chodakowska-popmoderna
DWUGŁOS, ROZMOWY | 14.10.2013

Dwugłos: Ewa Chodakowska

KP: Nie zaskoczę chyba nikogo, jeśli powiem, że od kilku tygodni Ewa Chodakowska wyskakuje z lodówki każdej przeciętnej i ponadprzeciętnej Polki. Mam jednak wrażenie, że nie są to wyskoki pokroju Natalii Siwiec czy Patrycji Wojnarowskiej, ale wyskoki pełne gracji, sportowego zacięcia i ducha walki, którym towarzyszy nie ostentacyjna golizna, a fitnessowy strój lub spektakularna suknia ślubna projektu La Manii.

TSz: Ewa Chodakowska istotnie wyskakuje z lodówki, ale wyskakuje uśmiechnięta i radosna, ze stepem pod pachą i matą do ćwiczeń w drugiej ręce. Wyskakuje, mówiąc mi, że też mogę być taki jak ona, a ja się nie boję i otwieram swoje serduszko na świat fitnessu.

KP: Tomku, nie boisz się rzeszy fanów o sekciarskim zacięciu?

TSz: Jeżeli możemy w ogóle mówić o wspólnocie Ewy Chodakowskiej, a chyba możemy (patrz: wielki trening z Ewą Chodakowską na Polu Mokotowskim), to nie jest to wspólnota wojująca, prowadząca krucjatę przeciwko KFC i butelce wina do poduszki, jest to wspólnota budująco-afirmująca, wspierająca się, oklaskująca swoje efekty, pomagająca przetrwać trudne chwile. Fani Ewy Chodakowskiej są jak Polacy po wielkiej powodzi w 1997, tutaj każdy poda koc, pomoże dziś miłości i wspólnymi siłami odbudujemy zalany Kędzierzyn-Koźle. Tu każdy powie, że jeszcze dziesięć powtórzeń, a twoje życie ulegnie zmianie. Ale wróćmy do początku: skąd w ogóle wzięła się Ewa Chodakowska i dlaczego ją kochamy? Chyba że zamierzasz przybrać typową postawę typu „against” i powiedzieć, że nie czujesz do Ewy mięty (swoja drogą, podobno mięta rewelacyjnie pomaga w USUWANIU TOKSYN Z ORGANIZMU).

KP: Jestem jedną z tych osób, które raczej świadomie i bez wyrzutów sumienia wprowadzają tony toksyn do swojego organizmu. Zazwyczaj bardziej nie chce mi się, niż chce, dlatego Ewa Chodakowska i jej przyjaciele są u mnie przyczynkiem do niezdrowych (sic!) wyrzutów sumienia. Wybieram więc pogardę jako reakcję obronną i dystans wobec strachu przed doskonałością, przypominającą niebezpiecznie o plastikowym świecie lat 90. Ale… skąd wzięła się Ewa? Jak to w każdej przypowieści o prawdziwej księżniczce i każdym micie założycielskim – z małego miasta typu Sanok. Projektując swoją przyszłą karierę, jak każdy szanujący się humanista, wyjechała z kraju, skończyła Akademię Pilatesu, by powrócić jako wieszczka, wyrocznia i uptown girl w jednym. Dużo bardziej świadoma, obyta i otwarta. Z nowymi perspektywami i nową twarzą.

TSz: Wydaje mi się jednak, że drzemie w tobie malusieńki ognik zazdrości. Podczas gdy Ewa Chodakowska poznawała tajniki sztuki pilates, my poznawaliśmy Dafnis drzewem bobkowym i, oczywiście, nie mamy z tego zupełnie nic. Wydaje mi się, że „światowość” Chodakowskiej to przede wszystkim szczęście, którym epatuje. Jest piękny narzeczony (skądinąd, chyba przyznasz, całkiem, całkiem), Joanna Przetakiewicz już niesie suknię z welonem, potem wielkie greckie wesele, setki uroczych zdjęć z uroczym uśmiechem, ogólnie jest uroczo, jest w kwiatki. Ewa Chodakowska na każdym kroku podkreśla, że czuje się szczęśliwa i spełniona, dając podprogowy przekaz, że jest tak właśnie dlatego, że ćwiczy, jest trenerką fitness, daje ludziom cząstkę siebie. Nic tylko brać. No ale mieliśmy już kiedyś, dawno temu, gwiazdę fitness – Mariolę Bojarską-Ferenc, która jednak nie zaświeciła nigdy blaskiem Ewy Chodakowskiej. Jak uważasz, dlaczego?

KP: Amerykańska z ducha i usposobienia Ewa Chodakowska wyparła dawno zapomnianą Mariolę. To zupełnie tak, jak wielkomiejskie Dzień dobry TVN wyparło przaśny i z ducha polski program Kawa czy herbata? Zauważ, że Bojarska-Ferenc nigdy nie odważyła się na bezpośrednią konfrontację ze swoją uczennicą z drugiej strony ekranu telewizora. Zasłaniała się grupką młodszych dziewcząt w opaskach frotte, a nawet męskim gościem, zapraszanym na step, aby uwiarygodnić wyświechtany frazes o tym, że „sport jest dla każdego”. Setom Marioli towarzyszył nowobogacki entourage basenu z marmurowymi płytkami i sztuczną palmą w doniczce odwracający uwagę od istoty: ćwiczeń mających przynieść konkretny i spektakularny efekt. Ewa Chodakowska w porównaniu z Mariolą Bojarską-Ferenc jest bardzo zen – oszczędna w środkach, za to bezwzględna w dążeniu do celu. Bojarska przypomina swoją osobą o drobnych kroczkach i licznych przegranych Andrzeja Gołoty – niechcianego symbolu lat 90. Ewa Chodakowska to raczej Tomasz Adamek – mocny lewy sierpowy i błyskawicznie przecięty łuk brwiowy przeciwnika.

