 milionów Polaków. Potem usadowieni we własnych pokojach widzowie – tacy jak my, kanapowi recenzenci telewizji – oglądają wybrane seriale, wiadomości, talk i talent showy z minionego tygodnia, a my oglądamy ich szczere i spontaniczne reakcje. Takie przynajmniej jest założenie doskonale realizowane w oryginalnym Gogglebox nadawanym na angielskim Channel 4. Reality show zyskało nowe życie, przeszłość w postaci Big Brothera pozostawiając daleko za sobą. Format Gogglebox, kopiowany na całym świecie, okazał się hitem, a uczestnicy brytyjskiej wersji stali się ulubieńcami telewidzów i prasy. Spośród nich szczególną popularnością cieszy się para zamożnych właścicieli pensjonatu w średnim wieku, Steph i Dom, dzięki swobodzie, z jaką żartują i spożywają napoje wyskokowe. Momenty, kiedy Dom nalewa szampana do kieliszka stojącego na głowie Steph, lub kiedy siedzą na kanapie, trzymając się za ręce, komentowane są na Twitterze poprzez #RelationshipGoals i #ChinChin.

Brytyjski Gogglebox emitowany jest w bardzo atrakcyjnej porze – o godzinie 21 w piątki; telewidzowie przyznają, że program jest wystarczającym powodem, aby zostać w domu w pierwszy wieczór weekendu. Zgoła inaczej sytuacja przedstawia się w Polsce. Aby dowiedzieć się, jaki pożytek TTV zrobiło z zakupionej licencji, starałam się przez kilka kolejnych poniedziałków nie zasnąć ze znużenia w przerwie reklamowej rozpoczynającego się o godzinie 22 Gogglebox. Przed telewizorem.

Idea Gogglebox jest prosta, jednak żeby zachęcić widownię do oglądania programu, w którym zwykli ludzie śledzą i komentują ramówkę polskiej telewizji, trzeba by spełnić dwa warunki. Wybrać uczestników, którzy będą z zaangażowaniem dyskutować o oglądanych programach oraz zaoferować im telewizję, która wzbudzi ich emocje i sprowokuje do sugestywnych komentarzy. Gogglebox. Przed telewizorem kuleje w obu wymiarach. Wyjątek stanowi trójka starszych uczestników, Regina, Basia i Józek, którzy zwykle zasiadają do oglądania w asyście pączków, ciasta lub mandarynek wyłożonych na kryształowej paterze. Nieskrępowani i zabawni, brylują przed kamerą jak zawodowcy.

I oto na przykład w piątym odcinku najnowszej serii uczestnicy oglądali: Surprise, surprise (Polsat) – program spełniający marzenia, Twoja twarz brzmi znajomo (Polsat) – program ze śpiewaniem w roli głównej, Sex wypadki (TLC) – serial paradokumentalny, Dzień dobry TVN, Rodacy w akcji (TVN Turbo) – „przygody” Polaków nagranych przez kamery monitorujące (między innymi nocna scenka, w której mężczyzna popycha kobietę). Nie ma wiadomości, nie ma seriali ani programów dokumentalnych. Jako dowód na to, że w telewziji czasami oglądamy też filmy, mignęły urywki Rambo 2, przy którym trójka komentatorów – kumple Mateusz, Damian i Marek – zaczęli wiązać sobie na czołach przepaski à la John Rambo. Wcześniej Mateusz podczas oglądania Twoja twarz brzmi znajomo i występu Oli Szwed uznał, że nie wygoniłby jej z łóżka.

Rzadko pojawiają się w polskim Gogglebox serwisy informacyjne. Producenci ignorują fakt, że Teleexpress czy Fakty gromadzą przed odbiornikami odpowiednio średnio 4 i 3,5 miliona widzów. Forsują obraz, w którym wiadomości nie stanowią naturalnego elementu krajobrazu telewizyjnego. Jest to jeden z powodów, który sprawia, że czuję się zagubiona w okrojonej wersji telewizyjnej rzeczywistości polskiego Gogglebox. Jedyną informacją, z jaką uczestnicy zostali skonfrontowani na przestrzeni pięciu odcinków najnowszej serii, był segment Faktów (TVN) poświęcony nowym regulacjom szwedzkiego przewoźnika Stena Line: obowiązkowi podpisywania przez Polaków oświadczenia o właściwym zachowaniu na pokładzie promu. Program od razu nabrał rumieńców (powiem tylko, że padły słowa: imigranci i islam), a wypowiadane komentarze w końcu zdradziły coś więcej o uczestnikach.

