wdrodze
DWUGŁOS, RECENZJE, ROZMOWY | 01.10.2012

Dwugłos: „W drodze”

MW: Największym zaskoczeniem jest chyba to, że po wyjściu z kina obaj zgodnie stwierdziliśmy, że ten film nie jest tak potworny, jak pisali wszyscy recenzenci świata. Przynajmniej ja miałem takie wrażenie.

LD: No tak. Myślę, że naszym głównym problemem było to, że byliśmy bardzo negatywnie nastawieni. Obaj mieliśmy poczucie, że ktoś zabrał się za arcydzieło i nie ma szans, żeby to przedsięwzięcie się powiodło. I chyba rzeczywiście się nie udało, ale zważywszy na atmosferę, która zdążyła narosnąć wokół filmu, okazało się, że nie jest aż tak fatalnie.

MW: Właśnie, udało się, czy się nie udało? W pewnym sensie te fatalne recenzje przysłużyły się produkcji. Przychodzisz z jakimś bagażem informacji i oczekujesz potwornego chłamu, a wychodzisz z seansu z przeświadczeniem, że to przeciętny, nieszkodliwy film. W jakiś sposób takie określenie go dyskredytuje, ale mam wrażenie, że jest nieszkodliwy po prostu.

LD: Rzeczywiście. Ten film w żaden sposób nie zgwałcił powieści W drodze. Pytanie brzmi: czy książka sama siebie nie stawia w takiej pozycji, że nie da się jej skrzywdzić? Nie wiem, czy też masz takie poczucie, ale wydaje mi się, że W drodze – przynajmniej w tłumaczeniu, bo żaden z nas nie czytał jej w oryginale – jest niesamowicie istotna z historyczno-literackiego punktu widzenia, jest niesamowicie istotna dla amerykańskiej kultury, ale nie jest to językowe arcydzieło, które można by zabić filmem.

MW: Ona jest na maksa obciążona. Na pewno jest bardziej istotna dla kultury i popkultury niż dla samej literatury. Nastał jakiś revival lub po prostu eskalacja mody na bitników: James Franco zagrał Ginsberga, za chwilę zagra go Daniel Radcliffe, ekranizacja W drodze, w Polsce pojawiają się nieprzekładane wcześniej powieści Kerouaca itd., więc jest nowy trend. Wraz z nim zaczyna się szerzej mówić o tym, że w kręgu twórczości spod znaku Beat Generation było sporo rzeczy zupełnie niespecjalnych literacko.

LD: Dla mnie to, jaka jest powieść, jest o tyle interesujące w kontekście filmu, że ekranizacja najbardziej rozczarowała mnie fabularnie. W pewnym momencie zacząłem się po prostu nudzić. Jeśli mówię, że film W drodze mi się nie podobał, to nie dlatego, że poczułem się obrażony jako fan książki, tylko mam poczucie, że jest on chyba skazany na porażkę, bo średnio funkcjonuje jako kino drogi. Książka jest pewnego rodzaju kroniką i przez to właśnie się broni, ma swoje miejsce w kanonie literatury amerykańskiej, natomiast w kinie cały ten kontekst się gubi. Co zrozumie z filmu osoba, która idzie do kina nie znając powieści? Ja, gdybym nie znał książki, zwyczajnie bym się na nim męczył.

MW: Z fabularnością i afabularnością pierwowzoru jest spory problem. Pojawiały się radykalne głosy „po co robić ekranizację? Ta książka w ogóle nie ma fabuły”, co jest w gruncie rzeczy absurdalnym zarzutem. Ok, powieść Kerouaca składa się w dużej mierze z następujących po sobie luźnych elementów, spaja je tryb narracyjny książki, struktura W drodze jest bardzo elastyczna i warto było ją skonfrontować z językiem filmu. Tymczasem dostajesz kolejne landszafty, które są wizualnie imponujące, jednak: skoro jest problem z fabularnością filmu, to bez szkody dla niego można było niektóre z lokalizacji sobie podarować. W tej formie trochę nuży.

