zacmienie
RECENZJE | 25.11.2013

Fizjologia zaćmienia („Zaćmienie”)

Lubię książki, w których wszystko się kończy. Przykładowo, ściany pękają, płomienie oblizują chybotliwe strzechy domostw, wybite szyby z hukiem spadają na chodniki, a rozbiegani ludzie wzywają Boga, żeby przyszedł i ocalił. Przywykłem do światów niedołężnych, ciężkich, ospale mrukliwych, przysypanych popiołem, w których bohaterowie snują się jak duchy, pomimo swojej nieważkości kalecząc się o ostre kanty zaległych na ulicach gruzów. Świat w Zaćmieniu Agnieszki Wolny-Hamkało poznajemy na chwilę przed jego końcem, zwiastowanym przez tytułowy motyw zaćmienia. Myślę jednak, że Wolny-Hamkało poszła dalej i przepowiedziała koniec świata nie przed, lecz po jego faktycznym zakończeniu.

Sądzę, że przyjaźnię się z końcem świata, bo tak nauczyła mnie literatura. Powszechna, ale też rodzima – uspokajająco nasza, czasami nieprzewietrzona, ale przez to nadająca się na podpałkę pod rzeczywistość, która choć zawilgocona rzewnym smutkiem, w końcu się zajmie i zakopci. Proszę mnie dobrze zrozumieć, nie piszę o postapokalipsie, nie mówię o bombach atomowych detonowanych w stolicach ani o potężnych trzęsieniach ziemi, które w dziesięć minut odbierają ludziom to, co budowali przez lata. Mówię natomiast o pewnej formie świeckiej martyrologii, na którą polski czytelnik może chorować, bo być może przyzwyczaił się do światów, które łatwiej dopasować mu do polskiej rzeczywistości za oknem. W tej martyrologii bez Boga jest tylko sam świat i żywot wiedziony na smutnych ulicach polskich miast.

Zaćmienie to debiutancka, dłuższa proza dla dorosłych znanej dotychczas z poezji i krytyki literackiej autorki, współprowadzącej program o książkach w TVP. Wolny-Hamkało nie stworzyła jednak kolejnej poetyckiej książki. Sama na spotkaniach autorskich przyznaje, że marzy jej się powieść realistyczna, z prozą poetycką nie chciałaby być – przynajmniej w chwili obecnej – kojarzona. Czy Zaćmienie to powieść realistyczna? I tak, i nie.

Rzeczywistość literatury Agnieszki Wolny-Hamkało jest nierzadko posępna, a jednak przeszyta fantastyką, wciąż kuszącą tajemnicą. Ten komfortowy azyl mami przygodą, wodzi na pokuszenie nocy, wabi ryzykiem i zaprasza do heroicznego wobec apokalipsy, bohaterskiego wręcz rozbicia głowy. Bohaterowie w takim świecie, świadomi lub nie, poruszają się po nim tak, jakby już umarli albo jakby umrzeć mieli lada chwila. Pokiereszowani, połamani, zdruzgotani, w istocie nie chodzą, a suną mrocznymi ulicami, jakby porwani i poruszani wyłącznie siłą inercji.

