popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Feminizm szowinistyczny (polemika x2)
feminizm2
ARTYKUŁY | 04.02.2013

Feminizm szowinistyczny (polemika x2)

Polemiki z artykułem Ewy Drygalskiej Feminizm szowinistyczny

 

Feminazizm w odwrocie

Magdalena Kunz

Jednym z głównych sporów toczących się wewnątrz polskiego ruchu, a właściwie należałoby powiedzieć: ruchów feministycznych, jest spór o priorytet. Należy  zhierarchizować społeczne problemy polskich kobiet, uporządkować je wedle ich politycznej i symbolicznej wagi (przy czym symboliczne zawsze ustępuje tu politycznemu), zewrzeć szeregi i, zamiast zajmować się sprawami trzeciego rzędu, zabrać się wreszcie do roboty. Od okrągłego feministycznego stołu odchodzimy zawsze trochę poróżnione i rozczarowane bezowocną debatą, która znowu nie dała nam odpowiedzi na pytanie, czego my, polskie kobiety, potrzebujemy najbardziej.

 Kuzynka feministka

Okazuje się, że związki pokrewieństwa między nami są wielorakie i często jesteśmy dla siebie siostrami jedynie ciotecznymi. Spotykamy się od święta: 8 marca, przy zbieraniu podpisów pod projektem ustawy liberalizującej regulacje dotyczące prawa do aborcji i w pół drogi podczas dyskusji o parytetach. Na co dzień akademiczki publikują swoje krytyczne studia w prasie specjalistycznej, podczas gdy radykałki biegają nocami po ulicach, odbijając sprayem trafarety riot grrrl i działania jednych wzbudzają umiarkowane zainteresowanie drugich. Polskie środowiska feministyczne nadal jeszcze odrabiają lekcję drugiej fali, która czterdzieści lat temu nauczyła zachodnie feministki mówić wyłącznie we własnym imieniu i obnażyła opresywny charakter gestu politycznego zawłaszczania dyskursu emancypacyjnego przez białe, heteroseksualne, wykształcone kobiety z klasy średniej. Dyskusja o feministycznym zacietrzewieniu na popkulturę, zainicjowana przez Ewę Drygalską w tekście, do którego pozwalam sobie wystosować kilka słów krytyki, w sposób dość wyraźny obrazuje nie tyle trudności, jakie rodzą się podczas prób dokonania gradacji problemów mieszczących się w obszarze „kwestii kobiecej‟, ile permanentną niezdolność ruchów feministycznych do wypracowania jednej, spójnej strategii emancypacyjnej. Różnie, często sprzecznie nazywamy problemy, gdzie indziej lokujemy przyczyny i źródła opresji, a to, co w jednych z nas budzi sprzeciw, inne zbywają machnięciem ręki.

 Girls just wanna have fun and power

Chociaż w historii feminizmu nie spłonął nigdy żaden stanik, performance dziewczyn z Atlantic City z ’68 roku został przez krytyków ruchów kobiecych wykorzystany jako symboliczny dowód na feministyczne zacietrzewienie, oznaka tępego radykalizmu i świadectwo wyzucia z, tak cennej dla zachodniej normy płciowej, zseksualizowanej „kobiecości”. Przede wszystkim jednak epitet podpalaczki damskiej bielizny do dzisiaj udatnie służy antyemancypacyjnym dyskursom, demaskując rozhisteryzowaną feministyczną krzykaczkę jako smutną, całkiem pozbawioną poczucia humoru frustratkę, która swoją obrażalską miną psuje wszystkim dobrą zabawę. Sztywniara, co gorsza, nie umie śmiać się z samej siebie, na niewinne żarty obrusza się, burcząc coś o seksizmie i przemocy symbolicznej, a niegroźne, rycerskie ukłony i dżentelmeńskie gesty interpretuje jako patriarchalne akty agresji. Święte oburzenie i śmiertelna powaga dyskwalifikują w towarzystwie ponurą zołzę, która zamiast uśmiechać się, gdy komplementują jej suknię, głośno narzeka, że przydusza ją gorset. Nawet jeśli kiedyś aktywistki i teoretyczki próbowały tłumaczyć się z feministycznego języka, w którym nie opowiada się dowcipów o gwałcie, a całowanie rączek poddaje się krytycznej interpretacji w kategoriach postpatriarchalnego symbolicznego porządku, większość z nich dawno już przeszła na pozycje ofensywne, z których najcelniej strzela się nie oburzeniem, a ironią. Niestety, czasem z armat do wróbli.