LD: To jest właśnie rzecz, której mi zabrakło – reinterpretacja. Od razu krótka uwaga – można by mówić o delikatnej próbie reinterpretacji, biorąc pod uwagę postaci kobiece, ale jest to moim zdaniem próba totalnie nieudana. W filmie oglądamy Camille i Marylou, jest im na siłę nadana osobowość i dylematy psychologiczne, które musimy sobie dopowiedzieć. Może te treści są również implikowane w książce, ale to nie jest perspektywa, którą Kerouac zaznaczałby w jakiś mocniejszy sposób. W zasadzie w filmie to spojrzenie też jest tylko zasygnalizowane i w efekcie mamy jedynie jakieś ochłapy pseudopsychologicznych scen.

MW: Tu się zgadzam, rozwijanie tego typu wątków, nadawanie postaciom kobiecym formy i osobowości, której faktycznie brakuje w powieści, jest za mało konsekwentne, nazbyt zachowawcze. Zresztą, zastanawiałem się od pierwszych minut, czy reżyser podejmie się próby reinterpretacji powieści. O czym jest W drodze? Kerouac powiedział, że to książka o dwóch katolickich kumplach, którzy szukają Boga i go w końcu znajdują. W Dziennikach motocyklowych, również Sallesa, pojawia się pytanie dlaczego podróżujecie?, na które bohaterowie odpowiadają: dla samej podróży. To jest oczywiście topos, wokół którego narosła masa tkanki, podróżowanie dla podróżowania, podróż jako cel sam w sobie. Moim zdaniem tu jest inaczej; nie tyle chodzi o podróż, co o bezdomność. W naszym języku nie ma takiego słowa jak angielskie belonging. Nie powiesz, że nie należysz tutaj, bo nasuwa to skojarzenie z drużyną harcerską lub partią polityczną. Tutaj mamy zarówno dosłowną, jak i emocjonalną bezdomność. Próba rozwijania wątków kobiecych, niezakotwiczenia, niezadomowienia, desperackich prób zbudowania rodziny, która z błahych powodów nagle się rozsypuje. Tu bym Sallesa bronił, jeśli chodzi o reinterpretację.

LD: Mnie ten film w ogóle na tym poziomie nie zagrał, nie poczułem tego. Sam motyw drogi gdzieś się zagubił w ekranizacji. Miałem poczucie, że Salles jedynie sugeruje jakieś interpretacje, ale chwilę później z nich rezygnuje na rzecz zupełnie innych pomysłów. Wydawało mi się, że głównym wątkiem w filmie jest poznawanie Deana i że wokół tego kręci się całość. Znów wpadamy w tę pułapkę, której ciężko będzie uniknąć: trzeba po raz kolejny powiedzieć o książce. W książce głównym narzędziem napędzania fabuły, albo raczej „pseudofabuły”, jest to, że główny bohater w pewnych momentach czuje, że czas już odejść, że droga go wzywa. W filmie czegoś takiego zabrakło. Główny akcent położono na to, że Sal chodzi za ludźmi, którzy go fascynują. To jest jakby motor napędowy filmu – chodzenie za obłąkanymi ludźmi; za bitnikami, którzy się spalają.

MW: Nie chcę tego trywializować i rzucać jakimiś formułami w rodzaju każdy powinien sobie znaleźć bratnią duszę, ale w tego typu pociągu do szaleńców upatruję potrzeby znalezienia punktu ciężkości, wobec którego się określisz. Film jest bardzo skupiony na fascynacji Paradise’a Deanem. Książka podobnie. Tylko co jest motorem tego typu zachowania? Czy to jest pociąg do ekscentryczności? Dla mnie to jest właśnie to: nieskładna podróż jako wynik trudności w znalezieniu sobie punktu oparcia, centrum.

