wutheringheights
DWUGŁOS, RECENZJE, ROZMOWY | 23.04.2012

Dwugłos: najnowsza ekranizacja „Wichrowych Wzgórz”

MW: To co, ty będziesz krytykować, a ja będę bronić?

OSz: Czy ja wiem, czy będzie aż taka różnica? Myślę, że tak naprawdę pół filmu jest ciekawe i mimo tego, że oś kompozycyjna jest tak ułożona, że wyraźnie dzieli go na dwie około godzinne części, to najciekawsza jest pierwsza połowa pierwszej połowy i druga połowa drugiej połowy przede wszystkim ze względu na efekty wizualne. Mam wrażenie, że najgorzej jest w środku. Środek jest momentami mdły i niewiele się tam dzieje istotnego.

MW:  Mnie się wydaje, ze dużo lepsza jest pierwsza część, bo to tutaj mamy właśnie do czynienia z tą całą jazdą wizualną, która niejako stanowi o wartości filmu. Druga część to już typowy język realizacji dziewiętnastowiecznych brytyjskich powieści tego typu. Kiedy zobaczyłem, że w materiałach prasowych pojawia się hasło rewolucyjna ekranizacja, to bałem się, że jedynym novum będzie fakt, że Roma gra Afroamerykanin (choć z Ralpha Fiennes’a też średni Cygan) – potem czytałem w sieci sporo krytycznych komentarzy na ten temat, widać wielu widzów to zwolennicy twardej dosłowności, bo ten wybór obsadowy stanowił problem. „Rewolucyjność” tyczy się tu jednak czegoś innego: jest to jakiś mini przełom, jeśli chodzi o ekranizowanie literatury z tego „kręgu”.

OSz: To znaczy odejście od takiej pocztówkowej wizualności, z jaką kojarzy się chyba często literatura angielska XIX wieku? Mam z tym jednak spory problem. Spójrzmy choćby na „zmianę” aktorki grającej Cathy Earnshaw, jaka dokonuje się w połowie filmu. Rozumiem, że kobieta rośnie, rozwija się, ale na początku mamy pyzatą dziewczynę o wyrazistej urodzie. Kiedy widzimy ją, jak przejmuje obowiązki pani domu, staje się piękna, zwiewna, delikatna i nie można w jej zachowaniu rozpoznać tamtej osoby, pod żadnym względem. Rozumiem pomysł przemiany, ale ta mnie nie przekonuje.

MW: I właśnie to cięcie, o którym mówisz, wydawało mi się bardzo teatralne. W ogóle konstrukcja filmu moim zdaniem zbliża się bardzo do współczesnych inscenizacji teatralnych.

OSz: Chodzi ci o innego aktora, który gra tę sama postać?

MW: Tak, tak. I takie radykalne cięcie, dwufazowość – mamy antrakt, po czym wskakujemy na inny tryb. Mnie na przykład nie raziło, jak to jest wizualnie rozpracowane, moim zdaniem ściśle przylegało do obu części filmu.

OSz: Dla mnie sam pomysł jest ok, to znaczy: pojawia się zupełnie inna postać i nie udajemy, jak w serialach, że zmieniła nam się Bożenka w Klanie i teraz musimy znaleźć inną, trochę podobną. Po prostu nie przekonała mnie ta realizacja. Mam wrażenie, że druga część jest wygrana w dużej mierze na urodzie Kai Scodelario i kręci się tylko wokół tego, jak ona wygląda, jak ona patrzy, jak na nią się patrzy.

MW: Ja bym jednak filmu bronił. Chociażby dlatego, że, moim zdaniem, nie spotyka się w ogóle z tradycyjnym oczekiwaniem, jeśli chodzi o realizację takiej powieści. O wiele bliższa tego jest zdecydowanie druga część. Ty mówisz o tym, że to jest zupełnie inny krąg literacki… w porównaniu do polskiej literatury dziewiętnastowiecznej. Ja zastanawiałem się, na ile fakt, że to jest tak ściśle sprzężone w sensie „akustyczno-emocjonalnym” – wicher namiętności i wicher, który dmie na wrzosowiskach etc. – jest zupełnie kiczowatym zabiegiem, a na ile działa tu świadomość reżyserska. Tego typu chwyty to nie jest tylko polski romantyzm, ale też w dużej mierze angielski.

