laurieanderson
RECENZJE | 22.09.2014

Elegia na Laurie Anderson i inne instrumenty

W mijającym tygodniu w Krakowie odbyła się dwunasta edycja festiwalu muzyki współczesnej Sacrum Profanum. Wśród wielu znaczeń, jakie uruchamia jego efektowny (ktoś powie: efekciarski) tytuł, można wyczytać zapowiedź ambiwalentnych uczuć: atrakcji i odpychania, entuzjazmu i niechęci. Coś jest na rzeczy. To impreza programowo inkluzywna, mieszcząca pod szyldem „muzyki współczesnej” wiele kierunków artystycznych poszukiwań, a zarazem ekskluzywna, z uwagi na aurę otaczającą wielu spośród prezentowanych artystów czy cenę biletów (tym razem szczęśliwie obniżoną). Nie wiem, czy tej ekskluzywności da się uniknąć. Na szczęście pozostaje ona tylko jednym z biegunów dość szerokiego spektrum, w którym w dodatku zdarzają się rozmaite – programowo zresztą przewidziane ‒ wyrwy.

Do mniej onieśmielających wykonawców zaproszonych do Krakowa w tym roku należała Laurie Anderson, artystka totalna, której zasługi podkreślała na tym „papierowym ekranie” (?) już dwa lata temu (!) Ula Pieczek. Niedawno z kolei Julia Fiedorczuk, polska tłumaczka poetycko-epicko-graficznego tomiku Anderson Język przyszłości, przedstawiła jej obszerny portret, z którego wyłania się obraz performerki badającej granice możliwości komunikacji z odbiorcami za pomocą rozmaitych mediów i języków. Coś takiego wydarzyło się w ubiegłym tygodniu w ramach Sacrum Profanum podczas spektaklu muzycznego Landfall autorstwa Anderson, wykonanego w towarzystwie innej festiwalowej gwiazdy: Kronos Quartet.

Współpraca między nestorką nowojorskiej awangardy (z materiałów organizatora) a kwartetem smyczkowym nie była wcale zaskakującym pomysłem. Kronos Quartet w ciągu czterdziestu lat działalności zyskał status wręcz celebrycki, zagrawszy między innymi Requiem for a Dream dla Darrena Aronofsky’ego. Zdarzyło im się też akompaniować Davidowi Bowiemu (nagranie jest fatalne, ale jest) czy współpracować z innuicką śpiewaczką Tanyą Tagaq (niesamowite). Tym razem muzycy pozwolili sobą dyrygować autorce między innymi utworu O Superman, który w 1981 roku dotarł na szczyty list przebojów.

Na swej długiej, pełnej eksperymentów drodze Anderson trzymała się kilku elementów wypracowanego już wtedy stylu: upodobania do snucia opowieści, onirycznej melorecytacji i elektronicznej modulacji głosu, wspomagającej sceniczny wizerunek zacierający granice płci. Jej opowieści bywają groteskowe, tragikomiczne, intymne i czułe. Bywają erudycyjne i błahe, epickie bądź oparte na kilku zaledwie zdaniach, nieraz rozsadzanych entropiczną siłą wzajemnej ‒ jednak – nieprzystawalności.

W Landfall, powstałym w latach 2012‒2013, tej entropii jest bardzo dużo. Podczas siedemdziesięciu minut muzycznego spektaklu wiele się rozpada: opowiedziany sen traci jasną interpretację, z rzucanych na ekran słów wypadają kolejne litery, pęka włosie używanych z furią smyczków. Męski głos pochodzący z ust performerki opowiada o wymarłych gatunkach, których lista ‒ wyświetlana równolegle ‒ przeskakuje między epokami, zdając się nie mieć końca. Nie jest to jedyny moment, w którym emocje opracowywane w utworze zyskują interpretację kosmiczną. Anderson osnuła cały spektakl wokół doświadczenia utraty swojego artystycznego archiwum na skutek uderzenia huraganu Sandy o wybrzeże Nowego Jorku, kojarząc kształt tornada z wyglądem nieznanych sobie z nazw galaktyk. Ekran pokazuje nazwy galaktyk, na scenie rwą się kolejne muzyczne sekwencje. Jest interesująco, momentami pięknie i poruszająco, trochę też – niestety – kiczowato. Tym bardziej, że trudno przejąć się tragedią utraconych nagrań w stopniu, który uzasadniałby podobne analogie. Przychodzi więc do głowy myśl o Lou Reedzie, partnerze życiowym Laurie Anderson, który zmarł w tym samym czasie.

Słabość Landfall wynika z nadmiernej jednoznaczności tej „opowieści o usuwaniu się ziemi spod nóg”, a ta z relacji między słowem, obrazem i dźwiękiem, które częściej wzajemnie się wzmacniają, niż prowadzą twórczy dialog. Eksperymenty Laurie Anderson w rozgrywaniu znaczeń pomiędzy tymi mediami, z pomocą własnego ciała, ekranu, syntezatora i skrzypiec (zarówno własnych, elektrycznych, jak i klasycznych, używanych przez Kronos Quartet), choć niezwykle pociągające, wiążą się oczywiście z ryzykiem porażki. Mimo wszystko jej najnowszy spektakl pozostaje zwycięstwem, jako odważna próba zatrzymania się nad doświadczeniem utraty przy użyciu wciąż nowych, choć nigdy nie wystarczających, środków.

Karina Jarzyńska

Karina Jarzyńska

(ur. 1983) – z Wyspy Sobieszewskiej i z Krakowa. Doktorantka WP UJ, dorywczo promotorka wtórnej naiwności. Zainteresowania: świętości i profanacje, artykulacje doświadczenia, gry komputerowe i Czesław Miłosz.