popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Dwugłos: D. Masłowska „Kochanie, zabiłam nasze koty”
kochaniezabilamnaszekoty
DWUGŁOS, RECENZJE, ROZMOWY | 22.10.2012

Dwugłos: D. Masłowska „Kochanie, zabiłam nasze koty”

OSz: Czekałeś na nową książkę Masłowskiej?

MW: Czekałem.

OSz: To długo czekałeś, całe siedem lat.

MW: A ty nie czekałaś?

OSz: Ja również, bo jakkolwiek dramaty Masłowskiej są bardzo interesujące, to mnie się zawsze wydawało, że najlepsza jest jej proza ze szczególnym wyróżnieniem Pawia królowej.

MW: Ten siedmioletni dystans zrobił swoje i w moim przypadku trochę podsycał ciekawość. Siedem lat to niemały ułamek czasu, jest to tym bardziej interesujące, że w międzyczasie mieliśmy flirt z innym gatunkiem literackim. No i się doczekaliśmy. I czego się doczekaliśmy?

OSz: No i się doczekaliśmy, ale przez ten czas – czytelnicy, media, krytycy – nie próżnowaliśmy, bo Dorota Masłowska stała się, także w sensie wizerunkowym, potężną postacią w polskiej literaturze. Mimo tego, że milczała przez tak długi czas, była wymieniana w rozmaitych rankingach (na przykład w tym w „Gazecie Wyborczej” pod hasłem Polski Nobel 2040  jako wciąż najbardziej obiecująca). Jej nowe projekty (słynne przedstawienie teatralne) lub choćby zapowiedzi projektów były niezmiennie energicznie komentowane, a ona sama oczekiwana. Może ze względu na kontrowersje, które budziła wcześniej, może także z innych powodów. Ten długi czas sprawił, że oczekiwania wręcz napuchły. Tymczasem teraz ona sama funduje sobie, dość zaskakujący, szum medialny. Wcześniej chyba nie udzielała aż tak wielu wywiadów – i to takich, które mają momentami niemal konfesyjny charakter. Nie wiem, czy zrobiła słusznie, ale to drugoplanowe. Istotne wydaje mi się to, że właśnie te wywiady zdają się wyprzedzać dyskusje o książce. Książka pojawiła się kilka dni temu, a rozmów o wywiadach czytałam i słyszałam już bardzo wiele. I to one są chętnie komentowane, wrzucane na Facebooka i tak dalej. Ciekawa jestem, czy to się ostatecznie zmieni, czy będziemy dyskutować przede wszystkim o samej Dorocie Masłowskiej.

MW: Z nią jest taki problem: mimo że odległość, jaka dzieli nas od debiutu, jest już naprawdę spora, to oczekiwania skupiają się w dużej mierze na Masłowskiej, którą pamiętamy z okresu Wojny polsko-ruskiej i Pawia królowej. Wciąż zdarza mi się trafiać na opinie i materiały prasowe, w których przykleja się jej łatkę enfant terrible. To było naprawdę bardzo dawno. Czy Masłowska nie pada łupem oczekiwań publiczności wobec własnego projektu, a raczej projekcji artysty, zupełnie tak, jak wygląda to często w przypadku muzyków rockowych, którzy się starzeją? Mówisz o tej dyskusji, która narosła wokół wywiadów, a nie wokół samej powieści…

OSz: Tak, dyskusja poprzedziła publikację.

MW: Dyskusja na temat książki bez wsparcia tekstem literackim, co brzmi dość absurdalnie, ale chyba dobrze ujmuje specyfikę tego, co się przed premierą powieści wydarzyło. Wielu pewnie uderzyło to, że dostajemy Masłowską w wersji soft pod każdym względem: zarówno literacko, jak i wizerunkowo.

OSz: Myślisz, że to na pewno jest soft? A nie momentami wersja hard konserwatywna?

MW: Mówisz o powieści?