LD: Ciekawe, że tak to odebrałeś. Ja właśnie nie poczułem tego akcentu. Dla mnie to była bardziej opowieść o podążaniu za szaleństwem, ale i to wydawało mi się to tylko środkiem do celu, a nadal nie wiem, jaki był cel filmu. Czym on jest? Chyba tylko natrętną adaptacją książki i to mnie najbardziej ubodło, jeżeli w ogóle coś mnie ubodło. To też jest zarzut wobec filmu: jesteśmy wobec niego obojętni, ani nas nie usatysfakcjonował, ani porządnie nie wkurzył.

MW: To jest to, o czym mówiliśmy wcześniej – brak konsekwencji. Kiedy mówię o próbie reinterpretacji, to nie twierdzę z całą stanowczością, że zakończyła się sukcesem, mówię o wykonaniu pierwszego kroku. Ty mówisz „miotanie się”, dla mnie miotanie się jest równoznaczne poniekąd z tym, co przed chwilą powiedziałem na temat mentalnej bezdomności bitników.

LD: A co myślisz o tym, w jaki sposób pokazano ich w filmie? Mnie się na przykład postać bitnika bardzo rozmywa. Nie chcę zwalać winy na aktorów, bo wydaje mi się, że radzą sobie całkiem nieźle, i to wszyscy, więc zawalił chyba reżyser. Nie wiem, czy Ty też tak to odebrałeś.

MW: Mnie sposób ukazania przez Sallesa środowiska bardzo odpowiada, jest to właściwie banda rozbitych, smutnych dzieciaków otoczonych całym tym polityczno-społecznym burdelem. I kiedy widziałem ich zanurzonych w ćpuńskiej ekstazie, to nie mogłem pozbyć się wrażenia, że są zupełnie groteskowi. Groteskowy jest choćby Carlo Marx, który doznaje epifanii w każdym kwadransie swojego życia. W jakiś sposób budzą politowanie. Wciąż mało mówi się o tym, że bitnicy w swoich usiłowaniach byli nieco bezsilni, żałośni i „nastoletnio-cielęcy”. Podoba mi się, że nie pokazuje się nam mistycznych ludzi we flanelowych koszulach, akcent (na ogół, jednak nie zawsze, i tutaj znowu zarzut braku konsekwencji) pada na pokazanie ich w zupełnie niemitycznym świetle.

LD: Ja akurat mam nieco odmienne zdanie. Ty mówisz o szaleństwie, narkotycznych jazdach… Dla mnie ten film był zbyt grzeczny i nie chce mi się nawet zastanawiać, czy relacja Kerouaca z życia bitników jest bardziej bezkompromisowa, ale trochę mnie uwiera, że z jednej strony film poszedł naprzód i zaktualizował się w stosunku do obecnej obyczajowości (tu mówię na przykład o sugestywnych scenach seksu), a z drugiej strony pomija niegrzeczne wątki z szaleńczego życia bitników, o istnieniu których po prostu wiemy. Być może z dzisiejszej perspektywy beat wydaje się mocno pretensjonalny, może to rzeczywiście były zagubione, śmieszne dzieciaki, na przykład taki Kerouac proszący ciotkę, żeby mu dała 50$, bo ma kaprys czy też potrzebę duchową wyjazdu do Kalifornii… Ale trzeba też mieć świadomość, że w tamtym kontekście historycznym i politycznym to nie były jaja. Wtedy człowiek, który wiódł życie outsidera, był nim w całym tego słowa znaczeniu i wiele ryzykował. Film gubi ten kontekst, na dodatek brakuje w nim trochę brudu i syfu. Ja tam nie widzę najlepszych umysłów epoki, które się tarzają w gównie i spermie. Jest zbyt ładnie i czysto.

MW: Rozumiem. Brakuje takich naturalistycznych obrazów, to prawda, tylko kiedy mówię o narkotycznym szale, to nie mam na myśli czegoś w rodzaju dionizyjskiego obłędu. Tryb życia bitników obrósł legendą i niektórzy upatrują pewnie czegoś nęcącego także w tym, że Sal Paradise wyciąga kasę od swojej biednej, starej ciotki. Tymczasem tutaj, pomijając sam klucz wizualny, na samym poziomie zachowań i trybu funkcjonowania bohaterowie są odarci ze wzniosłości, śmieszni, szczenięcy.

