popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Dystrybutor wie lepiej – odc. 6. „Moon”
moon
RECENZJE | 14.09.2015

Dystrybutor wie lepiej – odc. 6. „Moon”

Kino chętnie wykorzystuje science-fiction jako ramę dla kolejnej kosmicznej jatki z udziałem robotów, ludzi-karaluchów i innych istot, które nie zaznały czułego uścisku matki na swej rodzimej planecie. Eksplorując te czasem przedziwne, a momentami zabawne zakątki wyobraźni amerykańskich scenarzystów, możemy czasem zapomnieć o elementach naukowych, które kryją się pod nazwą science-fiction. Trywializacja tego gatunku jest jednak bardzo niesprawiedliwa, niejednokrotnie bowiem twórcy pozwalają sobie na „coś więcej”. Postawienie człowieka w niemożliwej sytuacji, w okowach czegoś, co nierzadko stanowi eksperyment myślowy, pozwala wejrzeć w ludzką naturę. Duncan Jones w filmie Moon zabiera nas na ciemną stronę księżyca, abyśmy zmierzyli się z samym sobą.

Gdy twoim ojcem jest Dawid Bowie, życie może pisać dla ciebie przedziwne scenariusze. Duncan Jones, zmieniając imię i nazwisko (z Zowie Bowie) oraz tworząc świetne widowiska fantastyczno-naukowe, uciekł przed opinią „syna swojego ojca”. Moon to jego debiut reżyserski na dużym ekranie. Później reżyserował także Kod nieśmiertelności, a obecnie czekamy na jego ekranizację gry Warcraft.

Wróćmy jednak do Moon. Sam Bell (w tej roli Sam Rockwell) pracuje w stacji położonej po ciemnej stronie księżyca. Odpowiada za doglądanie procesu pozyskiwania księżycowego minerału, z którego uzyskuje się energię. Zatrudniony przez korporację na trzyletni kontrakt odlicza ostatnie dni do powrotu na Ziemię, ale… no właśnie. Cała historia jest oparta przede wszystkim na losach głównego bohatera, któremu towarzyszy jedynie robot (głos Kevina Spaceya). Poza tą specyficzną relacją robot – człowiek Bell jest kompletnie osamotniony.

Duncan Jones konfrontuje widza z pustką i samotnością. Kosmonautę umieścił w zamkniętej przestrzeni, niczym obiekt badań i eksperymentów. Muzyczne kompozycje Clinta Mansella tylko wzmacniają to poczucie odizolowania i kosmicznej pustki, łączącej się z osobliwym wnętrzem księżycowej bazy. Oślepiająca oczy biel, pokrywająca niemal każdy element stacji, tworzy wrażenie przestrzeni sterylnej – takiej, w której człowiek jest intruzem, nędzną materią. Te środki sprawiają, że z czasem coraz wyraźniej postrzegamy kruchość protagonisty, konfrontujemy się z jego ułomnościami. W finale jednak pozostajemy sam na sam z pytaniem, dlaczego tak bardzo żal nam głównego bohatera.