okładka_siódemka_napis1.indd
VARIA | 09.02.2015

Fragment „Siódemki” – nowej książki Ziemowita Szczerka

Nyska. Odpicowana na blask. Stuningowana. Pod lusterkiem miała przyklejony napis z błyszczących, stylowych liter: nysa lucyfer 2.0.

„Ja pierdolę – pomyślałeś – kiedy ja nyskę ostatni raz widziałem?”.

Okno nyski otworzyło się. Zobaczyłeś chłopaka podobnego do Macieja Stuhra, podgolonego na Wehrmacht.

„Co tu się, w tej Polsce – myślałeś – dzieje z tymi fryzurami na Wehrmacht. Wszyscy hipsterzy wyglądają jak młodzi naziści. Nigdzie tyle tego nie ma, ani w Londynie, ani w Berlinie. To jednak – pomyślałeś – jest jakiś kompleks, to całe »naziści byli źli, ale dobrze się ubierali«, te wszystkie historie o błyszczących niemieckich butach, ten cały sexy nazistowski demonizm – jednak Polaków dziwnie ta estetyka kręci, zresztą w sumie nie tylko Polaków, jak jakiś aktor gra w filmie nazistę, to od razu demon do kwadratu, a już jak jest jakaś scena, w której kilku nazistów przebywa w jednym pomieszczeniu, to, kurwa, poziom demonizmu zrywa dachy. Każdy zdejmuje skórzane rękawiczki powoli, z namaszczeniem, palec po palcu, a potem trzyma te rękawiczki w dłoni, każdy ma to zimno arystokratyczne spojrzenie spod półprzymkniętych oczu, szatan na szatanie, każdy ma w domu kolekcję zajebanych z okupowanych krajów najwyższej klasy dzieł sztuki, każdy jest koneserem muzyki klasycznej i wzrusza się na koncertach, a do rozstrzeliwania ludzi puszcza sobie nie Wagnera, bo Wagner to wiocha, ale – dajmy na to – Musorgskiego. No ale – pomyślałeś – tyle tych fryzur, co w Polsce, to jeszcze nie widziałem”.

– Wiesz może, gdzie jest to całe Staropolskie Zamczysko Warowne? – spytał. – W tym całym Książu Wielkim?

– Wiem – odpowiedziałeś dość zdziwiony. – Oczywiście, że wiem, bo to Drugi Cud Siódemki. Mogę wam pokazać, bo to w sumie w moją stronę.

– Dżamp in, ziomuś – powiedział Wehrmacht i otworzył drzwi.

*

Ach, Staropolskie Zamczysko Warowne, to jest cudo dopiero. Wiedziałeś, wiedziałeś, gdzie to jest.

Sytuacja wygląda tak: w Książu Wielkim stoi sobie stary zamek, a kawałek dalej jakiś biznesmen o wielkiej wizji postawił jego kopię i urządził w niej dom weselny i restaurację o nazwie, tak, tak, Rycerska. Zamek z gipsu i cholera wie z czego jeszcze, z kamienia, to znaczy – kamienie namalowane są farbami na fasadzie w podobnym mniej więcej stylu, w jakim namalowany był Sarmata na fasadzie baru Sarmacja. Cała ta fasada przyczepiona została do jakiegoś pozbawionego wdzięku peerelowskiego kostkowatego budynku, magazynu, cholera wie, czego. Na flankach poustawiano sklepowe manekiny poubierane w plastikowe zbroje, parking wyłożono kostką Bauma i otoczono ogrodzeniem z powyginanych rokokowo czarnych, żelaznych prętów dodatkowo zakończonych wywijastymi bączkami.

Staropolskie Zamczysko Warowne, dodajmy, było niedawno laureatem nagrody MakaBryła roku.

*

Siedziałeś w nysce, która unosiła cię coraz dalej od płonącej vectry, hipsterzy zresztą, którzy w nysce jechali, nie omieszkali ci opowiedzieć o tym, że widzieli po drodze płonący na poboczu samochód, obok policję i karetkę, która nie była na sygnale, czyli, wywnioskowali, kierowca raczej nie przeżył. Zresztą, mówili zajarani, czegoś takiego to się nie da przeżyć, no jak.

Rozglądałeś się po wnętrzu. Do sufitu przyczepiony był plakat książki Filipa Springera Wanna z kolumnadą. Na jednym z siedzeń leżała skrzynka, a w skrzynce – karabiny do paintballa i maski.

– O – powiedziałeś – lubicie paintball?

Hipsterów była czwórka. Albo piątka, jeśli liczyć nyskę.

Prowadziła grubawa dziewczyna w berecie, z dredami spod niego wystającymi i wielkimi trupimi czachami w uszach, z kolczykiem w nosie i tatuażami, jak ci się wydawało, na całym ciele. To znaczy – ciała nie widziałeś, ale wyłaziły jej zza kołnierza koszuli na szyję, z rękawów na dłonie. Nosiła ciuchy, które, wydawałoby się, w ogóle nie pasują do tych wszystkich dredów, tatuaży i kolczyków, bo wyglądała jak członkini francuskiego ruchu oporu: ten beret, płaszczyk, spódniczka, wysoko sznurowane trzewiki na mocnym obcasie. Miała na imię Świteź. Koleś, który pytał cię o drogę, Adrian (kazał na siebie mówić Ardian) też wyglądał mocno wintydżowo: miał na sobie pulower nałożony na białą koszulę i, uwaga, pumpy o przedwojennym kroju, do których włożył szkockie pończochy.

„Gdzie on w xxi wieku – zastanawiałeś się – kupił szkockie pończochy?” Wyglądał jak Maciej Stuhr, który przebrał się za Witkacego. Dwóch pozostałych było bliźniakami, którzy nadal – mimo swoich na oko dwudziestu pięciu lat – ubierali się tak samo, czyli w pomarańczowe najki, low cuty, stary model, wąskie spodnie i kardigany. Włosy, podobnie jak Ardian, mieli ostrzyżone na Wehrmacht. Nazywali się Udaj i Kusaj.

W sumie wszyscy wyglądali trochę jak nieco shipsterzony oddział jadący na powstanie warszawskie.