LD: To też jest ciekawe w kontekście obecnej mody na alternatywę. Jakkolwiek pretensjonalni mogą nam się wydawać bitnicy, to wiemy przecież, że film pokazuje źródło tej całej mitologii hipstersko-alternatywnej, która obecnie funkcjonuje już tylko jako lans. To w sumie uwaga na marginesie, nie zarzut wobec filmu. Chcę jedynie powiedzieć, że z marketingowego punktu widzenia to jest doskonały moment na taką produkucję. No i teraz pytanie, czy nie strzela on sobie samobója tym, że nie idzie na przykład w stronę mocniejszego sfabularyzowania, szybszej akcji, może funkcjonowałby fajniej jako popkultura pełną gębą, bez onieśmielenia wobec książki. Mam wrażenie, że to jest główny problem ekranizacji W drodze; nie jest w stanie uwolnić się od ciężaru książki i za wszelką cenę próbuje spłacić jakiś dług wobec niej, na czym wychodzi po prostu kiepsko.

MW: Znowu pojawia się hasło „niekonsekwencja”, bo nie możesz chyba powiedzieć, że został zrealizowany zamysł w rodzaju „zmierzmy się z popkulturowym mitem, wciągnijmy widza do gry”, coś jak: „podsuwamy ci to z pełną świadomością, że nie zajmujemy się dziełem literackim, tylko historią, która narosła wokół W drodze, staramy się ją zrewidować”. Mimo to wciąga się do obsady Kristen Stewart, Kirsten Dunst, Sama Rileya. Z jednej strony jest próba odwznioślenia, z drugiej strony estetyzacja i gładkość. Moim zdaniem to nie jest balansowanie między rejestrami, próba żonglerki i gry z widzem, tylko po prostu brak pomysłu na to, co z tą powieścią zrobić.

LD: Zastanawiam się, co zdecydowanie dobrego mógłbym powiedzieć o tym filmie. Jest taka rzecz: muzyka. Mówi się, że powieść W drodze cała tętni od jazzu. Czytając ją w tłumaczeniu nigdy nie miałem okazji tego poczuć. Tymczasem film często cytuje książkę i niejednokrotnie robi to właśnie na tle tej muzyki. Brzmi to świetnie.

MW: Właśnie o tym pomyślałem, kiedy zobaczyłem pierwszą ze scen barowych. Uwierzyłem w to, że to jest muzyka ówczesnego (ok, użyję tego słowa) undergroundu. Mówiłeś o tym, że film jest ładny na wielu poziomach. I rzeczywiście, można nawet odnieść wrażenie, że jest przeestetyzowany. Ale: kiedy myślimy o tamtym momencie w historii Stanów Zjednoczonych, to często patrzymy właśnie przez taki estetyzujący filtr: szykowność ówczesnych samochodów, amerykańskie krążowniki szos, dystrybutory benzyny na stacjach Texaco – zresztą, można kupić w sieci stojaki na płyty właśnie w takim kształcie – itp. Ale z drugiej strony nie mogę z całą stanowczością stwierdzić: reżyser puszcza do mnie oko i trochę pogrywa na tym, w jaki sposób modelujemy swoje myślenie o historii, również wizualnej.

LD: Ja się z tym zgadzam. Też odczytałem tam sporo nostalgii za Ameryką lat pięćdziesiątych, ale myślę sobie, że ciężko byłoby tę historię opowiedzieć bez takiej plastyczności, bez tego, jak to nazwałeś, „estetycznego filtra”. A powiedz mi, wolałbyś zobaczyć ten film w jakiejś surowej czarno-białej estetyce? Na przykład w takiej jak Control?