OSz: Najpierw o tym, co  mówi w mediach. To znaczy, zastanawiam się, czy nie zradykalizowała się światopoglądowo, donosząc o tym w przestrzeni publicznej, zarazem łagodząc i wygładzając estetycznie swoją literaturę.

MW: To jest ważna sprawa. Zastanawiam się, co zbudowało Masłowską, którą czytamy/słuchamy teraz w wywiadach. Z jednej strony może to być prztyczek w nos wymierzony środowiskom, jak generalizująco by to nie zabrzmiało, okołolewicowym. A może stała się po prostu ofiarą oczekiwań odbiorczych?

OSz: Myślisz, że to, co jest w prasie, to jest gra na oczekiwaniach?

MW: Zastanawiam się, co doprowadziło ją do punktu, w którym się obecnie znajduje. Czy nie jest tak, że niektóre środowiska próbowały ją sobie przywłaszczyć, chciały, żeby była ich papieżycą, i teraz ta dość gwałtowna krytyka jest spowodowana właśnie tym, że zawiodła czyjeś oczekiwania? Może ona nie chce być ani na sztandarze lewicy, ani prawicy?

OSz: To nie jest przecież policzek powszechnemu gustowi. Moim zdaniem problem przenosi się na trochę inny poziom. Wydaje mi się, że kłopotliwe jest to, że wszyscy zdajemy się mieć wyraźne wyobrażenie na temat Masłowskiej, na temat jej języka, kompozycji tekstu literackiego i światopoglądu. To ostatnie wydaje mi się akurat nader problematyczne, ale zostawmy to na moment. Natomiast to, co ona proponuje w swoich wypowiedziach, co, przyznaję, częściowo omijałam, żeby zacząć jednak od tej książki i nie konstruować sobie nazbyt rozbudowanego przedsądu, często nie pozostawia złudzeń. I to jest kłopot.

MW: Kłopot z jej opcją polityczną?

OSz: Świat wartości i Bóg, który przestał być w centrum. I co teraz, co my zrobimy? Mam wrażenie, że Dorota Masłowska ma problemy, które bliskie były modernistom. To jeszcze nie musi być problem. Dla mnie problemem jest to, że widzę, jak otwiera się konserwa.

MW: Trochę tak jest. Moim zdaniem problem nie zasadza się na frakcjach politycznych w jej wypadku. Trochę się teraz zastanawiam, czy nie jest rzeczywiście tak, że dostajemy Masłowską, która już nie jest tą poharataną dziewczynką, brzydkim złotym dzieckiem literatury, które nie potrafi w zręczny sposób złożyć zdania składającego się z kilku wypowiedzeń, i pojawia się zawód, bo do takiej Masłowskiej się przyzwyczailiśmy. Czego byś nie powiedziała na temat tego, co ona mówi, to robi to o wiele lepiej.

OSz: Technicznie?

MW: Czysto technicznie. A jeśli chodzi o problem frakcji politycznych itd., to jest on tu pewnie istotny, jednak większy ból głowy stanowi z mojej perspektywy to, że Masłowska jest nieco zapóźniona z tym, co i jak mówi.

OSz: To znaczy?

MW: Żyjemy na wysypisku, kultura się zdegenerowała, straciliśmy środek ciężkości, jakiś tam omfalos. To jest stary problemat.

OSz: To już niestety zrobił Mariusz Sieniewicz w swojej jakże słabej Rebelii i myślę, że już czas porzucić ten pomysł. Nie chcę postulować rezygnowania z tematów tylko dlatego, że już zostały omówione. Ale…

MW:  Od zawsze jest tak. Problem nigdy nie leży w tematyce, tylko w formie ujęcia tematu, niezależnie od tego, czy mówimy o poezji, malarstwie, czy też songwritingu.

OSz: Ależ się zapędziliśmy. Idźmy już do książki.

MW: Jesteśmy już w książce?

OSz: Jeszcze moment przed nią. Mówiłeś o wywiadach, w których Masłowska zmienia się, technicznie mówi lepiej. Wszystko jest gładsze na najbardziej podstawowym poziomie odbioru. Szczęśliwie nie musimy już oglądać programów takich jak  Tok2Szok To było fatalne.