TSz: Masz rację, u Chodakowskiej rzeczywiście na pierwszym miejscu jest cel, cel prosty: poczuć się dobrze. To też novum – z Ewą Chodakowską nie ćwiczymy po to, by pozbyć się niechcianych kilogramów, ani po to, by wymodelować najbardziej problematyczne partie naszego ciała, robimy to dla siebie, dla własnego dobrego samopoczucia, wyregulowania dobowego cyklu snu, a to, że będziemy mieć ładne pupy i brzuchy, jest sympatycznym efektem ubocznym W Chodakowskiej lubię również jej bezpretensjonalną bezpośredniość. „Trenerka całej Polski” nigdy nie ucieka, niczego nie ukrywa, podaje się cała na talerzu i nie starcza nam już miejsca na niezdrowe przekąski po osiemnastej. Zapytana przez dziennikarkę o swoją wagę, odpowiada, że to zależy od dnia miesiąca, jak u każdej kobiety. To dopiero nowość. Wyobrażasz sobie Nataszę Urbańską, która opowiada o tym, że nabiera wody, albo Edytę Herbuś, która żali się, że przed tymi dniami puchnie jej tu i ówdzie? Jeśli nawet tak, to wiadomo, jak skończyłoby się takie wyznanie – internauci i portale plotkarskie by je zjedli. U Ewy Chodakowskiej to nie dziwi, to ona bowiem towarzyszy ludziom w chwilach najtrudniejszych – gdy spoceni i brzydcy słaniają się na macie przed telewizorami. Jestem tutaj, ach jestem z Tobą  – śpiewa Marzia Giaggolli i to samo mówi do nas Ewa Chodakowska, czyż nie?

KP: Wszystko to bardzo ładne, powiedzmy, że przekonujące. Przekonujące feerią barw, jasnością przekazu i łatwością odpowiedzi. Bo przecież u Ewy Chodakowskiej odpowiedzi są zawsze dwie: skalpel albo turbospalanie. Ale czy nie niepokoi cię ten brak podziału między ciałem a duchem, którego wyznawczynią jest Ewa? Czy całe nasze życie musi od teraz zlać się w doskonałą formę, cielesność a priori, bez ograniczeń, dyktującą samopoczucie, progres w relacjach interpersonalnych (z naciskiem na te damsko-męskie), codzienną ochotę na wstawanie z łóżka z uśmiechem na ustach? Ja się trochę boję takiej quasi-religijnej dyktatury. Chyba tęsknię za czasem, kiedy beztrosko mogłam pozostać nieporadną Bridget Jones.

TSz: Ewa Chodakowska mówi ci, ze wcale nie musisz nią być. Jeśli tylko zamienisz czekoladę na banan lub mango i zamiast szlajać się po mieście, rozłożysz matę i zrobisz „Skalpel II”, twoje życie od razu nabierze nowych barw. To niestety działa i widzę to sam po sobie – jak przebiegnę dziesięć kilometrów, od razu myślę o sobie jakoś tak lepiej. Bo robisz coś, co przynosi efekt od razu – jesteś zmęczona, wydzielają się endorfiny, sratatata. I na tym niepozornym poczuciu ,,zrobienia dla siebie czegoś miłego” (którego to poczucia nie masz, wracając z imprezy o dziewiątej rano) swoją filozofię zbudowała Ewa Chodakowska. Jest turbospalanie, jest Ewa w telewizorze, ona tam jest i ćwiczy dla mnie, jej twarz się nie rusza, ale ciało jak najbardziej, są wielkie reflektory, fajne techno. Trudno się nie skusić, zwłaszcza gdy widzisz na facebookowym profilu Ewy setki zdjęć od ludzi (głównie kobiet), którzy już zmienili swoje życie i przeszli na jasną, ćwiczącą stronę mocy. Niepokoi mnie jednak ta cała otoczka, to mówienie do mnie fitnessową nowomową. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że na naszych oczach tworzy nam się nowa sekta o potężnej sile. Kumasz, co by się stało, gdyby Ewa Chodakowska powiedziała, że w tym sezonie modne są dredy, skoro wszyscy wiemy, że na topie jest ombre?

KP: Po raz kolejny przyznam, że się boję. Tak samo jednak boję się Antoniego Macierewicza, wszystkich arcybiskupów, nowej redakcji „Przekroju” i końca kariery Mandaryny. Showbiznesowo-polityczny eklektyzm to zjawisko, które prędzej czy później będziemy musieli oswoić. Ewa Chodakowska jest ewidentnie symbolem przemiany ponad cezurami czasowymi i światopoglądowymi. Już Stanisław Wyspiański wiedział, że w naturze Polaka leży wieczne (ale nic niewnoszące) nasłuchiwanie. Trzeba przyznać, że Chodakowska dokonała wyłomu: od teraz nie tylko nasłuchujemy, ba, nawet nie tylko słuchamy, ale wreszcie przechodzimy do czynu. „Kiedy chcesz zmieniać świat, zacznij od własnego ogródka”. O to chyba w tym wszystkim chodzi, to jest ten flow. Może, zamiast wydawać pieniądze na fajki, powinnam jednak kupić matę.

 

Katarzyna Pawlicka

Katarzyna Pawlicka

(ur. 1988) - absolwentka krakowskiej teatrologii, studentka krytyki literackiej i doktorantka na Wydziale Polonistyki UJ. Publikuje m.in. w "Res Publice Nowej", "Nowej Dekadzie Krakowskiej" i "Popmodernie". Interesuje się problemem niewyrażalności traumy poholocaustowej i estetyzacją śmierci.