• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 24.02.2020
Duże kobiety („Małe kobietki”)
Recenzje | 24.02.2020

Duże kobiety („Małe kobietki”)

W jednym z grudniowych odcinków The Graham Norton Show Tom Hanks podzielił się z widzami pewną teorią: gdy mowa o klasykach tzw. literatury kobiecej, każdy mężczyzna ma trzy książki, których absolutnie nie jest w stanie od siebie odróżnić. „Udaję, że znam Małe kobietki, Jane Eyre oraz Dumę i uprzedzenie. W życiu nie przeczytałem [z nich] ani słowa. Ale udaję, że to zrobiłem. Są urocze!”. 

Nawet jeśli – podobnie jak Hanks – nigdy nie miało się w rękach wydanej po raz pierwszy w 1868 roku powieści Louisy May Alcott, okazji do zetknięcia z tą historią było całkiem sporo. Po siedmiu ekranizacjach i dwóch serialach anime właśnie nadarza się kolejna: wszystko za sprawą Grety Gerwig, która z właściwą sobie energią postanowiła odświeżyć amerykański klasyk. 

Kompendium wiedzy o aktywistkach („Sufrażystka”)

Tytułowe Małe kobietki to cztery siostry March: Jo (Saoirse Ronan), Meg (Emma Watson), Amy (Florence Pugh) i Beth (Eliza Scanlen). Mieszkają razem z dobroduszną i zaskakująco postępową matką, Marmee (Laura Dern) oraz gosposią, Hannah (Jayne Houdyshell). Pan March walczy na wojnie secesyjnej, więc jedynymi mężczyznami, z którymi dziewczęta mają do czynienia na co dzień, pozostają ich sąsiedzi: majętny pan Laurence, jego niesforny wnuk Theodore oraz udzielający mu korepetycji nauczyciel, John Brooke. (W tych rolach kolejno: Bob Odenkirk, Chris Cooper, Timothée Chalamet i James Norton.)

Małe kobietki, fot. mat. prasowe

Gdyby ktoś zapytał bohaterki, kim chciałyby być, kiedy dorosną, Jo bez wahania odpowiedziałaby, że pisarką, Meg – aktorką, Amy – malarką, zaś Beth – pianistką. Oto, gdzie ukryty jest haczyk: w latach sześćdziesiątych dziewiętnastego wieku, kiedy toczy się akcja powieści i filmu, nie było mody na zadawanie takich pytań. Życiowe role przypisywano kobietom odgórnie, o czym dość regularnie przypomina krewniaczkom surowa ciotka March (jak zwykle doskonała Meryl Streep). Jeśli nie odziedziczyłaś fortuny, która pozwoli ci „wykupić” swoją niezależność, jedyna droga ku spokojnemu, dostatniemu życiu – co ważne: twojemu i twoich najbliższych – wiedzie przez małżeństwo. Jak nietrudno się domyślić, wśród panien March znajdzie się czarna owca, której głęboka niezgoda na taki stan rzeczy początkowo utrudni życie, a ostatecznie pozwoli przetrzeć szlaki kolejnym pokoleniom buntowniczek.

Szklanka mleka dla Virginii! (V. Forrester „Virginia Woolf. Opowieść biograficzna”)

W jednej ze scen z ust rozgoryczonej Jo padają następujące słowa: „Prócz serc kobiety mają też umysły i dusze, prócz urody – ambicje i talenty. Mam dość słuchania, że miłość jest ich jedynym przeznaczeniem, mam tego dość”. To, co z dzisiejszej perspektywy może wydawać się naiwne, dla współczesnych Alcott musiało brzmieć całkiem wywrotowo. Z drugiej strony – łatwo przyjąć perspektywę najbardziej zdeterminowanej i wyemancypowanej z sióstr i nie zauważyć, że kobieca wolność mogła przybierać też inne, nieco mniej spektakularne niż pisarska kariera, formy. Przypomina o tym Meg, która – zamiast błyszczeć na światowych scenach – decyduje się wyjść za mąż z miłości (!) i założyć rodzinę. „To, że moje marzenia są inne, nie znaczy, że są nieważne”, z przekonaniem stwierdza tuż przed ślubem. Owszem, jeszcze zatęskni za luksusami, ale ostatecznie nie będzie żałować swojego wyboru.