Wiele hałasu o podmiot

Masowy facepalm, jaki wzbudzić miały krytykowane przez Ewę Drygalską teksty Ilony Witkowskiej i Marty Karaś, u marginalnej części czytelniczek nie wywołały niczego ponad lekkie wzruszenie ramion. Przeżuta przez tysiące memów, wypluta i ostatecznie zutylizowana przez Make Life Harder Kasia Tusk i jej pastelowe masthewy nie domagały się z pewnością potoku słów tak żarliwej krytyki, pobrzmiewającej zresztą paternalistycznym nadęciem, charakterystycznym dla sądów formułowanych przez uzbrojone w teoretyczną aparaturę tropicielki opresji, której ofiarami padają tak zwane zwykłe kobiety (o czym pouczają nas teoretyczki, kobiety niezwykłe). Ani jałowa paplanina premierówny, ani absurdalna retoryka „Perfekcyjnej Pani Domu” na pewno, jak chciały redaktorki, nie „przekreśla 200 lat walki kobiet o równouprawnienie”, a redaktorzy Wojewódzki i Figurski zasłużyli na zdecydowanie mniej medialnej uwagi, niż im jej poświęcono. Intelektualnie wyrafinowane w stopniu umiarkowanym, uwagi Witkowskiej i Karaś o konserwatywnych obszarach popkultury stanowiły destylat ogólnie obowiązujących w pewnych środowiskach opinii, wzmocnionych wątpliwą z politycznego punktu widzenia metodologią, która uderzając w krytykowane zjawisko, rykoszetem trafia w głowę jego rzekomej ofiary. W towarzyskich kuluarach przerzucanie się żartobliwymi uwagami o posezonowych wyprzedażach sznurówek za 99 złotych i prasowaniu skarpet w kant stanowi o znajomości repertuaru aktualnie obowiązujących dowcipów i pozwala utrzymać bezpieczny dystans ironicznej, dalekiej od zaangażowania obserwatorki. Jednak przeniesienie kuluarowego żargonu na salony budzi już niesmak, a jeśli arogantki zamiast ostentacyjnego indyferentyzmu wykazują emocjonalne albo polityczne zaangażowanie, etykieta wymaga w odpowiedzi zbiorowo wykonać gest kapitana Picarda. Niepotrzebnie redaktorki wylewają potoki żółci na kontrowersyjne z feministycznych punktów widzenia zjawiska, które, zamiast wściekle obsobaczać, należałoby raczej poddać rzetelnej kulturoznawczej analizie. To jednak nie znaczy, że niepokój, jaki u niektórych feministek budzi retoryka popularyzująca modele kobiecości bliźniaczo podobne do wzorca obowiązującego w latach pięćdziesiątych, jest bezpodstawny i nie powinien zostać wyartykułowany. Jednym z zadań feministycznych krytyczek kultury, które poważnie traktują swoje zatrudnienia, jest bieżące komentowanie zjawisk, które tak czy inaczej korespondują z obszarami zainteresowań feministycznej teorii i praktyki. Z kolei jednym z założeń emancypacyjnej filozofii jest oddanie głosu emancypującym się podmiotom i uznanie wyrażanego przez te podmioty doświadczenia opresji za autentyczne. Nawet jeśli formy wyrazu wywołują w nas przykre uczucie zażenowania i prowokują do kapitańskiego gestu.