MW: Widziałem kiedyś w TVP Kultura wywiad, który przeprowadzał z nią bodajże Sebastian Klata, prawdopodobnie był to okres Między nami dobrze jest, potworne. Facet nie chciał chyba zrobić jej krzywdy, a i tak ją miażdżył. Zmiana jakościowa jest ogromna, tylko czekam na jakiegoś oponenta z prawdziwego zdarzenia, bo na razie to były takie słodko-przymilne wywiady (patrz m.in.: „Przekrój” 42/2012 lub Xięgarnia – przyp. POPm).

OSz: No właśnie. Zmienił się wydawca i mamy Masłowską w twardej oprawie z listem polecającym Sławomira Mrożka. Mam skądinąd ambiwalentny stosunek do tego słowa pochwalnego – nie sądzę, żeby Mrożek podbudowywał jej wizerunek i pomagał jej, głaskając dłonią autorytetu, a z drugiej strony nie sądzę, że ma rację. Czytamy na okładce, że Masłowska ma podstawową zaletę – umie opowiadać niezależnie od innych zalet czy przywar pisarskiego rzemiosła. Pozostawiam chwilowo na marginesie swoje przekonanie, że ona chyba właśnie z opowiadaniem ma problem. Wydaje mi się, co jest interpretacją najprostszą, żeby nie powiedzieć narzucającą się, że zmiana wydawcy mogła wpłynąć na to, że mamy do czynienia z gładką Dorotą Masłowską. Myślę, że zestawienie tego, że to książka wydana po siedmiu latach milczenia w prozie (mamy do czynienia z dojrzałą już pisarką), i tego, że mamy ją w twardej oprawie z Noir Sur Blanc, wpływa na wizję projektowanego czytelnika, który nie jest taki sam, jak wcześniej.

MW: Nie chcę formułować kategorycznych sądów i mentorskim tonem tłumaczyć komuś „jak żyć i jak czytać”, ale zastanawiam się, na ile Masłowska jest podatna i chłonna na bycie przywłaszczonym przez jakąś tam linię. Nie mówię, że to, co pisała wcześniej, było motywowane tym, że jest pupilkiem tego czy innego wydawcy i mniej więcej wiadomo, jakiego środowiska. Tutaj dostajemy combo tak naprawdę. Wspominasz o rekomendacji napisanej przez Mrożka – to nie jest przypadkowe, to całkowicie symptomatyczne. Sygnał zmiany wizerunkowej. Czy to jest wynik zmęczenia oczekiwaniami i byciem hersztem grupy, której nie chce się przewodzić? Zastanawiam się, na ile Masłowska jest obok tego wszystkiego, a na ile jest plastyczna, do ulepienia.

OSz: A nie masz wrażenia, że gdyby się okazało – tego nie sprawdzimy, więc to jałowa dyskusja – że jeżeli ona pod wpływem rosnących oczekiwań postanowiła wykonać tego rodzaju woltę, to efektem jest „Nie zjem kolacji na złość mamie”?

MW: Może to po prostu wynik zmęczenia materiału, robię „pstryk!” i znajduję się w innej drużynie harcerskiej, tak to trochę wygląda.