OSz: Ja tego nie rozważam na tym poziomie prawie nigdy, to znaczy: rozważam, czy to jest świadome, czy nie, w momencie, w którym mnie to przekonuje. To, że zabieg jest świadomy, nie świadczy dla mnie o tym, że jest zarazem przekonujący.  W tym wypadku wydaje mi się to bardzo bezpieczne, głownie przez to, że druga część jest o wiele gładsza wizualnie. Widz najpierw ogląda brud, błoto, bagno, a po drugiej części wychodzi z kina z pięknymi obrazkami w głowie, nawet ona, Cathy Earnshaw, pięknie umiera. Mam wrażenie, że to jest ciekawy ruch: żeby zrobić ten film inaczej, niż się oczekuje, ale równocześnie pozostaje to bardzo zachowawcze.

MW: Tylko nie wiadomo, czy to jest kompromis tak naprawdę, czy to jest wypośrodkowanie na zasadzie poszłam radykalnie w pierwszej połowie filmu, no to teraz zmiękczę? W każdym razie, wchodzimy na początku w ten naturalistyczny, momentami bardzo ciemny świat. Dla mnie wizualnie to jest momentami bardzo efektowne. Zresztą, operator Robbie Ryan dostał już sporo nagród za zdjęcia do tego filmu.

OSz: Jest bezwzględnie atrakcyjnie wizualnie i w jednej, i w drugiej części. Tutaj nie ma sporu. Problem tylko w tym, na jakich zasadach.

MW: Atrakcyjne, tylko na trochę innych poziomach. Nie wiem, na ile to jest kompromis, czyli zmiękczę, a na ile taka gierka 1992, Ralph Fiennes, <<Wichrowe wzgórza>>, chcecie tamtej starej adaptacji, to macie, trudno powiedzieć.

OSz: Trudno powiedzieć, ale nasuwa się taka wątpliwość. Ja się zastanawiam jeszcze nad jedną rzeczą, to znaczy nad tymi elementami granymi „pod widza”, choć nie wiem, czy tu nie wchodzimy za bardzo w detale tego filmu, żeby nie „spoilerować”. Są takie momenty, na przykład w pierwszej części, kiedy Cathy zlizuje rany Heathcliffa, i potem w drugiej, kiedy zlizuje sobie ranę z łokcia. Przeciętnej inteligencji widz sam sobie to skojarzy i nie trzeba mu pokazywać tego wcześniejszego obrazu. Tak jest w kilku miejscach, to jest taka wersja dla słabszych: jakbyś nie dał rady, to i tak ci pomożemy. Jest tu wiele takich bardzo bezpiecznych gestów i czuję, że reżyser mi nie ufa nie ufa, że załapię bez jego pomocy.

MW: Było więcej takich elementów. W drugiej części to momentami osuwało się nawet w kicz, było naprawdę ślisko i niebezpiecznie. Chodzi mi o te bardzo „łopatologiczne” paralele. Zastanawiam się, czy na anglosaskim widzu to robi wrażenie, czy nie. Albo na jakim robi, bo co to w ogóle znaczy anglosaski widz? Weźmy jako przykład przewijający się tu motyw piórek, takie znaki-odsyłacze. Albo przebitki z dzieciństwa bohaterów, które widać w drugiej części filmu.

OSz: To jest łatwe tak naprawdę.

MW: To jest bardzo łatwe i to jest naprawdę na granicy kiczu, jeśli po prostu nie jest kiczowate.

OSz: A co z główną postacią męską?

MW: Z Heathcliffem? Moim zdaniem jest tak, że lepiej wypada tu  para dziecięca, i, przy całej mojej miłości do Kai Scodelario, nie jestem przekonany, czy potrafi zagrać cokolwiek poza Effy ze Skins. Tutaj się już robi trochę pocztówkowo, aktorsko nic to nie wnosi, kadłub. Chyba bardziej przekonująca jest dziewczynka, która gra Catherine w dzieciństwie. A czy ten młodszy Heathcliff jest przekonujący? Gra trochę takie „stłamszone zwierzę”, co chyba dobrze z tą postacią koreluje. Czyli ogólnie: dzieci – tak, starsi – niekoniecznie.