 Hi, my name is Feminazi

 Feminizm nie uwikłał się w popkulturę wczoraj i problemy, z którymi borykają się teoretyczki i praktyczki kobiecej emancypacji, próbując zrozumieć, wyjaśnić i wykorzystać ambiwalentną hipsterską poetykę, estetykę i etykę, są w najlepszym wypadku kolejnym etapem zmagań kulturowej krytyki feministycznej z masową recepcją zjawisk medialnych. Przywołana przez Ewę Drygalską Plinta nie powiedziała niczego nowego, wskazując na obowiązujący w hipsterskiej antyideologii prymat „fajnego” nad semantycznie pogłębionym. Nowy język hipsteryzmu zawiera w sobie potencjał jednocześnie politycznie subwersywny i reakcjonistyczny. Emancypacyjne treści operujące poetyką memów rodzą komunikaty wewnętrznie niejednorodne: wskazując, nazywając i karykaturując opresywne zjawisko, jednocześnie umieszczają je w wytłuszczonym cudzysłowie, który pozwala zachować bezpieczny, dyktowany ironiczną konwencją dystans i nie obliguje do zaangażowania. Nie znaczy to, że hipsterska popkultura to feministyczna ziemia jałowa, na której nie sposób wyhodować nic poza sezonowym kwiatkiem o czysto krotochwilnej funkcji. Znaczy to jednak, że ta sama ideologiczna poetyka, która zdolna jest wygenerować set lesbijskich memów, na których namiętnie całują się disnejowskie królewny, wypuszcza równolegle obrazki z serii Hipster Feminist, redukujące do absurdu kwestie nierówności społecznych, prawa do aborcji i gwałtu. Jeśli od feministycznych krytyczek oczekuje się pogłębionych analiz kultury w jej różnorakich przejawach, należy spodziewać się szerokiego spectrum reakcji, których rozpiętość mieści w sobie nie tylko chłodny merytoryczny komentarz, ale pozwala również dać wyraz zaniepokojeniu czy oburzeniu.

 Sprawdź to, sprawdź

 Nie pielgrzymowałam nigdy do grobu śp. Magika, ale pamiętam, że Księga Tajemnicza. Prolog wywołała we mnie jednocześnie niekłamany entuzjazm i niepokojące poczucie wyalienowania. Kultura hip-hopowa obiecywała świeży powiew luzu, którego zdecydowanie brakowało w dusznym od disco klimacie lat dziewięćdziesiątych. Dziewczyny z klas siódmych (reprezentuję również rocznik leciwy) próbowały wynegocjować dla siebie miejsce w formującej się dopiero subkulturze luźnych spodni i deskorolek. I dość szybko szerokie spodnie zamieniły na krótkie spódniczki, a deski na obcasy. Nie dziwię się Plincie, że przypomniała sobie szkolną traumę, jaką fundowali jej młodociani would-be gangstas. Pierwszą płytę Kalibra 44 trzymam do dziś na honorowym miejscu, ale słuchając Księgi..., konsekwentnie przełączam Bierz mój i masz, kawałek o klękaniu do miecza w ramach odwiecznej dynamiki kobiecego „dawać” i męskiego „brać”. Demaskowanie dresów i łańcuchów ma ten bezsprzeczny walor, że nie pozwala całkiem odwrócić wzroku od tych obszarów kultury, w których najbardziej męscy z mężczyzn zaznaczyli swoje terytorium, nie zostawiając miejsca na różnorodność, emancypację czy subwersję. Hip-hop, jak każdy niepoddający się wewnętrznej unifikacji kulturowy fenomen, zawiera w sobie potężny potencjał subwersywny, z którego doskonały użytek zrobiły choćby takie artystki jak God-Des & She czy YoYo. Polska kultura hip-hopowa póki co nie wykształciła jednak warszawskiej odmiany sissy bounce. Skoro nie udało się jak dotąd zbudować kobiecej sceny rapowej, na hip-hopowy gender-bending długo jeszcze nie będzie miejsca w symbolicznej przestrzeni blokowisk. Jeśli operujemy na złożonej i niejednorodnej materii kultury popularnej, metodologiczna alternatywa, zbudowana na opozycji: afirmacja kontra negacja, okazuje się narzędziem dość nieprecyzyjnym. Żeby powstała subwersja, musi istnieć opresja, jednego i drugiego warto nie tracić z pola widzenia.