OSz: W tej powieści nie tylko przeniosła się do Noir Sur Blanc, ale przeniosła się do Ameryki albo czegoś-w-rodzaju Ameryki. Zmieniła kontekst w taki sposób, że mam podstawową wątpliwość. To, że poprzednie jej powieści cieszyły się powodzeniem nie tylko w Polsce, a przecież były wyraziście polskie, w takim sensie, że mówiły o polskim społeczeństwie, językiem polskim, z którym Masłowska robiła, co chciała, było najsilniejsze w jej pisarstwie. Nie była to zabawa językowa, pod którą po opukaniu słychać było echo. Natomiast teraz przeniosła się (chyba częściowo, bo w tej książce między Nowym Jorkiem a Warszawą nie ma chyba wielkiej różnicy; to miasto, którego nie było, a które możemy, co najwyżej, właśnie z Nowym Jorkiem kojarzyć) do innego miejsca, tak jakby do pewnego stopnia chciała uniwersalizować swoją literaturę. Myślę, że to nie przynosi korzystnego efektu. Niekoniecznie będzie atrakcyjne dla niepolskiego czytelnika, dla którego najatrakcyjniejsza, jak sądzę, była idiomatyczność jej projektu, bez proponowania wyjścia pośredniego, z którym tu mamy do czynienia. Masłowska nie napisała zresztą powieści, która jest miękka, fabularnie wciągająca i uniwersalna, ponieważ mówi o miłości, prawdzie, sztuczności i fałszu w świecie, który zżera nam serca i przyjaźnie, a z drugiej strony nie jest wystarczająco wyrazista, żeby móc być mocnym fajerwerkiem

MW: To skomplikowana sprawa. Pojawiają się pojęcia lokalności i globalności, uniwersalności i partykularności. Czytelnik Kochanie, zabiłam nasze koty ma przed sobą świat, który jest wielkim wysypiskiem, dekoracją wykonaną ze sklejki i tektury. Wojna polsko-ruska jest zbudowana na podobnym planie. Wtedy jednak, bazując na realiach polskiej prowincji, Masłowska z powodzeniem mówiła o rzeczach, które nie są lokalne. Nie zgodziłbym się z nikim, kto twierdzi, że żeby mówić o rzeczach uniwersalnych, trzeba przyjąć globalne tło. Pojawiają się jednak głosy, że tematyka nowej powieści jest o wiele bardziej uniwersalna, dlatego Wejherowo zostało zamienione na anonimowe amerykańskie miasto. Moim zdaniem nonsens: przecież to nie jest Ameryka, to jakaś projekcja Stanów Zjednoczonych, obciążona przaśnym, polskim spojrzeniem.

OSz: Nie mamy tu relacji z konkretnego świata, raczej kolejną – to postrzegam jako mocną zaletę – kreację świata wyobrażonego. Przeczytam kawałek: Tacy jak on cholernie cię potrzebują! Poza tym czy wyobrażasz sobie, że pakujesz te gry, zanosisz je na pocztę… Być może już teraz gdzieś zupełnie daleko, gdzieś aż w Polsce, w byłej Jugosławii! Świat jest tak ogromny! Jest tak wiele kontynentów i różnych krajów, że nie mamy o tym pojęcia. To niesamowite, Dean, zazdroszczę ci!. Wisimy pomiędzy Polską a Ameryką, pomiędzy radykalnym językiem a językiem aspirującym do pewnej przezroczystości, pomiędzy eksperymentem a próbą wyważonego opowiadania. Nie umiem ruszyć z tego zawieszonego punktu.

MW: Wydaje mi się, że ta książka jest strasznie nierówna. Pojawiało się przed premierą pytanie: skoro akcja ma miejsce w USA, co stanie się z językiem Masłowskiej, z jej siłowaniem się z polszczyzną? Przecież to jest punkt zapalny jej literatury. Autorka wskazywała w odpowiedziach na to, że jesteśmy ludźmi, którzy posługują się z językiem niczym z Google Translate – kalekim, niewprawnie przetłumaczonym. Ten groteskowy, sztuczny język rzeczywiście się tutaj pojawia i moim zdaniem te fragmenty to jedne z najjaśniejszych punktów książki. Ale jest to tylko zamiar, sygnał, próba, która nie zostaje doprowadzona do finału, bo momentów, o których mówimy, jest u Masłowskiej tak naprawdę niewiele, trochę tak, jakby sama nie była pewna, czy to one mają stanowić fundament języka tej powieści.

