basir
RECENZJE | 25.03.2013

Gniew anioła o ładnym tyłku (H. Blasim „Szaleniec z Placu Wolności”)

Jeszcze do wczoraj planowałam napisać wyważoną recenzję zbioru opowiadań Hasana Blasima Szaleniec z Placu Wolności. Opowiadań jest czternaście i zasługują na uwagę co najmniej z dwóch powodów. Nie tak znowu często tłumaczymy w Polsce irackich pisarzy – to raz, a dwa – Blasim przełożony na język angielski w ogóle zbiera dobre noty. Z garścią notatek zebranych podczas lektury dotarłam do zamieszczonego na końcu zbioru Posłowia tłumaczki i wtedy gniew uderzył mi do głowy. Rzuciłam wszystko, co miałam, i rozdarłam swe szaty. Dlaczego? Dlatego, że w Posłowiu zamiast o wyjątkowości Blasima mówi się o tym, jak trzeba przyjąć irackiego pisarza w Polsce. Najlepiej tak: „To my, Polacy, specjaliści od cierpienia. Witaj Hasan, opowiedz nam swoją historię”.

Po internecie od dawna już krąży obrazek przedstawiający mapę Europy widzianą oczami Polaków. Choć obrazek oparty jest na najprostszych skojarzeniach, nie przestaje bawić. Dla przykładu: Francuzi są na nim opisani mianem „Trzęsidupy”, Hiszpania jako „Truskawki”, a Norwegia – „Zimno”. Sens tych epitetów dla Polaka jest jasny. Gdzieś pojawia się też określenie „Nasi” – na to, co z dumą zawłaszczamy.

Ale do rzeczy. Bałam się, że Hasan Blasim powie: „Nie mówmy o literaturze. Mówmy o życiu. I prawdzie”; no i wtedy i ja nie miałabym nic do powiedzenia. Bałam się, że Hasan Blasim mnie sterroryzuje: „Przeżyłem, zobaczyłem, przegrałem” – że taka będzie jego perspektywa. Ale sterroryzował tylko trochę.

Ucieczki przez las w środku nocy i śmierć na rynku wśród koszy pomarańczy. Opowieść o bombach, zamachach, Mahomecie i Proroku to tylko niewielka część tej książki. Jej materią są ludzkie sprawy: seks, pasja, samotność, strach, namiętność, szaleństwo, rodzicielstwo, interesy, plotki, uczciwość i odwaga, w zasadzie nic specjalnego, „historia jak historia”. Na końcu zawsze gdzieś wybuchnie jakaś bomba, zamachowiec-kobieta wysadzi się wśród pomarańczy.

Blasim bardzo przewrotnie, ustami bohatera opowiadania Pieśń kozy – Abu Rubata – mówi: […] lepsze historie to nie znaczy straszniejsze czy smutniejsze. Ważna jest ich wiarygodność i styl opowiadania. Autor wydaje się podzielać ten pogląd, a mimo to przytacza historię chłopca, który zjadł palce swojej dziewczyny, opowieść o urwanym sromie samobójczyni, znalezionym pośród ryb na targu, o kilkulatku, który utopił brata w dziurze z gównem, czy o człowieku-wilku, który zjadł swoich towarzyszy. I słowami innego ze swoich bohaterów ripostuje Abu Rubata: Historia to historia, dobra czy nie.

Blasim nie zachowuje milczenia ani nie ucieka w eksperymenty formalne (choć co rusz podkreśla się w jego prozie elementy hiperrealizmu i surrealizmu). Autor nie udaje, że nie da się tego wszystkiego opowiedzieć. Przeciwnie, mówi, że trudniej zatkać ludziom usta – opowieści się z nich wylewają. I nic ich nie poraża. Żadna groza ani strach w obliczu śmierci. Wszystko da się opowiedzieć i to w dodatku na kilka sposobów. Sprawozdawczo, poetycko, z puentą albo jak z księgi baśni Tysiąca i jednej nocy. Każdy ze sposobów opowiadania ma swoją funkcję, podobnie jak baśniowe opowieści, w których ojciec zjada własne dzieci. Można też opowiadać ze szczególną brutalnością. Tak czynią ludzie, którzy nie boją się niczego, bo w domu mają śmierć. Nie „ekspresywna ironia”, ale „prymitywne brednie plemienne” pozwalają ludziom skryć się za makabrycznym śmiechem.

Istotnym zagadnieniem jest tutaj prawda. Bo z jakiegoś powodu ten Inny – uchodźca, który mówi – chce, żebyśmy mu wierzyli. Z jednej strony kokietuje swoją prawdą, wielokrotnie powtarzając: i tak mi nie uwierzysz, z drugiej – osuwa się w siebie, znieczula się na odbiorcę (Chcę spać) lub wręcz zrywa kontakt ze światem aż po szaleństwo – nie chce pogotowia dla samobójców – Chuj z tym. A na koniec roszczeniowo zaczepia: A teraz, doktorze, proszę mnie wydobyć z kulki gnoju.

