jureczek
RECENZJE | 15.02.2016

Drybling Pilcha

Kto uważnie czyta Jerzego Pilcha, ten wie, że jego literatura karmi się biografią, że istotą tej prozy są napięcia pomiędzy życiem pisarza, a mitem, który tworzy na swój temat. Szczególnie ostatnie jego książki – dwa tomy dzienników, „luterski kryminał” Wiele demonów i dziwna, ciemna, pisana zrywami powieść pt. Zuza albo czas oddalenia – kreują ów mit życiorysu, w którym autor im więcej odsłania, tym bardziej zaciemnia, przeinacza i mitologizuje.

W Drugim dzienniku na łamach „Tygodnika Powszechnego” pisał: Modyfikuj i wzbogacaj, inaczej nie dasz rady. Nieodparta potrzeba przerabiania własnego i bliźnich życia – motor twórczości, motor wszystkiego. (…) Świat jest praktycznie jednym wielkim kiczem i banałem, jest kreacją niechlujną, mulistą i obraźliwą. Chciałby być dobrze napisanym opowiadaniem – daremne nadzieje, jest bazgraniną i bełkotem, opowieścią sklerotyka, plagiatem plagiatu, pieśnią analfabety, o błędach rzeczowych nie wspomnę. Koryguj, upiększaj, dramatyzuj, ile dasz rady.

Pilch powołał zatem do życia literackie uniwersum, w którym on jest panem i władcą, on ma demiurgiczną władzę narratora, pozwalającą na dowolne przeobrażanie realnych postaci i zdarzeń w postaci i zdarzenia literackie – w ten sposób prosty wiślański listonosz zostaje prorokiem i cudotwórcą (Wiele demonów), a zwyczajny pijak artystą spirytualiów (Tysiąc spokojnych miast) albo księciem nieuchwytności (Pod Mocnym Aniołem) życie płynnie przechodzi w literaturę i odwrotnie.

Jak było naprawdę? Pilch pewnie zacytowałby tu swojego ojca, który po niezapowiedzianej trzydniowej nieobecności wracał do domu i na pytanie żony: „Gdzieś był?” odpowiadał: „Nigdy się nie dowiesz.”. No właśnie, czy nigdy się nie dowiemy?
Zawsze nie ma nigdy, ogłoszony właśnie w Wydawnictwie Literackim tom rozmów Jerzego Pilcha z Eweliną Pietrowiak, niesie w tej kwestii pewną obietnicę – to pierwsze zaproszenie kogoś z zewnątrz do środka Pilchowej twierdzy. Warto pomyśleć, dlaczego wywiad rzeka z autorem Wielu demonów ukazuje się tak późno, pisarz musiał przecież otrzymywać podobne propozycje dużo wcześniej. Oczywiście – Pilch wciąż ma tu władzę nad słowem, wciąż może nas więzić w swoich długich zdaniach, uwodzić szyderczym dowcipem i szafować anegdotami. Jego przewagą jest także doświadczenie – po tylu latach na rynku literackim można już Pilcha nazywać weteranem wywiadu (niektórzy miłośnicy pisarza mówią, że mniej niecierpliwie czekają na jego kolejne książki, niż na ukazujące się przy ich okazji wywiady prasowe).

Książka zaczyna się od wyznania miłości do literatury, a kończy na heretyckim wyznaniu wiary w Pana Boga. W pierwszych zdaniach wywiadu Pilch mówi o swojej bibliotece, maniakalnym nawyku gromadzenia książek i upychaniu ich na coraz ciaśniejszych półkach, w ostatnich – o chorobie Parkinsona jako znaku obecności Boga w swoim życiu. Klamra dobra i nagrody godna, jak by powiedział Pan Naczelnik z Tysiąca spokojnych miast. Dobra, bo trafna – Bóg i literatura to przecież tematy powracające w niemal każdej książce Pilcha. Dla porządku dodajmy, że w Zawsze… jest jeszcze osobny rozdział o piłce nożnej. A zatem Bóg, książki i piłka nożna – Pilchowa święta trójca pozostaje nienaruszona.

 

Sztuczki techniczne
Jerzy Pilch jest, mówiąc piłkarskim żargonem, lisem pola karnego. Zawodnikiem w typie Gerda Müllera albo Filippo Inzaghiego, czyhającym na dobre dośrodkowanie i bezlitośnie wykorzystującym każdą sytuację podbramkową. Przeprowadzający rozmowę może więc obrać dwie taktyki: albo grać w jednej drużynie z Pilchem, podawać mu dobre piłki pozwalając na zdobywanie efektownych bramek z wolejów i przewrotek, albo wystąpić w barwach przeciwnika i wejść z pisarzem w drybling. To drugie nie jest łatwe – Pilch jest znakomicie wyszkolony technicznie – niektórym jednak się udaje.

Wystarczy przeczytać pierwszych kilka stron Zawsze nie ma nigdy, żeby przekonać się, że pytająca i pytany grają w jednym teamie. I grają pięknie, ale jak gdyby do pustej bramki.