Główna bohaterka, kobieta w średnim wieku, Ewa Skalska, jest byłą policjantką. Z sił porządkowych odeszła po tym, jak mężczyzna jej życia – poznany na komendzie – spółkowanie z Ewą zastąpił spółkowaniem z ikoną Marii Magdaleny. Motyw to w literaturze nienowy, by przypomnieć cokolwiek podejrzaną, muśniętą dwuznacznością relację Henryka Kwiatka z gościem ze świętego obrazu. Tyle tylko, że w Zaćmieniu poszło o miłość i to nie byle jaką, bo ważną, bo być może tę jedyną, a przynajmniej taką, która przeważyła szalę i odebrała człowiekowi wszelką sensowność życia. Ewa odchodzi z policji do wydawnictwa – miejsca pracy, które paradoksalnie okazuje się dużo bardziej niebezpieczne. Bohaterka Zaćmienia jest poszukiwaczką historii – wchodzi w te miejsca, do których nie chcą wchodzić pisarze, by odnaleźć materiał, który autor może przekuć w poczytną powieść. Brudzi się i ryzykuje za nich, dokonując wstępnej selekcji. Ewa jest więc nie tyle ghostwriterem, co ghost-collectorem. Odwiedza piwnice, strychy i mieszkania obcych ludzi w nadziei, że odnajdzie w nich mięsiste story. Koncept fabularny współgra tu zresztą z budową powieści, będącej zbitką wątków pobocznych zogniskowanych wokół czterech polskich miast, a spajanych jedynie psychiką głównej bohaterki i tytułowym motywem nadchodzącego zaćmienia.

Zaćmienia, któremu narratorka przypisuje rolę pierwszego znaku końca świata. Hamkało świetnie zresztą punktuje nasze młodzieńcze (tylko młodzieńcze?) zabobony i zwyczaje z tym zjawiskiem związane. Wspomina stare klisze z wesel i świąt, na których nieżyjący już ludzie wznoszą toasty i rentgenowskie zdjęcia, nierzadko z plamkami nowotworów, unoszone ku słońcu, by móc przyjrzeć się kosmicznej osobliwości. Samo zaćmienie pełni tu jednak znacznie poważniejszą rolę nieubłaganego widma, przez swoją naturalność w jakiś sposób koniecznego. Realizm tej powieści polega na wybudowaniu miasta, które czytelnik uzna za swoje. Efekt ten szybko ustępuje sile opowieści – można rzec, sile literatury, bo Ewa, poszukując materiału dla wydawnictwa, wikła się w wariackie absurdy. Plejada postaci przyprawia o zawrót głowy – jest Anna Jantar (całkiem zresztą żywa), jest Arnold Schwarzenegger (aktor, gubernator, poeta). Szybko zdajemy sobie sprawę, że sama Ewa nie jest tylko bohaterką, która z racji wykonywanego zawodu musi zderzać się z szaleństwem; to duch i ofiara tego świata, to ofiara jego końca, choć przecież łatwo się domyślić, że zaćmienie nadejdzie dopiero wraz z ostatnimi słowami powieści. Ostatecznie, jak trzeba być szalonym, by zejść do piwnicy szaleńca?

Współczesny czytelnik, któremu zdarzyło się już przeżyć kilka końców świata, ucieszy się na tę powieść. Bo co tam milenijne bomby, starożytne przepowiednie, ozonowe dziury i dwie upadające wieże. Co tam sekty głoszące prawdy i tylko prawdy. To wszystko weszło już w naszą popkulturową wrażliwość, tym samym apokalipsę wiążąc ze śmiechem. Stąd powieść Agnieszki Wolny-Hamkało, choć posępna i smutna, najeżona jest rześkim, ironicznym śmiechem, dystansującym nas od piekielnych ogni martyrologii. Arnold Schwarzenegger roniący łzę po odczytaniu swojego wiersza to komizm w czystej postaci, zwłaszcza dla kogoś, kto wychował się na geniuszu jego minimalistycznego aktorstwa z Pamięci absolutnej. Śmiałem się przy Zaćmieniu wielokrotnie, bo też w języku poetka Wolny-Hamkało zorganizowała stylistyczny karambol, stawiając metafory obok mocnych scen seksu, ładne opisy obok wulgarnej Polski. Takiego go zapamiętała: zmęczone sobą zjawisko na marginesie nocy, zapach herbaty Lipton Earl Grey napisze autorka o jednym z bohaterów, a my od razu wiemy, że byłby to wers z pięknego wiersza.