Taka jest ta proza. Drażniąca. Momentami niecierpliwie naiwna, efekciarska, że już chce się wystosować jakiś zarzut. Problem w tym, że Blasim wszystkie możliwe zarzuty odpiera, stając po stronie „prawdy opowieści”. Niestety ta historia musi być trochę kiczowata (Chuj z tym!). Niestety pisanie o wojnie jest jak przywłaszczanie sobie genialnych opowiadań ginącego na froncie żołnierza i zbieranie za nie nagród (Chuj z tym!).

Nie oznacza to, że proza ta rezygnuje z wymiaru etycznego. Hołdem złożonym prawdzie jest brak milczenia. Autor podejmuje próbę oddania sprawiedliwości pamięci, pamięci subiektywnej, w której to, co było, miesza się ze snem i zabobonem. Jednocześnie zadaje podstawowe pytania: czy pisać? jak i w czyim imieniu? jakim prawem? Czy pisanie: ostrzał artyleryjski był niczym gwieździsty karnawał jest łotrostwem?

Problem Blasima polega chyba na tym, że broni się przed każdym zarzutem, wpisując w ten doskonale skomponowany zbiór wszystkie zastrzeżenia, które można wystosować w kierunku prozy okołodokumentalnej. I momentami brzmi to asekurancko. Ale z pewnością nie cynicznie.

Można mu mieć za złe wygodną pozycję dystansu (choć Blasim zauważa, że dystans jeszcze nikogo nie uratował). Można go skarcić epitetem „Świnia!”, podobnie jak karcony jest bohater opowiadania Ten złowieszczy uśmiech, który nic nie może poradzić na to, że się uśmiecha w kinie, gdzie wyświetlana jest właśnie wielka tragedia. Jak miałbym im wyjaśnić, że mój uśmiech nie ma związku z tym, co się stało? – pyta zrozpaczony bohater i uśmiecha się dalej, gdy czterech neonazistów kopie go w brzuch. Uśmiecha się, sikając za drzewem i próbując odwrócić ich uwagę, uśmiecha się, gdy z ust, ucha i oczu leci mu krew. Nie jest to postawa świętego, ale człowieka, który po prostu nie może przestać się uśmiechać.

Można Blasima oskarżyć o to, że zachowuje się jak bohater opowiadania Koszmary Carlosa Fuentesa, który wyrzeka się swoich korzeni. Salim Abd al-Husajn zmienia nazwisko na Carlos Fuentes, przedstawia się ludziom jako Meksykanin i czeka na obywatelstwo holenderskie, ale to nie chroni go przed tym, by którejś nocy we śnie nie wyskoczyć przez okno.

Blasim nie robi tego „po iracku”. Trochę ucieka, trochę unika, a trochę jest urażony, że będziemy czytać z wypiekami na twarzy, by dowiedzieć się, jak się pisze w kraju zamachowców. A Blasim mieszka w Finlandii.

I właśnie ta jego nieśmiałość sprawia, że gniew „anioła o ładnym tyłku” uderza mi do głowy, gdy w Posłowiu Agnieszki Piotrowskiej czytam o zderzeniu „zachodniej narracji” z „iracką perspektywą”. Według mnie takie ustawianie czytelnika znacznie upraszcza odbiór, obiecując mu, że w miejsce tego fałszu i „zachodniej propagandy” dostanie jakąś iracką prawdę, po stronie której stoi samotny Blasim. Wartość tych opowieści polega raczej na tym, że on takiej prawdy nie proponuje. Historia to historia, dobra czy nie – mówi dość prowokacyjnie. Blasim wydaje się nie mieć złudzeń co do tego, że sam jest już częścią „zachodniej narracji” i że coś takiego jak „iracka perspektywa” w ogóle istnieje. Są perspektywy szaleńców i dzieci, artystów i żołnierzy, ale – na gniew anielski! – nie ma tu budowania spójnej irackiej perspektywy!

Takie oczekiwania wyśmiewa Blasim wprost (co zresztą Agnieszka Piotrowska cytuje, niestety bez zrozumienia). W opowiadaniu Żuki gnojarze pojawia się dialog dwóch pisarzy – irackiego i fińskiego. Pisarz fiński pyta: – W jaki sposób czytałeś Kafkę? Po arabsku? Jak można w ten sposób poznać Kafkę? […] – A ty czytałeś Kafkę po fińsku? Pytanie wisi w powietrzu.

Czy tak? Czy Blasima naprawdę chcemy czytać po polsku, przez pryzmat „literatury Holokaustu i Gułagu”, na co skazuje nas tłumaczka w nieszczęsnym Posłowiu: Konieczne jest więc odczytywanie ich [opowiadań Blasima – przyp. mój SMF] wraz z utworami wyrosłymi właśnie z tamtego doświadczenia historycznego? Blasim krzyczy: „Polacy, nie róbcie mi tego!”. A ja się martwię o Finów. Jak oni to rozumieją bez opowiadań Borowskiego?

Jestem jak każdy z was, stado schizofrenicznych małp żyjących w jednym ciele. I modlę się do Boga, żeby przestał cię dręczyć czarnym smutkiem narodu, żeby krajem rządził anioł z ładnym tyłkiem. (fragment opowiadania Żuki gnojarze)

 

Hasan Blasim

Szaleniec z Placu Wolności

Tłumaczenie: Agnieszka Piotrowska

Biuro Literackie, 2013

Liczba stron: 136