Zawsze może być gorzej

Każdy dyskurs emancypacyjny w pierwszej kolejności wskazuje na konieczność upodmiotowienia jednostek podlegających opresji. W praktyce oznacza to tyle, że głos oddany podmiotom uznaje się za suwerenny i że nie można go im odebrać. Uwolniony od knebla kobiecy podmiot może artykułować swoje potrzeby, okazać gniew i wyrazić sprzeciw. Nie lubię, kiedy całować mnie w rękę. I wystarczy. Relikt czy nie, znośny fetor trupa patriarchatu czy wciąż żywy nośnik symbolicznego porządku, który, mimo najlepszych naszych chęci, wcale jeszcze nie został do końca zdekonstruowany – nie lubię i życzę sobie, żeby to uszanować. Uskarżając się na uporczywą powtarzalność niezręcznych sytuacji, w których dżentelmeńskiej powinności staje na drodze feministyczna fanaberia, Zawadzka bardziej niż na opresywny charakter paternalistycznych gestów wskazała na niechęć i agresję, jakie wśród niektórych dżentelmenów budzi nieoczekiwany sprzeciw wobec ich wielkodusznej kurtuazji. Przy okazji sama niechcący zakuła się w dyby krytyki starszej niż nasze emancypujące się prababki. W głowach się babom poprzewracało, ot i co. Prokurują problemy, za nic sobie mając sprawy wysokiej wagi. Odkąd Polska w bólach zaczęła rodzić pierwsze feministki, zatroskanym o los polskich kobiet przybywa dziewczynek do bicia. Palące problemy same się nie rozwiążą, a feministki jak zwykle zajmują się bzdurami. Toczą się abstrakcyjne spory o zasadność używania żeńskich końcówek, a darmowych żłobków jak nie było, tak nie ma. Nie ma, bo feministki się nimi nie zajęły. Zawsze jest jeszcze jakiś obszar, który feministki zaniedbały, jakaś sprawa, w którą niewystarczająco się zaangażowały, i jakieś pryncypia, o których, w ferworze kolejnej niedorzecznej dyskusji, znowu zapomniały. Rozłażą się do swoich fundacji, genderów, kolektywów i każda dalej robi swoje, jak gdyby nigdy nic. Nadal nie wydano Fioletowej Książeczki, która uregulowałaby raz na zawsze problematyczną kwestię gradacji problemów i pozwoliła wreszcie wszystkim siostrom unisono wygłosić wspólne stanowisko. Nieznośna dysonansowa polifonia i rozczarowująco mało zgrabnych kontrapunktów.

Śpiewać każda może

Jako anarchofeministycznej radykałce nie zdarzyło mi się nigdy pogować na hc punkowym koncercie obok jednej choćby lipstick feminist. Nie spotkałam na organizowanej w obronie krakowskich szkół manifestacji pod urzędem miasta wielu lesbijek, którym bardziej niż na darmowych stołówkach zależały na przeforsowaniu projektu ustawy o związkach partnerskich. I chociaż wolałabym, żeby każda sprawa była naszą wspólną i żebyśmy zawsze spotykały się tam, gdzie ważą się losy milionów polskich kobiet, dyskutowane są istotne problemy dotyczące równouprawnienia albo tworzy się wspólna, kobieca przestrzeń, rozumiem, że mnogość języków, jakimi mówimy, często rozrzedza siostrzaną krew i czyni dalekim nasze powinowactwo. Podejmowana wciąż na nowo dyskusja na tematy dla jednych przebrzmiałe, a dla innych palące, pomaga uchronić te wielojęzyczne struktury przed skostnieniem i wyzwala twórczy ferment, nieodzowny dla żywotności ruchu społecznego, politycznego czy teoretycznego. Te z nas, które pilnie potrzebują, niech więc swobodnie palą staniki, stosując wedle uznania strategie subwersywne, rewolucyjne albo hipsterskie. Te, które lubią koronki, niech się stroją na zdrowie. W międzyczasie te, co staników nie noszą, puszczą sobie Queen Latifę i wygenerują parę feministycznych memów.