Niemal w każdym odcinku natomiast prezentowane są programy Mali giganci, Twoja twarz brzmi znajomo, Must be the Music. Tylko muzyka czy You can dance. Po prostu tańcz. Mają dużą oglądalność, więc ich miejsce w Gogglebox jest jak najbardziej zasłużone, ale błędem jest ograniczenie doświadczenia telewizyjnego do bliźniaczych programów rozrywkowych. Nie kwestionuję tutaj emocji wzbudzanych przez reality i talent show – przecież każdy jakąś opinię o Żonach Hollywood ma. To te programy są w stanie wykrzesać z uczestników spontaniczne komentarze (jeden z Goggleboxowiczów, Mariusz Kozak, o bardzo energicznej uczestniczce Małych Gigantów: Ta dziewczynka jest jak wściekły york). Problemem jest częstotliwość ich wykorzystywania i przeplatanie ich z serialami paradokumentalnymi, jak Pamiętniki z wakacji i Dlaczego ja. Obawiam się o uczestników, którym może zaszkodzić tak duża dawka „prawdziwego życia”. Na widok polskich turystów, lawirujących między czyhającymi na nich pułapkami słonecznych plaż, wybuchają teatralnym śmiechem. Nie jest on zaraźliwy. Oglądamy pomnożoną przez dwa ekrany sztuczność.

Kiedy uczestnicy lubią to, co oglądają, od razu widać efekty. Aż zacierają ręce przed Kuchennymi rewolucjami, gdzie temperament Magdy Gessler podgrzewa atmosferę, a bohaterowie nie są podstawionymi aktorami. Komentatorzy Gogglebox, koledzy Mateusz i Krzysztof, perfekcyjnie kwitują pojawienie się na ekranie starszego szefa kuchni przerabianej restauracji: Ten to pewnie jeszcze na Batorym dla Kargula i Pawlaka gotował. Typowo polskie odniesienia nawiązują nić porozumienia między widzami po różnych stronach ekranu. Takim swojskim programem, na który czekałabym z podekscytowaniem cały tydzień, Gogglebox jest tylko momentami.

Zdarza się, że w ofertę wplatane są aktualności, na przykład transmisja Telekamer, ale tak losowo, że trudno traktować Gogglebox jak telewizyjne podsumowanie tygodnia. Okazjonalnie pojawiają się też produkcje według oryginalnego polskiego pomysłu czy nowości. Nie dowiemy się, co uczestnicy myślą o nowym serialu Druga szansa z Kożuchowską czy Bodo, nowej odsłonie Pegaza, Sondzie 2 czy o przyzwoitych programach dokumentalnych z TVN Style.

Zbyt wielu przełomowych programów polska telewizja nie stworzyła (a czasami zmaga się nawet z przyzwoitą realizacją formatu, patrz Gogglebox), ale można zrobić lepszy pożytek z tego, co jest do dyspozycji. W konsternację wprawia mnie odkrycie, że w Gogglebox nigdy nie pojawił się Klan – niezapomniany sukces polskiej telewizji końca lat dziewięćdziesiątych. Zobaczyć, co uczestnicy wiedzą o Lubiczach dwadzieścia lat później – na samą myśl serce bije mi mocniej, naprawdę. Tym bardziej że telenoweli, według ostatnich doniesień, grozi zdjęcie z anteny. W poprzednich sezonach uczestnicy mieli okazję obejrzeć dokument o Putinie, wiadomości z różnych kanałów (w każdej serii coraz mniej), publicystykę, choć rzadko (Tak jest, Świat się kręci), program Betlejewski. Prowokacje, nadawany na TTV właśnie (prowadzący stawia przypadkowych ludzi w zaaranżowanych przy udziale aktorów niecodziennych sytuacjach), czy Kobietę na krańcu świata. Skąd ta zdecydowana zmiana kursu w czwartej serii? Zaczęłam się nawet przez chwilę zastanawiać, czy TTV, serwując uczestnikom Gogglebox wciąż te same taśmowo produkowane programy, nie próbuje w zawoalowany, a zarazem błyskotliwy sposób postawić polskiej telewizji smutnej diagnozy. Nie, zagalopowałam się.