rozewicz
ARTYKUŁY | 28.04.2014

Dziwny testament Różewicza

Głupio mi o nim pisać. Nie jestem Andrzejem Skrendą, Tomaszem Kunzem ani Jackiem Łukasiewiczem – słaby ze mnie interpretator, może dlatego, że wciąż odbieram Różewicza jak egzaltowany gimnazista, po prostu śledząc słowa i wywoływane przez nie doznania. W czasie studiów polonistycznych intensywnie starałem się nie myśleć o słoniu i nawet się to udawało. Teraz piszę po raz pierwszy o najważniejszym dla mnie autorze.

Nie będę się jednak odwoływał do perspektywy narodowo-historycznej, zwłaszcza że trwa wysyp niezbyt adekwatnych superlatyw (wielki Polak, noblista bez nobla) i zwyczajowych bon motów pośmiertnych. To skądinąd interesujące zawody w tym, kto lepiej powie, jaka strata, ale proszę je śledzić w innych tygodnikach. Ja napiszę tylko, że się takiego testamentu nie spodziewałem.

Moja ostatnia wola i prośba, jest moim pragnieniem, aby urna z moimi prochami została pogrzebana na cmentarzu ewangelicko-augsburskim przy kościele Wang w Karpaczu Górnym. Proszę też miejscowego pastora, aby wspólnie z księdzem kościoła rzymsko-katolickiego (którego jestem członkiem przez chrzest św. i bierzmowanie) odmówił odpowiednie modlitwy. Pragnę być pochowany w ziemi, która stała się bliska mojemu sercu, tak jak ziemia gdzie się urodziłem. Może przyczyni się to do dobrego współżycia tych dwóch – rozdzielonych wyznań i zbliży do siebie kultury i narody, które żyły i żyją na tych ziemiach. Może spełni się marzenie poety, który przepowiadał, że „Wszyscy ludzie będą braćmi”. Amen

Zapewne moje zdziwienie świadczy o naiwności – dałem się zwieść chmurnemu obliczu pisarza o nieprzyjemnym głosie i przenikliwym śmiechu. Zawsze był dla mnie starcem, nawet wtedy, gdy twierdził, że ma dwadzieścia cztery lata. Zgryźliwym i zamkniętym w sobie. Dowodziły tego poezja, dramat i proza, telewizyjne rozmowy z Kutzem, wreszcie wystąpienia przy okazji odbioru rozmaitych nagród i odznaczeń, kiedy z trudem przełamywał skrępowanie, bez większych sukcesów wypowiadając zawczasu przygotowany żarcik. Zresztą kolega z Wrocławia opowiadał mi, jak przed maturą odważył się podejść do Różewicza, rzucającego chleb kaczkom, ale rozmowa się nie kleiła.

Nie zdziwiło mnie to specjalnie, bo zdawało się współgrać z poezją. Jeszcze jako gimnazista nabrałem przekonania, że koncyliacyjne tony niektórych fragmentów Niepokoju są oparte na kruchych podstawach. W późniejszych zbiorach też próżno szukać ukojenia. Nie wyobrażałem więc sobie, że człowiek tak wyraźnie dostrzegający, co okrywa płaszcz Prospera, jest, jak to się mówi o starszych panach, bardzo ciepły.

Jeszcze przykrzejszym – tak, piszę o ulubionym pisarzu – czyniła Różewicza niechęć do patosu i estetyzacji własnej postawy. Ateizm i refleksja nad Zagładą wielu prowadziły do odgrywania tragicznej roli samotnego Syzyfa, która nie wydaje się szczególnie satysfakcjonująca, ale przynajmniej jest efektowna. Większość tekstów Różewicza operuje zupełnie innymi środkami. Kamień jest w nich toczony nie po zboczu podziemnej góry, ale w pobliżu pchlego targu, obok cyrku i tandetnych plakatów reklamowych. Krajobraz wysokiej kultury i zaczerpnięte z niej toposy pojawiają się głównie po to, by ich sens mógł zostać zanegowany. Myślałem więc, że rytualne sformułowania o romantycznej proweniencji – jak ziemia, która stała się bliska mojemu sercu – nie mają prawa się w testamencie Różewicza pojawić.