Małe kobietki, fot. mat. prasowe

Kwestia wyboru powraca w Małych kobietkach jeszcze niejednokrotnie: czy to w kontekście miłosnego trójkąta postaci, czy postaw, jakie w danym momencie siostry względem siebie przyjmują, czy wizji przyszłości, z których prędzej czy później będą musiały wybrać najwłaściwszą. W kwestii proporcji zmienia się stosunkowo niewiele: postać Amy – tradycyjnie budząca najbardziej negatywne emocje – zostaje, owszem, wreszcie potraktowana bardziej po „siostrzeńsku”, z większą dozą wyrozumiałości i szansą na zrozumienie jej motywów. Ale miejsce rudowłosej Beth to wciąż margines tej historii – poza tym, że lubi grać na fortepianie i że w kluczowym momencie jako jedyna wypełnia polecenie matki, co kończy się dla niej tragicznie, trudno powiedzieć o niej coś konkretnego. Albo inaczej: wiele mówi się o niej, ją samą rzadko dopuszczając do głosu. Najwięcej ekranowej przestrzeni wypełnia oczywiście charyzmatyczna Jo – jej absolutne oddanie pisarstwu, burzliwa przyjaźń z Theodorem, życie na własny rachunek w Nowym Jorku oraz ewoluująca w czasie znajomość z poznanym już tam profesorem, Friedrichem Bhaerem (Louis Garrel, do którego, otoczona fankami Chalameta, wytrwale wzdychałam w pojedynkę). 

Spośród aktorek młodego pokolenia najczęściej na ekranie pojawia się ulubienica Grety Gerwig, Saoirse Ronan – od początku do końca jednakowo buńczuczna. Watson tworzy postać o wiele spokojniejszą i rozsądniejszą, ale bez wątpienia dojrzewającą najszybciej. Największą przemianę przechodzi Amy (za sprawą Pugh każdy etap tego procesu wypada równie przekonująco) – jak się okazuje, dzieliła pragnienia obu sióstr, ale życie w cieniu przebojowej Jo do pewnego momentu skutecznie uniemożliwiało jej rozwinięcie skrzydeł. 

Małe kobietki, fot. mat. prasowe

Małe kobietki to – podobnie jak Lady Bird (także z Ronan w roli głównej) – film z gatunku coming-of-age. Nawet jeśli adaptowanie dzieła literackiego ograniczyło pole możliwych eksperymentów i przeformułowań, nie wykluczyło ich całkowicie. Gerwig postawiła więc na rozluźnienie sztywnych ram kostiumowej opowieści i zadbała, by realia obyczajowo odległej epoki (oraz wynikające z nich przeszkody czy dylematy), wydały się współczesnym odbiorczyniom choć trochę bardziej zrozumiałe. Przynoszącą efekty pracę na rzecz zmniejszenia dystansu widać chociażby w świetnej scenie tańca Jo i Theodore’a, lub w tej, gdy szaleje z Friedrichem, na czymś w stylu dziewiętnastowiecznej zabawy tanecznej. Sposób kadrowania, montaż, muzyka, wszystko pulsuje energią, której zwykle nie spodziewamy się po tego rodzaju produkcjach. Reżyserka udowadnia, że sprawnie radzi sobie nie tylko z samą fabułą i jej bohaterkami/bohaterami, ale też z tworzeniem klimatu. Jeśli, zgodnie z książkowym pierwowzorem, ma być wzruszająco – jest, jeśli ma być beztrosko – jest, jeśli ma być romantycznie – niech będzie i tak. Ale gdy tylko żywioł młodości może dać o sobie znać, Gerwig czym prędzej wydostaje go spod falban, gorsetów i fraków. Pozwala bohaterkom się wyszaleć, pozwala im popełniać błędy, dojrzewać i szukać własnej drogi. 

A jednak, zapytana o swoje wrażenia, w pierwszym odruchu mam ochotę stwierdzić, że to wszystko jest, w istocie, „urocze”. Coś sprawia, że nawet znając tę opowieść, nie mogę się pozbyć pobłażliwości, która wybrzmiała także w dowcipie Toma Hanksa. Dlaczego tak się dzieje? Najwyraźniej opowiedzenie o siostrach March innym, nieco uwspółcześnionym językiem nie wystarczy, by na problemy Małych kobietek spojrzeć jak na problemy dużych kobiet. Może ich historia to już, mimo wszystko, zamknięty rozdział. Może żeby naprawdę kogoś poruszyć, trzeba by stworzyć siostry March 2.0 i opowiedzieć o tym, co im się przytrafia tu i teraz.