A jednak, pomimo piękna i śmiechu, powieść pozostawia nas w smutku. Zgubiłam papierosy – powiedziała jak przez sen. – Pudełka są tak lekkie, że nie słychać, kiedy spadają na ziemię, powie w jednym z kluczowych momentów powieści Ewa i powie to w taki sposób, jakby w istocie był to koniec świata, a zgubione papierosy uzmysłowiły jej marność swojego życia. To już nie jest zwykły dołek, to głębokie grzebanie się w niewyleczonych traumach, rozbijających każdy plan sprowadzenia swojego życia na lepsze tory. Miłość? Owszem, była, kiedyś. Ale czy teraz jest możliwa? Autorka Zaćmienia tworzy bohaterów trochę jak Michel Houellebecq tworzył swoje ofiary: spotykają się już w kwiecie wieku, gdy zdążyli doszczętnie połamać swoje życie, gorzkim smakiem ugasić ambicję, dziury pozalepiać cynizmem. W zasadzie spotykają się dopiero wtedy, gdy są już martwi. I tylko dlatego bohaterowie Cząstek elementarnych mogli tworzyć swoje pokręcone, chore związki: bo byli już tak przegrani, że w sumie było im wszystko jedno. Śmiem twierdzić, że Wolny-Hamkało idzie jeszcze dalej: Ewie, temu rannemu zwierzęciu, nie daje nawet możliwości na miłość, bo jeśli nawet z zalecającym się do bohaterki Tofikiem cokolwiek by wyszło, nadchodzi przecież koniec świata.

Ewa to duch w świecie już przegranym, już dawno zakończonym. Zwiastujące jego koniec zaćmienie jest albo bezlitosnym żartem losu, albo w gruncie rzeczy optymistycznym rozwiązaniem. Piszę: duch, choć jest to duch niepozbawiony fizjologii, która z wiekiem daje o sobie znać. Ciało i seks w tej powieści stale związane są z płynami, przypominającymi o sobie zapachem lub bólem w najmniej dogodnych chwilach. Ukruszony ząb, koronka, która wypadła z ust i siwe włosy maskowane farbami upodabniają Ewę do miast, które odwiedza. Oto więc świat skończony, który swego końca jeszcze nie celebrował. I duch obarczony fizjologią ciała, niejako podły żart metafizyki. Można zażartować poważnie: jeśli starzejące się ciało swoją fizjologią przypomina o końcu życia, tak zaćmienie jest fizjologią świata, starego, sennego, zmęczonego istnieniem.

Cieszy fakt, że autorka z końca świata nie buduje świątyni, w której my, czytelnicy, winniśmy bić się w pierś i płakać, choć ołtarz dawno zdementowano i wyniesiono. Podkreślam, Zaćmienie jest ironią, choć gorzka to ironia. Być może dałoby się dzisiejszej literaturze wytknąć jakąś formę świeckiej martyrologii, w której nędzne życie doczesne każe załamywać ręce i wzywać apokalipsę, choć nie czeka nas po drugiej stronie żadne odkupienie i wynagrodzenie za włożony trud. To rodzaj, pardon za akademię, postsekularnego kompromisu, który marność nad marnościami wiąże z pragnieniem nieosiągalnego końca i ponowoczesnym marzeniem o niezależności od wyższej instancji. Jakbyśmy chcieli wierzyć w koniec, ale nie pozwalała nam na to kultura.

Zaćmienie jednak nastaje. Ewa zostawia po sobie tyle, ile mogła. Zaćmienie trwa chwilę i mija. Koniec świata się skończył. I znów trzeba iść do pracy.

 

Zaćmienie

Agnieszka Wolny-Hamkało

Wydawnictwo Czarne, 2013

Liczba stron: 200

Maciej Pawlikowski

Maciej Pawlikowski

(ur. 1986) – studiował krytykę literacką na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikował w “FA-arcie”, “E-splocie” i “Polisemii”. Interesuje się koncepcją opowieści w twórczości Mirosława Nahacza. Urodził się w Kamiennej Górze, mieszka w Krakowie.