OSz: Mam wrażenie, że ona dalej dobrze diagnozuje różne zjawiska, czego nie da się jej odmówić, ale przetwarza to w taki sposób, że tylko momentami jest ciekawie. Ciekawe jest to, że świetnie konstruuje kalki z angielskiego  „lubiłabym bardziej”, czy lubiłaś tę wystawę?” i tak dalej, to są bardzo dobre kawałki. Wydaje mi się, że chciała zrobić dwupiętrową książkę, taką jak na przykład Da capo  Franczaka – skonstruowana jest ona tak, że da się ją spokojnie czytać na poziomie fabularnym i jest to lektura pod wieloma względami satysfakcjonująca, a z drugiej strony jej metapoziom jest nader istotny. Tutaj tak nie jest, to jest za słabe fabularnie, to nie jest ciekawa opowieść. Ani nie jestem wciągnięta, ani nie czyta się jej tak przyjemnie i łatwo, jak dobrze napisaną literaturę popularną. A z kolei ten drugi poziom jest bardzo wątły.

MW: Rzeczywiście, ta książka jest dwupiętrowa. Mam jednak wrażenie, że autorka momentami nie wie, dla jakiego odbiorcy pisze. Zupełnie, jakby zaprojektowała sobie dwóch różnych odbiorców i nie mogła się zdecydować, któremu przyznać pierwszeństwo.

OSz: Tak jakby chciała napisać książkę dla wszystkich  żeby wszyscy ją lubili i zrozumieli. I chyba nie wyszło.

MW: Z jednej strony popuszcza wodze swojej lingwistycznej fantazji, rozwarstwiania i rozparcelowywania języka, z drugiej strony jednak równoważy to czymś, co można by w dużym cudzysłowie nazwać tradycyjną narracją, która ma nadać tej książce walor zjadliwości dla mniej wyrobionego czytelnika. Jeżeli mówisz „dwa piętra”, to zgoda, tylko nie ma między nimi żadnej drogi, windy, schodów, są nieprzepuszczalne. Jeżeli jesteś zmuszona do tego, żeby wybrać jeden model lektury, to moim zdaniem ta książka nie jest satysfakcjonująca ani na poziomie czysto językowym, ani fabularnym.

OSz: Masłowska stała się letnia i to mnie ani nie bawi, ani nie porusza. Mój największy problem polega na tym, że najbardziej jestem przejęta tym, jak bardzo ta książka mnie nie obeszła i nie przejęła pod żadnym względem. Przeczytałam ją bez cienia emocji na poziomie fabularnym, na poziomie śledzenia historii i dramatu bohaterów, a z drugiej strony jestem daleka od estetycznego zachwytu, jaki mi towarzyszył podczas lektury Pawia królowej. Muszę tu jednak otwarcie powiedzieć, że w tym, że Masłowska zmieniła swój język, widzę wielką wartość  wartość samą w sobie. Obawiałam się, że się zakleszczy z własnym językiem, że z niego nigdy nie wybrnie i nie napisze nic, co istotnie różniłoby się od dotychczasowej twórczości.  Bardzo czekałam na to, co się wydarzy dalej, i wydarzyło się, z tego się cieszę. Ale problemem jest, że to wyjście pośrednie, że to wyjście pastelowe.

MW: Próbę zmiany języka faktycznie można traktować jako atut, tylko to póki co nie jest jeszcze próba udana. Ja z kolei boję się, że zakleszczy się w próbach pogodzenia dwóch różnych rejestrów i dostaniemy więcej gładkich rzeczy w rodzaju Kochanie, zabiłam nasze koty.

OSz: Mam wrażenie, że dość ciekawe są momenty, w których widzimy, jak wymyśla się postaci. Przeczytam: Kilka razy, podczas jakichś przypadkowych spotkań, poczuła zapach jego ciała. Pachniał jak kozioł, który właśnie umył zęby. Ale i tak najbardziej bolało i zawstydzało ją to, że podczas gdy on leci na Jo, to ona, Fah,  jakby nie istniała, jakby była z powietrza. Zresztą jak dla niej, on też nie był wykonany z niczego innego.