OSz: Mam wrażenie… Jak to powiedzieć, żeby nie zabrzmiało tautologicznie? Oni w drugiej części bardzo grają i to mnie z jednej strony przekonuje, bo są już mocno wtłoczeni w swoje role, z drugiej strony mam wątpliwości. Nie wiem, czy oni mieli grać, że grają; może tak bym powiedziała.

MW: To jest niezły wątek. Z jednej strony przed chwilą ich skrytykowaliśmy, a teraz się zastanawiamy, czy nie można by ich poniekąd rehabilitować. W odniesieniu do tego, co mówisz: to by była gra na dwóch poziomach – z jednej strony gramy ludzi wtłoczonych w ramy społeczne, czyli mamy taką pospolitą grę życiową, a z drugiej strony mrugamy okiem w stronę tradycyjnych realizacji i jakiejś emfazy, która się z tymi rzeczami łączy, literacko i tak dalej. Może to jest dalej element mrugania okiem i tej dwoistej budowy filmu, a może…

OSz: A może im się nie udało. Chociaż ja miałam wrażenie, że Scodelario bardzo chce pokazać, że umie zagrać kogoś innego niż Effy.

MW: Być może tak, ale z drugiej strony myślałem, że gdyby teraz ją pomalować, zrobić smoky eyes i przebrać, to ona dalej by była Effy.

OSz: Może się skleiła z rolą?

MW: Może się skleiła z rolą, może to jest coś w stylu: Bela Lugosi i Dracula.

OSz: O, a na przykład taka rzecz: przez cały film przewija się mały chłopiec, który tylko stoi i patrzy. To jest w sumie ciekawe, ale nie wiem, czy nie nazbyt ograne. To znaczy: interesująca jest próba pokazania osób, z których obecności w ogóle nie zdajesz sobie sprawy. One tylko funkcjonują gdzieś obok i patrzą.

MW: No właśnie, ten dzieciak i punkt widzenia, z którego prowadzona jest narracja. Zobacz, że to jest wszystko na takiej „voyerystycznej” zasadzie, przecież cała opowieść jest prowadzona  z punktu widzenia Heathcliffa, który zazwyczaj łypie przez jakieś dechy.

OSz: Mam wrażenie, że to się momentami osuwało w groteskę, mimo że sama sytuacja nie była ani trochę zabawna. Coś z grą nie poszło.

MW: Mnie się wydaje, że wszyscy poza głównymi sobie jakoś radzili.

OSz: Popatrz, jaka straszna rzecz: opowieść oparta na dwóch bohaterach, a tu wszyscy poza głównymi sobie jakoś radzili. No i niestety – trochę nuda, jak to się ogląda, moim zdaniem.

MW: No właśnie tak przewidywałem przez pierwsze minuty. Potem mnie to jakoś wzięło, ale głównie ze względu na techniczne aspekty – choćby to, że wszystko balansuje między ostrym naturalizmem, typu: upuszczanie krwi, martwe zwierzęta, kropla śliny na plecach, a z drugiej strony momentami jest szalenie onirycznie, same brytyjskie pejzaże niejako to narzucają, tego się właściwie nie da wykorzystać inaczej. W każdym razie, fajny jest ten balans. I jeszcze coś: tam właściwie nie ma muzyki. Są jakieś fragmenty, ale naprawdę krótkie. Przez większość czasu głucho lub jakieś cieki, stąpanie po błocie i tak dalej. Jest tylko piosenka na końcu i tyle.

OSz: Piosenka na końcu? Przesada. To ja może o jeszcze jednej sprawie, choć nie chcę produkować takiego zdania: widz popularny równa się jak nie mam popcornu, to nie pójdę do kina, ale myślę, że ten film jest za długi i to o wiele za długi.  Moim zdaniem rozłazi się dość wyraźnie.

