hungergames
ARTYKUŁY | 16.04.2012

Funny Hunger Games

Szał związany z ekranizacją pierwszej części bestsellerowej trylogii Suzanne Collins Hunger Games (w polskim przekładzie nie do końca fortunne Igrzyska śmierci) trwa w najlepsze. Po ośmiu dniach od wejścia na ekrany film Gary’ego Rossa mógł pochwalić się najwyższym w historii zyskiem osiągniętym przez produkcję nie będącą sequelem. W amerykańskich sieciówkach pojawiły się nawet ubrania inspirowane strojem głównej bohaterki – skórzane kurtki czy mocne, myśliwskie buty. Moda nawiązująca do Igrzysk… stała się zresztą dobrym tematem dla amerykańskiej wersji magazynu „Vogue”. Renesans zainteresowania przeżywają również powieści Collins.

Tytułowe Głodowe Igrzyska odbywają się co roku w zbudowanym na gruzach USA totalitarnym państwie Panem, podzielonym na dwanaście dystryktów rządzonych przez leżący w centrum kraju Kapitol. Transmitowana na żywo w telewizji krwawa gra, w której biorą udział losowo wybrani przedstawiciele każdego z dystryktów – chłopiec i dziewczyna między dwunastym a osiemnastym rokiem życia – ma być karą na wzór okrutnego trybutu płaconego Krecie przez Ateńczyków i zarazem przypominać o stłumionym przed laty powstaniu przeciw Kapitolowi. Reguły są proste – zadaniem każdego z uczestników jest utrzymanie się przy życiu do końca Igrzysk. W praktyce oznacza to najczęściej po prostu zabicie pozostałych trybutów (bo tak właśnie określani są reprezentanci poszczególnych dystryktów), gdyż zwyciężyć może tylko jeden zawodnik. Bohaterką książki Collins i filmu Rossa staje się szesnastoletnia Katniss Everdeen, która postanawia dobrowolnie wziąć udział w rozgrywkach w miejsce swej młodszej siostry Prim, pierwotnie wylosowanej do udziału w igrzyskach. Nikt nie spodziewa się, że podczas śmiertelnych zmagań na arenie dziewczyna zadrwi z niepodzielnie władającego państwem Kapitolu. Wkrótce stanie się to zarzewiem rewolty, ogarniającej w kolejnych częściach trylogii całe państwo.

Zaskakiwać może ogromna popularność, jaką zyskał zarówno film, jak i stanowiąca podstawę jego scenariusza książka. Opowieść o krwawych igrzyskach rozgrywanych w dystopijnej rzeczywistości Panem nie wydaje się bowiem pozycją wyjątkową. O zadawanym przez rówieśników cierpieniu pisał nie tylko William Golding we Władcy much, ale też na przykład Robert Cormier w Czekoladowej wojnie czy Stefan Casta w Grze w śmierć. Niczym nowym nie jest także organizujący całą trylogię Collins motyw śmiertelnych zawodów, które może przeżyć tylko jeden uczestnik – wystarczy wspomnieć Wielki marsz Stephena Kinga czy Battle Royale Koushuna Takamiego i film Kinji Fukasaku nakręcony na podstawie tej książki. O krytyce mediów, w tym programów typu reality show, również powstało już wiele książek i filmów, z Truman Show na czele. Do najoryginalniejszych nie należy także zastosowana w książce narracja. Pierwsza osoba liczby pojedynczej i czas teraźniejszy, przywodzące na myśl grę komputerową, miały z pewnością podkreślić introspektywny charakter powieści i wpłynąć na jej dynamikę. Nie musimy jednak daleko szukać, żeby znaleźć podobne rozwiązania również na naszym poletku – przywołać można chociażby Omegę Marcina Szczygielskiego. Czy w Igrzyskach śmierci – w książce albo w filmie – jest zatem coś, co rzeczywiście decyduje o ich wyjątkowości, choćby na tle innych tekstów przeznaczonych dla młodzieży?

Michael Haneke w filmie Funny Games demaskuje fascynację kinową przemocą. Jest ona tu zaprezentowana sauté – odarta z ośmieszonych podczas kolejnych scen konwencji – dzięki temu ma się wydać doświadczeniem granicznym, niemożliwym do przełknięcia. W ten sposób reżyser, na co zwracają uwagę chyba wszyscy interpretatorzy, pyta widzów oskarżycielskim tonem: Podoba wam się to, co widzicie? Podoba wam się przemoc taka, jaka jest, niemożliwa do strawienia? Sęk w tym, że się podoba. Oglądamy film do końca i mimo że po wyjściu z kina czy wyłączeniu telewizora możemy poczuć obrzydzenie do samych siebie, musimy w końcu przyznać, iż ukazywana na ekranie przemoc, tytułowa „śmieszna gra”, rzeczywiście nas fascynuje.

