hanselgretel
RECENZJE | 18.03.2013

Eskapizm spod znaku gore („Hansel i Gretel: Łowcy czarownic”)

Od pewnego czasu można zaobserwować utrzymujący się w kinie trend, w ramach którego opowiadane są na nowo dobrze znane w naszym kręgu kulturowym baśnie. W 2010 roku oglądaliśmy Dziewczynę w czerwonej pelerynie w reżyserii Catherine Hardwicke. W zeszłym roku mieliśmy okazję zobaczyć aż dwie wariacje na temat Królewny Śnieżki – Królewnę Śnieżkę i Łowcę z Kristen Stewart w roli głównej oraz Królewnę Śnieżkę z Julią Roberts i Lily Collins. W najbliższym czasie do polskich kin wejdzie Jack pogromca olbrzymów, oparty na fabule angielskiej baśni o Jasiu i magicznej fasoli. W lutym natomiast Hollywood zaproponowało nam film Hansel i Gretel: Łowcy czarownic, czyli uwspółcześnioną kontynuację opowieści o Jasiu i Małgosi. Film przeszedł przez ekrany właściwie bez echa, zbierając głównie umiarkowane oraz negatywne recenzje. Zdaje się jednak, że można zauważyć w związku z nim pewne interesujące tendencje, postanowiłam więc poświęcić mu odrobinę uwagi.

Fabuła koncentruje się wokół dwójki tytułowych bohaterów. Po tym, jak rodzeństwu udało się opuścić chatkę z piernika i wrzucić wiedźmę do pieca, stają się pogromcami czarownic. Kierowani chęcią zemsty specjalizują się w ich zabijaniu, co jest prawdopodobnie wynikiem wciąż przerabianej dziecięcej traumy. Dzięki swojej skuteczności i odwadze zyskują wielką sławę. Trzeba przyznać pomysłodawcom, że koncepcja tej historii opiera się na prostym, ale równocześnie dość błyskotliwym zamyśle. Treść jednakże będzie odgrywała tutaj drugorzędną rolę. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na aktualną popularność postaci łowcy w kulturze, który to pojawił się w zeszłym roku we wspomnianej już wcześniej Królewnie Śnieżce i Łowcy oraz w filmie Abraham Lincoln: Łowca wampirów.

Pomocne w czytaniu tego tekstu kultury może okazać się przybliżenie postaci reżysera i jego dotychczasowego dorobku. Norweski twórca Tommy Wirkola w 2009 roku nakręcił film pod tytułem Zombie SS. Jest to historia o studentach spędzających ferie w górach. Ich wypoczynek zostaje jednak zakłócony, ponieważ zostają zaatakowani przez oddział zombie-nazistów, w wyniku czego dochodzi do krwawej jatki. Estetyka gore zauważalna jest także w Hansel i Gretel… (film został nawet oznaczony literą R, co oznacza, że młodzież poniżej 17 roku życia może go oglądać tylko w towarzystwie i za zgodą dorosłych). Widzom zostają zaprezentowane chyba wszystkie możliwe sposoby zabijania czarownic – od dekapitacji po rozczłonkowanie ciała za pomocą uprzednio zamontowanych pomiędzy drzewami żyłek. Trup więc ściele się gęsto, posoka tryska, a fragmenty korpusów wznoszą się w powietrze. Wbrew pozorom w taki właśnie sposób twórca przywraca tej historii utraconą na przestrzeni lat w rozmaitych adaptacjach brutalność,  pierwotnie zawartą przez braci Grimm w baśni.

Film Wirkoli to okraszona sporą dawką humoru hybryda kina akcji i horroru, która nie wnosi właściwie niczego nowego do kinematografii. Reżyser opiera się na kulturowych kliszach,  żongluje nimi jednak nad wyraz sprawnie. Zauważalne są liczne nawiązania do kultury popularnej. Batalistyczne sceny pokazane w zwolnionym tempie oraz ujęcie wygiętego ciała uchylającego się przed pociskiem to oczywiste nawiązania do Matrixa. Ironicznym komentarzem do panującego współcześnie kultu celebrytów jest postać młodego, rozentuzjazmowanego fana głównych bohaterów. Olbrzymi troll, który pała uczuciem do Gretel, ma na imię Edward (imię jednoznacznie kojarzące się już teraz ze Zmierzchem). Hansel i Gretel przedstawieni są jako wykwalifikowani zabójcy-superbohaterowie. W imię sprawiedliwości bronią ludzi i dzieci przed czarownicami, a także ratują przed spaleniem kobiety, które są niesłusznie posądzane o czary. W tym kontekście interesujące jest również obsadzenie w głównej roli Jeremy’ego Rennera, który znany jest z roli superbohatera Hawkeye z uniwersum Marvela. Reżyser co rusz puszcza widzom oko – gramofon zostaje umieszczony w lesie, uzbrojenie bohaterów to dziwne połączenie tradycyjnej broni z nowoczesnymi elementami, a co najbardziej chyba zabawne: Hansel cierpi na cukrzycę, ponieważ zmuszony w dzieciństwie przez czarownicę do jedzenia słodyczy, zjadł ich zbyt wiele. Nie brakuje też przesadnej dosłowności – w jednej ze scen rodzeństwo zbliża się spokojnym krokiem w stronę kamery, zostawiając za sobą wybuchy (i nie patrząc na nie).

Pewnym novum wydaje się natomiast to, że w filmie wyraźnie widać rękę autora, co nie jest znowu powszechną praktyką w Hollywood, gdzie reżyserzy pełnią zwykle funkcję rzemieślników. Ciekawą sprawą jest również to, że ze względu na przyjętą przez reżysera pełną przerysowań konwencję, specyficzne poczucie humoru, a przede wszystkim – z uwagi na estetykę gore, film tak naprawdę jest mocno hermetyczny. Sam Wirkola powiedział w jednym z wywiadów, że właściwie nie do końca wie, jak to się stało, że udało mu się przekonać producentów i zrealizować ten film w takim kształcie – czyli jako wysokobudżetową produkcję z ogólnoświatową dystrybucją przy udziale znanych aktorów. Pomysł zapraszania do Hollywood twórców o różnym backgroundzie kulturowym, czujących się dobrze w specyficznych  – czy może wręcz hermetycznych – gatunkach, może być dla kondycji kina mainstreamowego bardzo korzystny.

W większości przeczytanych przeze mnie recenzji na temat Hansel i Gretel… pojawiały się argumenty, że film jest głupi, niepotrzebnie brutalny, tani i kiczowaty, lecz w żadnej z nich nie spotkałam się z użyciem terminu „kamp”, który wydaje się tutaj kluczowy. Jak pisała Susan Sontag w swoich Notatkach o kampie: Naprawdę istotą kampu jest umiłowanie tego, co nienaturalne: sztuczności i przesady. Filmowi zarzucano braki w treści, jednak w kampie zwyciężają styl i estetyka, a właściwie przeestetyzowanie. Innymi wyznacznikami tej kategorii są: żartobliwość, detronizacja powagi, komizm, przerysowanie, groteskowość, a także umowność. Jeśli więc zdanie określające kamp brzmi: To jest dobre, bo jest okropne, to Hansel i Gretel… jest jego kwintesencją.

Skoro zwykło się mówić, że najbardziej podoba nam się to, co najlepiej znamy, to podczas oglądania omawianego tutaj filmu możemy bawić się naprawdę doskonale. Jest to bowiem postmodernistyczny sequel baśni na miarę naszych czasów, przeznaczony dla dorosłych, którzy zachowali coś z dziecięcego entuzjazmu.