Myślę, że to ciekawa konstrukcja. Rzeczywiście Masłowska robi swoje postaci z powietrza, podobnie zresztą, jak z języka. Wymyśla bańki  tych jednak nie mam ochoty przebić.

MW: Jeżeli miałbym jej przypisywać jakąkolwiek genialność, to jest to na pewno wybitny zmysł wyczuwania temperatury charakterologiczno-estetyczno-językowej postaci. Największym absurdem, jaki pojawiał się w omówieniach Wojny… było uporczywe twierdzenie, że Masłowska skatalogowała kulturę dresiarską i język dresiarski, podczas gdy bohaterowie mówili tak naprawdę językiem, który nie istnieje, językiem rozproszonym, językiem dyfuzji. Masłowska tworzy postaci, posługując się doskonałą intuicją, sięga po wybrane cechy, komponuje je wedle własnego uznania i trafia w sedno. Tutaj też można znaleźć przykłady podobnego podejścia, choćby postać „artystki” polskiego pochodzenia. Ale czy dostajemy coś, czego nie znalibyśmy z poprzednich książek?

OSz: Chyba nie, ale myślę, że koncept jest inny, może ciekawszy, a na pewno bardziej ostentacyjny niż w poprzednich tekstach. Masłowska po raz kolejny odkrywa Amerykę  coraz dobitniej uświadamia sobie literackość literatury, jej arbitralność, konstrukcyjność i tak dalej. I o ile to się pojawiało wyraziście i w Wojnie, i w Pawiu, tak tutaj to jest podstawa, punkt wyjścia.

MW: No ok. Ja do tej pory miałem jednak wrażenie, że Masłowska doskonale wie, co robi, panuje nad literaturą, doskonale ją czuję. Sama przyznaje się teraz, że to jest pierwsza książka, której nie pisała w tak żywiołowy i spontaniczny sposób, jak do tej pory. Czyli paradoksalnie: wtedy, kiedy (rzekomo) nie była panią sytuacji, jej książki posiadały moim zdaniem walor czegoś świadomego i przemyślanego. Tutaj jest odwrotnie: podobno Kochanie… to jej najbardziej dopieszczona i wycyzelowana książka. A ja mam wrażenie, że Masłowska nie wie dokładnie, co chciała napisać.

OSz: Tu wszystko jest martwe  narracja, świat, chwilami język. I to chyba nie jest taka blaza, która mogłaby być interesująca. To nie jest efekt: zblazowany narrator opowiada historię. To efekt beżowej  mało wyrazistej, a przez to niestety mało zajmującej  historii.

MW: Ja mam wrażenie, że ta dojrzała, precyzyjna Masłowska tak naprawdę nie ma pojęcia, w którą stronę chce pójść, a ten okropny dzieciak doskonale to wiedział. I tyczy się to zarówno jej twórczości, jak i wizerunku.

OSz: Sądzę, że to, co w tej książce jest niestety najważniejsze, to fakt, że ona oferuje bardzo jasny światopogląd. Światopogląd, w którym świat bez wartości ją przeraża. W którym ludzie, którzy komunikują się w taki a nie inny sposób tracą dusze, nie mają szansy na bezpośredniość, autentyczność i realizację innych nowoczesnych fantazmatów. Wiesz, ludzie się mijają, nikt się nie dogaduje, a poza tym nikt nikogo nie kocha i nie chce kochać, natomiast wszyscy mają różne dziwactwa, które najlepiej pokazuje się w literackich czy filmowych groteskach. Ale to świat właściwie niezmiennie jest światem, który przeraża. Ja czytając tę książkę, miałam wrażenie, że ostatecznie to wszystko razem jest piekielnie konserwatywne. Ona jest formalnie i literacko na pewnym poziomie nadal odkrywcza, nawet jeśli nie jestem urzeczona tym, co czytam w Kochanie, zabiłam nasze koty, nie potrafię jej tego odmówić. Natomiast jeżeli chodzi o kwestie społeczno-obyczajowe jestem trochę zaniepokojona jej zwrotem albo ujawnieniem. To książka, która jest wyrazem przerażenia Babilonem, z którego można tylko próbować uciec, zostawiając takie ślady, jak ten.