Podobne, niewyrażone wprost oskarżenie pojawia się Igrzyskach śmierci. Czytelnik książek Collins – jak również widz filmu Rossa – pozornie współczuje trybutom (ale tylko tym, z którymi chwilowo sympatyzuje protagonistka) i potępia spragnioną sensacji publiczność Głodowych Igrzysk, czerpiącą rozrywkę ze śmierci niewinnych dzieci. Jednak tak naprawdę, podążając za Katniss Everdeen i wraz z nią obserwując kolejne mordy, zaspokajamy własny głód krwi. Jest nam przykro, gdy dwunastoletnia dziewczynka zostaje przebita oszczepem, ale, z drugiej strony, ta scena wydaje się absolutnie fascynująca [sic!], podobnie jak rozpoczynająca całe igrzyska rzeź przy obłożonym bronią i jedzeniem Rogu Obfitości. Mimowolnie stajemy się zatem tacy sami, jak oglądający całe widowisko mieszkańcy Panem – kibicujemy po prostu naszej ulubionej uczestniczce show i czekamy z napięciem na jak najbardziej spektakularne śmierci i pułapki zastawiane przez organizatorów na reprezentantów dwunastu dystryktów. W końcu zwycięzca może być tylko jeden.

Podobnie jest w pozostałych częściach cyklu (W pierścieniu ognia, Kosogłos), które – jak zauważa słusznie Agnieszka Urbanowska – niczym kolejne etapy gry komputerowej o rosnącym stopniu trudności stawiają Katniss w obliczu coraz to poważniejszych przeciwieństw. Symboliczną areną okrutnych zmagań staje się w końcu całe państwo Panem, a zawodnikami, których śmierć z przyjemnością oglądamy – mieszkańcy dwunastu dystryktów i Kapitolu. Nieważne, że nikt tu nie ginie na serio i że mamy do czynienia z fikcją. Okazujemy się żądnymi panem et circenses widzami, traktującymi Głodowe Igrzyska jak kolejne talent show. I znów nam się podoba.

Niezwykle odważne i znakomite jest moim zdaniem zakończenie trylogii. Nie rzuca ono czytelnikowi oskarżeń prosto w twarz, ale poprzez brak jakiejkolwiek kompensacji, której po serii dramatycznych wydarzeń podświadomie można oczekiwać, budzi swoisty niepokój. Dowiadujemy się, że nikt nie jest niewinny, że możemy próbować – jak Katniss Everdeen – nie pamiętać o najgorszych instynktach, które w sobie odkryliśmy, ale i tak od nich nie uciekniemy. I właśnie w tej prowokacyjnej demaskacji zwierzęcej wręcz żądzy krwi i mordu, obecnej chyba w każdym z nas, tkwi siła Igrzysk śmierci. Katniss, jej mąż i dzieci nigdy nie zapomną o krwawym „micie założycielskim” nowego, demokratycznego państwa powstałego ze zjednoczonych dystryktów, a odbiorca już chyba zawsze będzie miał bolesną świadomość rządzących nim instynktów.

Mimo wielu niedociągnięć i wad, ta inicjacyjna trylogia staje się dla młodych odbiorców znakomitym – choć smutnym i przejmującym – wstępem do dorosłości. Igrzyska śmierci, zarówno w wersji Collins, jak i Rossa (chociaż tu z oceną musimy poczekać na ekranizacje następnych części cyklu), wpisują się tym samym w daleki od barwnych i roziskrzonych opowieści z happy endem nurt współczesnej twórczości dla młodzieży, w którym, zdaniem Grzegorza Leszczyńskiego, w stopniu wcześniej niespotykanym i w natężeniu obcym wcześniejszym przekazom kultury [młody człowiek] pogrążony jest w świecie chaosu i tragizmu, przesiąknięty złem, które okazuje się wszechobecne i przed którym nie ma żadnej ucieczki; w świecie, który nie otwiera żadnych perspektyw nadziei. Od czytelnika (i widza) zależy, jak sobie poradzi z tą wiedzą. Igrzyska śmierci trwają, niech los zawsze wam sprzyja.