john
ARTYKUŁY | 11.05.2015

Dystrybutor wie lepiej – odc. 4. „John ginie na końcu”

Czy sensowna fabuła jest niezbędnym elementem filmu? Don Coscarelli w adaptacji książki Davida Wonga John ginie na końcu brutalnie przekracza strefę komfortu przeciętnego kinomana i zabiera nas na obłąkaną przejażdżkę, która być może zmierza donikąd. Cytując Alfreda Pennywortha: Niektórzy chcą tylko patrzeć, jak świat płonie.

W pierwszym ujęciu filmu Dona Coscarellego widzimy młodego mężczyznę odrąbującego głowę rosłemu neonaziście. Oślepia nas światło odbijające się od śniegu. Jest to początek swoistego intra, historii o zepsutej siekierze, dziwnym stworzeniu przypominającym rybę, zombie i filozoficznym pytaniu o istotę rzeczy, a to wszystko w mniej niż 2 minuty. Wprowadzenie to dokładnie zapowiada, co nas czeka dalej: surrealistyczna podróż, mieszanie wątków i zabawa z naszą percepcją.

Don Coscarelli zdobył sławę dzięki takim filmom jak Mordercze kuleczki czy Władca zwierząt, z czasem krocząc w kierunku coraz bardziej abstrakcyjnych produkcji (w tym Bubba Ho-Tep, czyli opowieść o pojedynku między staruszkiem Elvisem Presleyem, w tej roli Bruce Campbell, a Mumią). Nie stroniąc od niekonwencjonalnych rozwiązań, reżyser większą część swojej kariery poświęcił na kręcenie kolejnych części Morderczych kuleczek i z każdym następnym filmem coraz mocniej zapuszczał korzenie w niszy groteskowych widowisk grozy. Tylko taki ekscentryk mógł bez wahania podjąć się ekranizacji bardzo dobrej, ale także specyficznej książki Davida Wonga.

Ta opowieść stanowi wyzwanie, gdyż swoją konstrukcją przypomina krajobraz po przejściu trąby powietrznej. Spotykamy w niej demona skonstruowanego z wędlin i innych wyrobów mięsnych, telewizyjnego kaznodzieję posiadającego prawdziwą nadprzyrodzoną wiedzę, a także udajemy się na wycieczkę do innego wymiaru. Sama fabuła krąży wokół tajemniczej substancji nazywanej sosem sojowym, która nie tylko daje ludziom niezwykłe możliwości, lecz również może doprowadzić do zagłady świata. Na pomoc Ziemi spieszy dwóch zwyczajnych chłopaków, Dave i John, a przyjdzie im się zmierzyć ze złem w czystej postaci: Korrokiem.

David Wong pisał John ginie na końcu po zakończeniu odwyku alkoholowego, z czym łączy się wielokrotny motyw halucynacji. Oczywiste alter ego pisarza stanowi jeden z głównych bohaterów, David Wong. Sama powieść z początku była odcinkową serią publikowaną na stronie o znaczącej nazwie Pointless Waste of Time. Ta kreatywna próba walki z nałogami i nudą zrodziła dzieło dla wielu osób kultowe.

Znakiem szczególnym filmu John ginie na końcu są niskie nakłady finansowe, które zostały przeznaczone na produkcję. Przy ograniczonych środkach Don Coscarelli chwyta się chałupniczych metod. W rezultacie na przykład mały motel odgrywa rolę posterunku policji, a z każdej strony zalewają nas efekty specjalne rodem z Wiedźmina. Jak głoszą plotki, Paul Giamatti, największa gwiazda na planie, dokładał się do budżetu, by w ogóle umożliwić powstanie dzieła. Większość obsady stanowią mało znani aktorzy, zupełnie anonimowi dla przeciętnego widza. A jednak siła historii rekompensuje niedociągnięcia, sprawiając, że ułomności filmu wspaniale współgrają z humorem i ekscentryczną narracją. Reżyser wzmacnia dziwność swojego dzieła monologami spoza kadru czy dialogami, które toczą się w głowach bohaterów. To wszystko składa się na neosurrealistyczny film grozy, a także na nie lada wyzwanie dla samego widza. Potrzeba odrobiny skupienia i świeżego umysłu, aby sprawnie łączyć wszystkie wątki fabularne. I książka, i film wymykają się klasyfikacjom, łączą w sobie humor, przemoc, horror i sf. John ginie na końcu momentami przypomina Donniego Darko, by następnie zawędrować w okolice Latającego Cyrku Monty Pythona. Najprościej umieścić to dzieło w ramach avant punku czy bizarro fiction, obok książek takich twórców jak Carlton Mellick III czy Rose O’Keefe.

Z kolei próby doszukania się w filmie Dona Coscarellego i w samej książce Davida Wonga głębszego przesłania mogą spełznąć na niczym. Na pierwszy rzut oka ta mieszanina motywów, stylów i gatunków może stanowić ironiczny komentarz na temat amerykańskich nastolatków, bezrefleksyjnego trybu życia, a także otaczającej nas popkultury. Pozorny brak ładu i składu współgra z beztroskim podejściem do życia głównych bohaterów. Na dobrą sprawę tę produkcję można równie dobrze określić jako psychodeliczną komedię młodzieżową z elementami horroru. Z drugiej strony historia w swej nietypowej konstrukcji przypomina niczym nieograniczony strumień świadomości, co uniemożliwia pewną interpretację. W każdym razie John ginie na końcu jest jednoznaczną pochwałą ludzkiej wyobraźni, która odpowiednio stymulowana może wytworzyć najróżniejsze obrazy. Don Coscarelli nie celuje w zrozumienie przez widzów fabuły lub odkrycie ukrytego przesłania, dla niego ważniejsze są emocje, których doświadczymy w czasie seansu.

John ginie na końcu nie jest łatwym filmem, ma predyspozycje do zdobywania serc niewybrednych kinomanów, lecz przez swoją nietypową konstrukcję może również zostać kompletnie odrzucony. Z pewnością trudno znaleźć widza, który byłby w stanie bez wcześniejszych przygotowań dokładnie opowiedzieć fabułę filmu. Moim zdaniem ta ekranizacja wniosła jednak trochę orzeźwienia do tradycyjnego schematu większości produkcji grozy. Na dobrą sprawę po kilkudziesięciu minutach seansu warto sobie zadać pytanie: Co my dokładnie oglądamy? Ostatecznie, ta na pozór bezsensowna historia jest po brzegi wypełniona nawiązaniami do popkultury. Tym samym w końcowym rozrachunku to widz musi zdecydować, czy oglądał komedię, horror, pastisz, czy może narkotyczne wizje. Głównym elementem tej zabawy jest odbiorca i to nami bawią się twórcy, co okazuje się bardzo przyjemne dla wszystkich fanów śmiesznej grozy i bezsensownej filozofii.

 

John ginie na końcu, reż. Don Coscarelli, USA (2012)