02.05.16
RECENZJE | 02.05.2016

Dwie twarze Joachima Triera

Niewiele ma współczesne kino tak wyrazistych postaci jak Joachim Trier. Jego twórczość była dotychczas świadectwem depresyjnej epoki Facebooka i dobitną odpowiedzią na nowofalowy postulat ukazywania pokoleniowych trosk oraz namiętności. Gdyby Antoine Doinel żył w XXI wieku, na pewno trapiłyby go problemy bohaterów Reprise. Od początku, raz jeszcze, a gdyby go te problemy przerosły, stałby się kimś podobnym do szukającego śmierci niedoszłego pisarza z Oslo, 31 sierpnia, filmu będącego współczesną interpretacją Błędnego ognika Louisa Mallego. Norweg jest w stanie zrozumieć doniosłość tragedii otaczających go ludzi i bezkompromisowo portretować generację pozbawioną silnych ideałów, które scementowały kilkadziesiąt lat temu pokolenie uczniów André Bazina.

W Głośniej od bomb Trier zmienia norweski na angielski, ale nie zarzuca swojej artystycznej tożsamości. Wciąż jest melancholikiem przyglądającym się własnemu otoczeniu. Tym razem spogląda na dwóch mężczyzn oraz nastoletniego chłopaka postawionych wobec odejścia najbliższej im żony i matki. Nie jest to jednak początkowy etap żałoby, tutaj historia rozpoczyna się kilka lat po tragicznych wydarzeniach, kiedy poczucie straty miesza się z dniem powszednim, a skrywane traumy zaczynają niebezpiecznie mutować w prozie życia. Do trzech bojących się prawdy bohaterów nieprzepracowane krzywdy wracają niczym bumerang i wybrzmiewają dokładnie jak w tytule – głośniej od bomb, z przytłaczającą siłą rażenia.

Trier opowiada swą historię tak, jak robił to zwykle i jak potrafi najlepiej. Zaburza chronologię wydarzeń, a kadry przeładowuje dojmującym smutkiem. Stara się też wyciągać sensy ze zdarzeń pozornie błahych, korzystać z wymownej ciszy i neurotycznych eksplozji swoich bohaterów. Problemy zaczynają się dopiero w momencie, kiedy fabuła przestaje być autentyczna, traci ostrość i powoli okazuje się, że twórca Oslo, 31 sierpnia nie jest w stanie ani opowiadać w oderwaniu od fabularnych schematów, ani ich twórczo wykorzystać. Zrozumienie postaci, które niegdyś stanowiło wielki atut kina Triera, staje się teraz wybiórcze, a kiedy reżyser nie wie już, dokąd brnie jego film i co właściwie chce powiedzieć, chwyta się niepotrzebnych szarż i ze zdyscyplinowanego wizjonera przemienia się w bawiącego się obrazami wizualnego grafomana.

Samotny wdowiec nieradzący sobie w pracy, w łóżku i przy rodzinnym stole oraz zamknięty w sobie szkolny outsider, który nocami namiętnie gra na komputerze albo pisze swoje małe arcydzieło, to postaci sunące u Triera po kolejnych wytartych kliszach fabularnych. Trzaskanie drzwiami, licealna miłość, ignorowanie zatroskanego rodzica czy dialogi po upojnej nocy tak schematyczne, że aż zakrawające na karykaturę, to tylko niektóre przykłady scenariuszowej nieporadności tego filmu. Trier w Głośniej od bomb po raz kolejny udowadnia, że jest znakomitym reżyserem, ale tak słabo napisanej historii nie da się rozegrać na subtelnościach i niedopowiedzeniach, w których Norweg czuje się najlepiej. Wraca więc maniakalnie do scen wypadku samochodowego, opowiada sny bohaterów czy fetyszyzuje detale w imię własnego reżyserskiego kunsztu, a to wszystko czyni jego film raczej pokraczną próbą niż pogłębionym psychologicznie portretem.

Na zupełnie innych obrotach funkcjonuje natomiast opowieść o trzecim z bohaterów. To mąż i ojciec uciekający z domu do łoża kochanki albo w ogóle niecieszącej go już pracy wykładowcy akademickiego, postać ściśle Trierowska, którą reżyser prowadzi z charakterystyczną lekkością, pozwalając sobie przystanąć na kilka ujęć i z dojmującej ciszy wydobywać prawdy o historii tego powoli przegrywanego życia. W tym przypadku estetyzowany smutek kadrów przestaje być li tylko pustym ornamentem, a zaczyna dopowiadać losy mężczyzny granego przez Jesse’ego Eisenberga, aktora, który czuje jak wejść w charakterystyczne dla kina Triera role. Iskrzy więc nie tylko na linii autor–bohater, ale także w pracy z aktorem, a cały epizod wydaje się być kompletny i w pewien sposób zamknięty, oderwany od schematyzmu pozostałych fragmentów filmu.

Te trzy przecinające się nad grobem matki i żony losy są prostą wykładnią możliwości reżysera, który bezkompromisowo oddaje życiowe traumy pokolenia trzydziestolatków i niefortunnie zderza się z uniwersalną, rozpisaną na trzy głosy opowieścią o smutku i przepracowywaniu żałoby. To źle, że Głośniej od bomb powstało właśnie teraz, ale wydaje się, że za kilka lat Norweg podoła o wiele trudniejszym do uniesienia tematom. Na razie jednak Trier i historie nastolatka czy wdowca to połączenie niemalże tak niefortunne, jak Seidl i pochwała mieszczańsko-katolickiej mentalności.

Głośniej od bomb, reż. Joachim Trier, Dania/Francja/Norwegia 2015