Jakby tego było mało, kazał się pochować w Karpaczu. To by pasowało do poety pokroju Harasymowicza, którego prochy, przypomnijmy, rozsypano na bieszczadzkich połoninach. Różewicz ani piękna nie opiewał, ani nie zakopał się na lata w tym Karpaczu, jak Stasiuk w Wołowcu. Jasne, że tam jeździł, ale generalnie był zwierzęciem miejskim, przywiązanym do ulic, domów, gmachów i parków. Świadczą o tym między innymi wypowiedzi dotyczące gabinetu w wykuszu starej kamienicy – to tam, na końcu Zygmunta Starego w Gliwicach, powstała Kartoteka – ulubionych tras spacerowych nad Odrą czy trzepaka na wrocławskim Borku, gdzie dzieci sąsiadów dokonywały rozmaitych akrobacji. Nieporównanie częściej pisał o wielkomiejskich decybelach niż o naturalnej ciszy, więc wiadomość o pogrzebie w Karpaczu bardziej mnie zdziwiła, niż gdyby się kazał był ubrać w mundur górniczy.

Kościół Wang w Karpaczu Górnym, pocztówka z 1900 roku.

Kościół Wang w Karpaczu Górnym, pocztówka z 1900 roku.

Przypuszczam, że wielu czytelników przez ostatnie lata zdążyło się zastanowić, na której z wrocławskich nekropolii spocznie pisarz. Chyba przy Grabiszyńskiej, obok syna? Może jednak na cmentarzu świętego Wawrzyńca, najbardziej reprezentacyjnym, gdzie pochowano Wojaczka i Worcella? Nic z tego, pisarz nas koncertowo rozczarował. Kto chce zobaczyć grób autora szkolnych lektur, będzie musiał się wybrać do Karpacza. I to na cmentarz ewangelicki. Oczywiście to świetny sposób na podkreślenie osobności Różewicza i prztyczek dla tych, którym przeszło przez myśl wpisywanie go w panteon narodowy – kacerze nie są przecież prawdziwymi Polakami. Ale czemu w takim razie ksiądz katolicki ma odmówić odpowiednie modlitwy? Nie są mi obce eseje światłych krytyków przedstawiających Różewicza jako poetę religijnego, nigdy jednak nie traktowałem frazy życie bez boga jest niemożliwe całkiem serio – równoważył ją przecież, stojący tuż obok, sąd dokładnie przeciwstawny.

Pewnie wykazuję się dziecinnością, sądząc, że pisarz zaplanował własny pochówek w taki sposób, by zagrać wszystkim na nosie. Śmiertelnie poważny charakter tej decyzji powinien być oczywisty. Proszę jednak zwrócić uwagę, że Różewicz swoim testamentem poniekąd zaszantażował katolicką większość, zmuszając ją do wejścia w protestancką przestrzeń i uczestnictwa w ekumenicznym nabożeństwie. Być może stanie się to dla kilku osób okazją do refleksji nad tezami Lutra, niemiecką spuścizną materialną na Dolnym Śląsku – cmentarz powstał w połowie XIX wieku – czy przesadnie skoncentrowanym na doktrynie dialogiem dwóch wspólnot religijnych. Polski żołnierz, który w czasie wojny widział furgony, ale z czasem został wnikliwym interpretatorem niemieckiej kultury – również tej o podłożu protestanckim – jest takiej postawy dobrym przykładem.

Nie sposób udowodnić, że Różewicz uknuł chytry plan ucieczki przed nastoletnimi fanami – owszem, posiada takowych – również teza o błogosławionym szantażu wyda się niektórym przesadzona. Ale powiedzcie Państwo sami – czy autor Kartoteki mógłby przytoczyć skrzydlate słowa Schillera nieironicznie? Pewnie mógłby. I to mnie najbardziej martwi. Bo sama wątpliwość tego rodzaju nadaje twórczości Różewicza nowy sens.

Łukasz Łoziński

Łukasz Łoziński

(ur. 1989) – literaturoznawca, antropolog, copywriter. Przygotowuje doktorat o społeczności współczesnych elegantów i dandysów. Interesuje się free jazzem i rock'n'rollem. Pisze blog Niewesołe humoreski.