rip-sparky
RECENZJE | 13.04.2015

Dystrybutor wie lepiej – odc. 3. „Gates of Heaven”

Lubię czasem zajrzeć przez wizjer i oglądać obce mi światy, nieznane zjawiska. Sięgając po film Gates of Heaven Errola Morrisa, otrzymałem możliwość wejrzenia w życie niespełnionego muzyka ze złamanym sercem, byłego sprzedawcy polis, zafascynowanego metodami „filozofii sukcesu”, i wielu innych barwnych postaci. Poznałem przepiękny kalejdoskop ludzi zajmujących się prowadzeniem cmentarza dla zwierząt i ich klientów.

Errol Morris dostał Oscara za Mgły wojny, a wspomniany tu wcześniej tytuł był jego debiutem. Film, który miał swoją premierę w 1978 roku, po latach nie traci nic ze swej świeżości i znaczenia. Powód jest jeden: ta produkcja jest niezwykle dziwna. 80-minutowe spotkanie z Kalifornijczykami, znajdującymi się po obu stronach zwierzęcej branży pogrzebowej, koncentruje się nie tylko na wielkim uczuciu, które łączyło właścicieli z ich pupilami, lecz również próbuje udzielić odpowiedzi na pytanie: Czy każdy z nas – w głębi duszy – nie jest choć odrobinę ekscentryczny i nieprzystający do obrazu typowego przedstawiciela społeczeństwa?

Film opowiada o zarządzaniu cmentarzem dla zwierząt, realiach tej specyficznej branży, a także pogrzebanych zwierzętach i ich właścicielach. Zapoznajemy się z niepowodzeniami Floyda McClure’a, wrażliwego paraplegika, którego największym marzeniem jest zapewnienie godnego pochówku czworonogom. Obserwujemy również rodzinę prowadzącą profesjonalny cmentarz dla zwierząt Bubbling Well Pet Memorial Park i ich bardzo specyficznych klientów. Morris przeprowadza z każdym z nich rozmowę, często nad wyraz naturalną, niewyreżyserowaną, jednak za sprawą wyjątkowych rozmówców i ich szczerości momentami przechodzącą w groteskę. Reżyser, prowadząc historię, prezentuje nam różne światopoglądy, porusza wątek walki o godne chowanie zmarłych zwierząt, ale pozwala nam również zapoznać się z stanowiskiem prezesa firmy zajmującej się recyklingiem, która wykorzystuje martwe zwierzęta jako jeden ze składników kleju. Atmosferę niezwykłego świata uchwyconego w dokumencie podkreślają fragmenty prezentujące ceremonię pogrzebowe oraz transport zwierzęcych zwłok, dokonywany przy użyciu przerobionego wózka golfowego.

Cała moc filmu tkwi w doborze postaci, z których każda opowiada w tym dokumencie swoją historię. Opowieści właścicieli o ich pupilach są wypełnione emocjami, można odnieść wrażenie, że mówią o członkach swoich rodzin, osobach bardzo bliskich. Te wyznania wymykają się poza granice zwykłego przywiązania, wkraczając na pole prawdziwej miłości. Ale czy człowiek mówiący na głos o kochaniu swojego zmarłego psa lub kota zostanie zrozumiany przez otoczenie? Przekaz wzmacniają inne cechy bohaterów, które sprawiają, że z łatwością możemy ich uznać za odmieńców lub dziwaków. Tła, na których przeprowadzane są rozmowy, także zostały starannie dobrane – przykładem może być gąszcz kaktusów czy mieszkania wypełnione pamiątkami po zmarłych zwierzętach. Choć pojedyncze elementy tego dokumentu mogą wydawać się przejmujące, zestawione ze sobą tworzą komiczny efekt. Warto w tym kontekście wspomnieć rodzinę Harbertsów, która zarządza firmą. To zadziwiająca mieszanka skrajnych charakterów. Stateczny, mocno stąpający po ziemi ojciec i dwóch synów – jeden niespełniony muzyk, o melancholijnym usposobieniu, drugi to z kolei były sprzedawca polis ubezpieczeniowych, wyznawca filozofii sukcesu, a zarazem domorosły psycholog.

Długie ujęcia skupiające się na wywożeniu trumny, ceremonia pogrzebowa psa rzadkiej rasy czy sama przemowa pożegnalna to tylko niektóre z niezapomnianych momentów tego filmu. Świat kochających i dziwnych ludzi z Kalifornii nie tylko wciąga, lecz także prezentuje przemiany, które zaszły w amerykańskim społeczeństwie. Wątek dwóch braci z Bubbling Well Pet Memorial Park wskazuje na kontrast pomiędzy melancholijnym romantykiem a skupionym na sukcesie wyznawcy kapitalizmu.

Należy zwrócić uwagę przede wszystkim na naturalne reakcje rozmówców – są to ludzie, którzy do tej pory nigdy nie udzielali wywiadu. Morris pozwala im na moment przejąć inicjatywę, dać się ponieść rozmowie, aby nie tylko opowiedzieli ciekawą historię, ale także odsłonili swoje uczucia. Widz wchodzi w ich świat, unikając zbędnej pretensjonalność czy udawanych emocji, które mogłyby się ujawnić przy opowieściach o zmarłych pupilach.

Mnie Gates of Heaven zachwyciło dzięki swej tragikomicznej wymowie i specyficznemu spojrzeniu na Amerykę tamtych lat. Co oczywiste, film z powodu daty powstania nigdy nie trafił do polskich kin, w ojczyźnie również nie jest dziełem specjalnie znanym. Nawet dziś trafienie na niego graniczy z cudem. Wiedzcie jednak, że – dzięki popularności filmu w szkołach filmowych – jest duża szansa na to, by oglądane przez was filmy o odmieńcach, wyrzutkach, wrażliwcach lub dziwakach były inspirowane Gates of Heaven.

 

Gates of Heaven, reż. Errol Morris, USA (1978)