Po kolejnej bramce Pilcha z podania Pietrowiak, trochę przez znużenie, a trochę celem porównania, ściągnąłem z półki zbiór wywiadów świętej pamięci Barbary N. Łopieńskiej Męka twórcza. Jakież olśnienie! Starczy powiedzieć, że rozmowę z prof. Marią Janion rozpoczyna Łopieńska od stwierdzenia: Niektórzy mówią, że jest Pani czarownicą (niedługo potem pada fundamentalne pytanie: Czy napisze Pani Profesor coś o świniach?), a Piotra Wierzbickiego, niegdysiejszego redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” pyta na wstępie, czy gdyby miał pójść na kolację (z wódką), to wolałby towarzystwo Adama Michnika czy ojca Rydzyka. W zbiorze Łopieńskiej znajduje się także rozmowa z Pilchem i, trzeba powiedzieć, jest to wywiad mistrzowski. Pierwsze pytanie: Kiedy pytałam różnych ludzi, o czym z Panem rozmawiać, wszyscy mówili: Jak to o czym? O piciu i kobietach. Uważam, że to naprawdę beznadziejne. (…) Umawiamy się, że o tym nie mówimy. Mamy więc momentalne wejście w słowny drybling, w którym Łopieńska nie ustępuje Pilchowi ani na chwilę, nie daje się zwieść sztuczkom technicznym. Prowadzi z nim ciekawą i inteligentną rozmowę o pierwszych zdaniach powieści, by zaraz potem spytać, czy zwykle popełnia samobójstwo przed czy po piętnastej.

Oczywiście – wywiad rzeka jest czym innym niż wywiad prasowy, nie można prowadzić przez kilkaset stron retorycznych pojedynków, trzeba dać wytchnienie rozmówcy i czytelnikowi, pozwalać, kiedy ma to uzasadnienie, na dłuższe monologi. Ewelina Pietrowiak rozmawiając z Pilchem zbyt rzadko wchodzi z nim w drybling, często za to zadaje pytania dość  banalne, podobne do otwartych tematów szkolnych wypracowań. Cały czas podaje Pilchowi piłki, nie wszystkie jednak są na tyle dobre, żeby mógł z nich strzelić efektownego gola (kiedy rozmowa nieco siada Pietrowiak pyta na przykład, jaki Pilch ma pogląd na karę śmierci). O ile pytania o układanie książek na półkach, rytuały związane z czytaniem i pisaniem albo detaliczne opisanie biurka pisarza mogą być jeszcze ciekawe dla czytelnika, o tyle zaglądanie do szafy Pilcha celem przyjrzenia się rozlokowaniu koszul, spodni i skarpetek jest już lekką przesadą. Rozumiem konwencję „Jerzy Pilch intymnie”, ale miejscami rozmowa ta zdaje się dryfować w kierunku stylistyki telewizji śniadaniowej albo kolorowej prasy kobiecej (Jakie są sposoby na poderwanie kobiety?, Jakie kobiety są w Twoim typie?, Liczyłeś, ile kobiet miałeś w życiu?). Osobliwe, że tematy, które nie interesowały Barbary Łopieńskiej wcale, Ewelinę Pietrowiak interesują szczególnie.

Rezultat końcowy
Trzeba jednak powiedzieć, że w ostatecznym rozrachunku wszystkie walory Pilcha jako rozmówcy – ironia, dowcip, wielki narracyjno-facecjonistyczny talent – zostają w tej książce w którymś momencie wydobyte. Fani autora Spisu cudzołożnic raczej nie będą po jej lekturze zawiedzeni. Dostajemy dożylną dawkę Pilcha – garść opowieści środowiskowych, portretów przyjaciół pisarza (niemal w każdym rozdziale pojawia się Marian Stala albo Tadeusz Słobodzianek; padają ciepłe słowa pod adresem Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza), odmalowanie atmosfery Krakowa lat 80., historię ewangelicko-cieszyńskich korzeni pisarza, a także – to bardzo ważny element Zawsze nie ma nigdy – mnóstwo niepublikowanych dotąd zdjęć z prywatnych zasobów. Udaje się Ewelinie Pietrowiak w kilku momentach wydobyć z Pilcha pokłady szczerości, szczególnie gdy opowiada o swoim ojcu, alkoholizmie i chorobie Parkinsona. To kilka naprawdę dobrych fragmentów tej rozmowy.

Wywiad rzeka Eweliny Pietrowiak nie ma ambicji demistyfikacyjnych, nie stara się też wyjaśnić głównego dysonansu Pilchowej prozy – podwójnej gry pisarza, pomieszania świata fikcyjnego ze światem realnym, nieodpartej potrzeby przerabiania własnego i bliźnich życia. Na to będziemy musieli zapewne poczekać do mającej się ukazać w tym roku biografii Pilcha autorstwa Katarzyny Kubisiowskiej.

PS Gdy skończyłem czytać Zawsze nie ma nigdy, być może przez intuicję kolorystyczną (obie książki mają jaskrawożółte okładki), przeczytałem jeszcze raz tom rozmów László Szigetiego z Bohumilem Hrabalem, które ukazały się pod wspólnym tytułem Drybling Hideigkutiego.

Hideigkuti, przypomnijmy, był węgierskim piłkarzem, który w obfitym w epokowe zdarzenia roku 1953 strzelił Anglikom hat-trick na Wembley. Oto jak Hrabal tłumaczył dziwny tytuł tych wywiadów:

Spostrzegłem, że ten chaos zaczyna mieć sens od chwili, kiedy wspominam o dryblingu Hidegkutiego, że tak naprawdę cała ta rozmowa to drybling na chustce do nosa, że ten drybling pana Hidegkutiego przezwycięża nie tylko semantyczny chaos pytań, ale i moich odpowiedzi, że pewne braki tej rozmowy stają się zabawą z czytelnikiem (…) I dlatego zatytułowałem to „Drybling Hidegkutiego”, aby złożyć podziękowanie i hołd panu Hidegkutiemu, który potrafił w taki sposób uniezwyklić mecz piłkarski za pomocą technicznych sztuczek z piłką na małym kawałku boiska, że nie tylko rywalom, ale przede wszystkim widzom zapierało dech…

Tak było.

 

Zawsze nie ma nigdy. Jerzy Pilch w rozmowach z Eweliną Pietrowiak,

Wydawnictwo Literackie, 2016

Liczba stron: 260