 

 

Feminizm niezrozumiany

Jolanta Prochowicz

 

Nie wiem, jaki cel przyświecał autorce artykułu Feminizm szowinistyczny. Nie wiem też, co chciała przekazać światu, kończąc swój tekst westchnieniem o kapitale i sprawczości. Być może nie rozumiem, to nawet całkiem prawdopodobne. Rozumienie nie jest bowiem stanem, którego doświadczam szczególnie często, gdy czytam teksty, w których próbuje się światu jakąś prawdę tajemną odsłonić, ale nie za bardzo wiadomo, co to ma być za prawda i dlaczego była do tej pory szczelnie zasłonięta. W efekcie brak tezy zostaje zastąpiony przez strumień świadomości. Przysłowiowe „Mydło i powidło” poruszanemu, ważkiemu skądinąd tematowi z pewnością się nie przysłuży. Stąd interwencja, która staromodnie woła o tezę, argumenty i jakikolwiek porządek wypowiedzi.

Rzecz idzie tym razem o feminizm. Tutaj od razu przydałoby się uściślenie, gdyż nie bardzo da się mówić o jednym feminizmie. Jest ich bowiem wiele: od liberalnego, przez socjalistyczny, egzystencjalistyczny, po chrześcijański. Prowadzić subtelne rozróżnienia można dalej: istnieją przecież prądy o celach niefeministycznych, ale realizowane feministycznymi metodami, jak ekofeminizm czy pacyfizm feministyczny. Nie będąc jednak małostkowa (wszak publicystyka niekiedy domaga się uproszczeń), przyjmuję, że autorce chodzi o feminizm na polskim podwórku, dokładniej – na podwórku lewicowym. To, co zdaje się zaś rzeczoną autorkę boleć najbardziej, to trywializacja dyskursu feministycznego przez feministki same. Bo autorka ma hierarchię feministycznych wartości. I w tej hierarchii nie mieszczą się na przykład żeńskie końcówki. Nie wiem, co oznacza sformułowanie „anihilacja resztek patriarchalnej tradycji” (mogę tylko przypuszczać, że o to nieszczęsne przepuszczanie w drzwiach chodzi), ale ona także się nie mieści.

Po tej mozolnej próbie zrozumienia intencji autorki nastąpi apel (uwaga, sprawa otrze się o moralistykę, a co!): problemy kobiet to zarówno brak żłobków, jak i żeńskich końcówek. To także przemoc domowa i przemoc słowna. I różne odłamy feminizmu poruszają różne obszary problemowe. „Foczka”, „dupera” i „Perfekcyjna Pani Domu” to druga strona problemu przemocy, dlatego najpierw rozróżnienia, a potem próba holistycznego ujęcia tematu – mogą być na miejscu! I rozróżnień, i mądrych uogólnień w tekście Ewy Drygalskiej niestety zabrakło. Polały się za to łzy czyste, rzęsiste na to, że feminizm nie działa na rzecz rozwiązania „prawdziwych problemów kobiet”. Otóż w moim przekonaniu działa! Dokładniej: różne feminizmy działają na rzecz różnych problemów (tak, tak, Karolina Plinta także działa, choć czasem głęboko rani to moje literacko-estetyczne wyczucie stylu). Szkoda tylko, że nogi sobie nawzajem podstawiając.

Ten mój wywód nie jest sugestią, jakoby wszystkie feministki świata powinny się teraz nagle a niespodziewanie połączyć, a wszystkie różnice światopoglądowe zlać w ekstatycznym tańcu (choć odrobina solidarności mogłaby, jak przypuszczam, okazać się całkiem pomocna). Pluralizm jest całkiem sensownym rozwiązaniem (pluralizm problemów odpowiada pluralizmowi poglądów). Wydaje mi się jednak, że feminizmy wszelakie powinny mimo wszystko siebie nawzajem szanować, skoro o szacunek w końcu, między innymi, bój wiodą. A jeśli szacunek to zbyt szumne słowo, to może chociaż próba zrozumienia? Cóż, to takie nieszowinistyczne.