MW: Rozłazi się. Głównie w części końcowej, gdy piętrzy się w cholerę emocji, co powinno być najbardziej intensywne, jednak przez to, że film jest tak rozlazły, napięcie zostało już wcześniej rozładowane pięć tysięcy razy i teraz już tylko czekasz, aż się skończy.

OSz: Przez to, że film jest taki długi, ja przestaję empatyzować  w jakikolwiek sposób z bohaterami. To się zużywa, a pozornie wpływa przecież na najwyższe emocje, więc…

MW: To przecieka między palcami, a nie powinno tak być. Ogółem: gdyby wyciąć film z całego kontekstu, to jest bardzo przeciętnie. Za to gdyby wprowadzić go w kontekst realizacji tego typu literatury… Tylko nie można bronić filmu na zasadzie o, to była niezła nowinka i może coś się z tego urodzi, ale jeszcze nie w tym momencie. Mnie samego taki argument nie przekonuje. Bronię jednak filmu pod tym względem, że to jest zmiana języka, w jakim się opowiada tego typu historie.

OSz: A ja się zastanawiam nad jedną rzeczą: czy ktoś będzie oglądał ten film, nie obejrzawszy wcześniejszych Wichrowych wzgórz? Myślę, że nie. W takim razie widz będzie przygotowany na to, że zobaczy coś zupełne innego, i w momencie, kiedy zmiana jest bardzo zachowawcza, pojawi się rozczarowanie.

MW: Tak? Jesteś pewna, że tak będzie? Że jeżeli ktoś oglądał wcześniej i wie, w jaki sposób to jest prowadzone…

OSz: Wiesz, to nie jest jak Titanic – identyczny, tylko w 3D.

MW: Wiem, tylko że to, że jeżeli ktoś wie, jak to było poprowadzone we wcześniejszych realizacjach i jest przygotowany na to, że ktoś mu podsunie kompletne novum…

OSz: Nie, nie kompletne novum. Właśnie tu nie ma kompletnego novum, to jest takie połowiczne ryzyko.

MW: Mam wrażenie, że jeśli ktoś się parał tymi wcześniejszymi rzeczami, to raczej nastawi się na to, że będzie podobnie, może odrobinę bardziej świeżo, może zmiana twarzy.

OSz: Ja spodziewałam się, że będzie dużo mocniej. Przypomniałam sobie tamten film i oczekiwałam czegoś bardziej radykalnego. Mam mieszane odczucia. Za bardzo to jest letnie. Jeśli usłyszę, że ktoś miał bardzo negatywne wrażenia, że nie takie są Wichrowe wzgórza, to będę zaskoczona. Zaskoczy mnie to bardziej niż stwierdzenie, że to właściwie bezpieczne rozwiązanie.

MW: Tylko to się rozbija o kwestię oczekiwań. Ja spodziewałem się, że będzie efektownie wizualnie, tylko to też można rozumieć w ośmioraki sposób – tak, jak obie części, które są atrakcyjne wizualnie na zupełnie innych poziomach. Chodziło mi o efektowność gładszą, bardziej landszaftową, pod tym względem byłem miło zaskoczony brutalnością niektórych obrazów. U mnie to działało trochę na zasadzie lekkiego szoku jednak nie takiego, który wbija w fotel.

OSz: Ciekawe jest, że w gruncie rzeczy wymieniamy podobne punkty istotne i w dużej mierze dają one podobną ocenę, to znaczy: jeżeli liczysz na plus, to taki z małym minusem albo: ja liczę minus z małym plusem itd.

MW: Takie między-między, to na pewno.

OSz: Może i dobrze, może dzięki nam ktoś film obejrzy, ale to już pewna minimalizacja oczekiwań.

MW: Jakaś siła tego filmu tkwi w tym, że może wzbudzić emocje i dyskusję. Ale to nie świadczy chyba jeszcze o wartości obrazu. W każdym razie: warto sprawdzić samemu, ale może lepiej puścić sobie Wuthering Heights Kate Bush?

 

Za seans dziękujemy Kinu Pod Baranami!

 

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.
Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.