MW: Zastanawiam się, gdzie była Masłowska przez ostatnie lata, w którym lesie, w której borsuczej norze się ukrywała. Bo teraz wygląda to tak, jakby wygrzebała się spod ściółki leśnej i doznała olśnienia na widok tego, w jakim świecie żyjemy. Z jednej strony problem rodem z modernizmu i płacz nad śmiercią Boga, z drugiej strony tematy i sposób ich podejmowania znany z kultury popularnej, przyszło mi do głowy choćby Między słowami (oryginalnie Lost In Translation, co ważne w kontekście książki) Sofii Coppoli. Jaki jest sens mówić po raz kolejny o tym, że rozmawiamy ze sobą różnymi językami, choćbyśmy korzystali z tego samego zasobu słownikowego? Cały czas nie jest to problem tematyki, która jest ważka, tylko formy jej podjęcia.

OSz: Mam wrażenie, że Masłowska próbowała zrobić to, co robi najlepszej kategorii popularne, dość ambitne kino amerykańskie. Siedzisz w kinie i się trochę śmiejesz, trochę wzruszasz, zapamiętasz kilka błyskotliwych zdań, do tego ze dwa morały. A za jakiś czas wszyscy chętnie pójdziemy na kolejny film.

MW: Zastanawiałem się w trakcie czytania, dlaczego Masłowska chce być nagle Woodym Allenem polskiej literatury. Nie będzie to być może najpopularniejsza opinia na temat tej książki, ale nie mogłem się oprzeć takiemu wrażeniu. Chodzi nawet o chwyty czysto techniczne. Poza samą relacją między bohaterami i ich problemami: momenty oniryczne, wybiegi, parabazy, również (pojawiające się kilkakrotnie, ale chyba nieco niewykorzystane) fragmenty, w których bohaterowie „wypowiadają” kwestie, anulując je następnie komentarzem w rodzaju chciałam tak powiedzieć, ale powiedziałam naprawdę […]. Akurat ten zabieg miał spory potencjał.

OSz: A propos dziwnych momentów w tej książce – był taki, że bohaterka pisze pamiętnikarski kawałek  – i moim zdaniem to jest dramatycznie słabe. To jest tak słabe, że aż przykro. Zawsze dziwiły mnie zachwyty, że język Masłowskiej to jest język żywy i prawdziwy, który przecież taki nie jest, przecież jest subtelnie konstruowanym językiem literackim, którego nie ma  nie ma ludzi, którzy nim mówią. Tutaj wydaje mi się, że Masłowska chciała na wskroś ironicznie i parodystycznie naśladować żywy język, a efekt przypomina mi parodie ze szkolnych opowiadań.

MW: To jest bardzo martwiące, fragmenty imitujące formy około- lub paraliterackie, jak chociażby język reklam, są po prostu nieudane, tego się po Masłowskiej akurat nie spodziewałem, bo do tej pory była to jedna z jej popisowych sztuczek.