MW: Może tak, bo miałbym wtedy przeświadczenie, że reżyser filmu dokładnie wie, co chce zrobić z postacią, o której opowiada, i z całym bagażem, który się wokół niej nagromadził. Control jest zrobiony właśnie w taki sposób.

LD: Tak, ale to jest też trochę film drogi w tym znaczeniu, o którym mówiłeś na początku, i też jest filmem o buncie i pewnej generacji, więc dlatego przytaczam ten przykład.

MW: Tak, ale jest w nim konsekwentny, wizualny klucz. Każdy kadr mógłby być plakatem, a sam obraz jest na poły ogromnym teledyskiem. Gdyby we W drodze było podobnie, dostałbym jako widz jasny sygnał dotyczący tego, co reżyser chce zrobić. W tym wypadku to pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Centrum wszystkich stawianych przez nas tez jest nie w filmie, tylko w tym, co sobie roimy po seansie, bo sam film nam tych sugestii nie daje. Na marginesie dopowiadamy sobie jakąś historię, ale nie jest to atutem W drodze, tylko jego niepełnosprawnością, kalectwem. No dobrze, ale powiedz mi, co z Kristen?

LD: Film został zjechany w większości recenzji, Kristen też, myślę jednak, że niezbyt sprawiedliwie. Ciągnie się za nią wampirzy smród, ale nie bądźmy małostkowi. Mnie się jej kreacja bardzo podobała. Ma pewien urok, lubieżny wyraz twarzy – nie chcę wracać do problemu podległości filmu wobec książki, ale wiemy, że Marylou powinna tak właśnie wyglądać. Jest zagubiona, dziewczęca i trochę dirty zarazem. Im więcej o tym myślę, tym bardziej mi się wydaje, że mogła być jednym z bardziej wyrazistych punktów. Nie wiem, czy to nie jest zbyt odważna teza, bo przecież np. Viggo Mortensen świetnie zagrał Starego Byka Lee, prawdziwego aktorstwa było w filmie naprawdę sporo. Byłoby to pewnie niesprawiedliwe, gdybym powiedział, że Kristen aktorsko powaliła mnie na kolana, ale wypadła przyzwoicie i wydaje mi się, że to również zasługa świetnej roboty castingowej.

MW: Cała ta fala krytyki, która w dużej mierze skupia się na niej, jest dla mnie wynikiem takiego niebezpiecznego zjawiska: rozumiem całą mitologię, która wykwitła na glebie literatury Kerouaca, ale myślę, że twórcy filmu padają w tym wypadku ofiarą licealnej ortodoksji.

LD: Hejtingu zwyczajnego.

MW: Tak. Chodzi mi o to, że dla niektórych ta książka jest na tyle istotna, że pojawia się coś w rodzaju zazdrości o nią. Podobne zjawisko pojawiło w przypadku Wichrowych wzgórz Andrei Arnold. Gromy, które spadają na film, są chyba często wynikiem oczekiwań wobec „idealnej ekranizacji”. Z drugiej strony, jeśli wyrzuci się kontekst książki, to pojawia się pytanie, które powinno się zadać komuś, kto nie czytał W drodze: „czy ten film ma rację bytu i może funkcjonować jako przynajmniej przeciętne dzieło w oczach osoby, która nie zmaga się z analogiami książka-ekranizacja. Nie wiadomo, czy produkcja radzi sobie bez książki, druga strona jest jednak taka, że fala krytyki, która na nią spada, jest zasługą/winą literackiego pierwowzoru.

LD: Zgadzam się z Tobą, ale podkreśliłbym, że moim zdaniem dzieje się tak na życzenie reżysera, który nie wykonał żadnego kroku, aby sprawić, żeby film miał szansę funkcjonować w oderwaniu od książki. On traktuje tekst wręcz bałwochwalczo i nie próbuje się nawet z nim zmierzyć. Jest na straconej pozycji. Szkoda, że nie realizuje jakiejś bardzo mocnej wizji reżyserskiej. Gdyby tak się stało, nie byłoby miejsca na taką rozkminę, jak nasza, czyli: „o co w tym filmie chodzi i co z tego filmu można wyczytać?”.