OSz: No, to poczytam: Strzeżcie się wszyscy niepijący, niepalący, nieatrakcyjni seksualnie, neurotyczni, zaburzeni, pogrążeni w depresjach, nieposiadający na Facebooku pięciu milionów przyjaciół. Starzy, karmiący piersią i niemogący przez to się nawalić, nieposiadający lamborghini, grubi, niekorzystnie wyglądający w składających się wyłącznie z ramiączek sukienek i spodenek uszytych z samego paska. Kryjcie się: nieopaleni, nieposypani brokatem, nieumiejący piszczeć, ciężarni, poruszający się na wózkach, ci z cellulitem i nadmierną potliwością […]. Albo po prostu zjedzcie kilo bordaxu, zamknijcie okno, zaciągnijcie zasłony i umieściwszy stopery w swoich niewytrymowanych uszach, śpijcie twardym snem, nie poddając się terrorowi szalonej piątkowej zabawy. Mnie to wpędza w depresję. Trudno nie zrozumieć krytycznego odniesienia do zjawisk współczesnego życia społecznego, ale kiedy to czytam, myślę tylko: „No i co z tego?”. Mam wrażenie, że w popkulturze od pewnego czasu obserwujemy, może niejednoznaczną, ale jednak nobilitację takich nieco aspołecznych, nieco mniej energicznych, jeśli chodzi o styl życia, czy nawet dziwacznych postaw. Szydełkowanie, granie w gry komputerowe, fascynacja nauką czy nieskończone serie sucharów z każdej dziedziny; nawet jeżeli nie jest nobilitacja, jak powiedziałam, to z pewnością wyjście z szafy i powiedzenie: Hej, to nie jest złe”, to uczynienie swojego wizerunku i swoich wad” atrakcyjnymi. Myślę, że to tu można szukać impulsu krytycznego czy do pewnego stopnia emancypacyjnego. Bo jeżeli celem Masłowskiej jest krytyka społeczna, to jest ona za słaba, trochę spóźniona, trochę za mało atrakcyjna. Nic się na tym poziomie nie dzieje, nic się nie zmienia.

MW: Mnie się wydaje, że bohatera, który zmaga się ze swoją indolencją, niespełnieniem seksualnym, degeneracją kultury, przywłaszczeniem sobie sztuki przez snobizm i kabotyństwo, widziałem już masę razy, tylko w bardziej czarującej odsłonie. Nie potrzebuję go po raz kolejny. Dlatego mówię o Allenie, nie spodziewałem się, że włączę go kiedykolwiek jako kontekst do rozmowy o Masłowskiej.

OSz: Mamy tutaj coś takiego: Z metrem sprawa jest higieniczno-epidemiologiczna, nie mieści mi się w głowie, że w tym postmodernistycznym, a właściwie postfizycznym, postrealnym świecie nagle coś takiego. To są zdania niemal żywcem wzięte z niby to ironicznych konserwatywnych wypowiedzi z przestrzeni publicznej. I oczywiście krok dalej mamy przyjaźń przez Facebook, sport na konsoli, seks przez kamerkę, wychowanie dzieci przez Skype’a, martwe ryby w rzekach, martwe ptaki na drzewach, martwe drzewa, hologramy, wakacje w kosmosie, żele antybakteryjne i żele probiotyczne, i żele antyprobakteryjne 2w1. Ruja i porubstwo, strach wychodzić z domu.

MW: Czytasz ten fragment i w bardzo jednoznaczny sposób utożsamiasz to, co mówi narratorka, z głosem Masłowskiej. Miałbym opory wobec takiej analogii, gdyby nie to, że po przeczytaniu książki mam wrażenie, że nie ma w niej nic więcej.

OSz: Ironia wobec współczesnego świata międzyludzkich dziwactw?

MW: Ja chciałbym powiedzieć na koniec, że Dorocie nie wyszło. To jest taka pseudonowa Masłowska, rzekomo po liftingu, jednak niektórym kobietom makijaż szkodzi, mimo że z założenia ma polepszać efekt. Załóżmy, że to jest strefa buforowa między tym, co chce robić, a tym, co robiła. Można tak założyć, ze sporą dozą dobrej woli. I chciałbym w dalszym ciągu móc twierdzić, że jest autorką wybitną.

OSz: To photoshopowanie Masłowskiej w taki sposób, że przypadkiem ucięto jej rękę. Tak jest lepiej? Żartujecie mnie?

 

Dorota Masłowska

Kochanie, zabiłam nasze koty

Noir sur Blanc, 2012

Liczba stron: 160

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”, a wcześniej także „Polisemii”. Autorka książki „Korespondent Witkacy” Publikowała artykuły i recenzje w licznych czasopismach oraz portalach. Zajmuje się podmiotowością w literaturze i kulturze współczesnej oraz kulturą amerykańską. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w najnowszej kulturze. Pisze biografię Marii Kownackiej.
Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.