MW: Tu się chyba zgadzamy, chcielibyśmy zobaczyć jakiś kompletny demontaż pierwowzoru albo coś, co jest świadomie popkulturowym zabiegiem.

LD: Może nawet nie popkulturowym, po prostu chcielibyśmy czegoś szalonego i odważnego. Wolałbym wyjść oburzony z tego filmu, pytając „jak można było zrobić coś takiego?!”, ale przynajmniej z poczuciem, że odbyła się jakaś praca z tekstem.

MW: Wreszcie: został zaprzepaszczony dość interesujący wątek. Zauważ, że pojawiają się przebitki z okładką Swann’s Way Prousta, następnie pojawia się Joyce, krótkie ujęcia. Byłem już wtedy przekonany, że w ciągu całego filmu takie kadry pojawią się jeszcze kilkakrotnie, że za chwilę pojawi się odłożony gdzieś tam Kafka, Mann. Wtedy mielibyśmy kilka warstw: reżyser zmaga się z mitem pokolenia Beat Generation, ale postacie, o których opowiada, zmagają się z mitem jeszcze wcześniejszym. Sugestia, że to nie byli wielcy literaci, że część z nich będzie ganiać jak pies za własnym ogonem, próbując przebić się do literackiego parnasu i dołączyć do tych bezsprzecznie wielkich. Myliłem się, nie o to najwyraźniej chodziło.

LD: No tak, film motyw pisarstwa i spuścizny literackiej beatu traktuje strasznie po macoszemu i akurat tutaj operuje czysto popkulturową klamrą. Cały wątek Kerouaca-pisarza sprowadza się do tego, że mamy chłopaka, który się zmaga z jakimiś demonami i twórczą blokadą, jeździ po Stanach i notuje coś zapalczywie w notatniku, a potem skleja sobie kartki w maszynie i trzaska powieść na jednym wdechu. Wiem, że Kerouac też lubił tak przedstawiać proces twórczy, ale to już zmienia się w taką legendę, której nie chce się po raz kolejny słuchać. Stuka maszyna, wychodzi książka, ta książka jest filmem, bla bla bla. Widzieliśmy to już mnóstwo razy, a wątek beatu jako rewolucji w literaturze leży odłogiem. Wydaje mi się, że to, o czym mówisz, jest bardzo ciekawe, tylko że nie ma tego w filmie, dopowiadamy to sobie.

MW: Właśnie. Cały czas zalepianie jakichś luk, które w kinie dało się odczuć.

LD: To jest taka prosta, smutna historia. Film, który chciał się zmierzyć z tekstem i przegrał. Nie chodzi o to, że jest fatalny, ale jest letni i przez to nie ma szans. Przynajmniej u tych ludzi, którzy znają powieść, albo, co gorsza, mają do niej stosunek emocjonalny. Natomiast dla ludzi, którzy nie znają książki, to będzie być może film na niedzielne popołudnie.

MW: Dosyć nudnawy film na niedzielne popołudnie. Nie wiem, czy się cieszyć, że nie jest fatalny, czy martwić, że nie potrafię się do niego w jakikolwiek sposób ustosunkować.

LD: To może umówmy się, że to jest film, o którym nie da się nic powiedzieć. Tym gorzej, że rozmawiamy o nim od pięćdziesięciu minut.

 

 

Na seans zapraszamy do Kina Pod Baranami: http://kinopodbaranami.pl/film.php?film_id=7129

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.
Lech Dulian

Lech Dulian

(ur. 1987) – absolwent bohemistyki. Za dnia kolaboruje z oficjalnym obiegiem kultury. Po godzinach ogląda walki MMA i udaje Rolanda Barthes’a w okresach nasilonych ataków gruźliczych. Uzależniony od narracji w każdej formie i o dowolnej jakości. Sympatyzuje z ruchem wolnej kultury.