Marquee_LeagueUp_alt_598cedc92629e1.10497843
RECENZJE | 20.11.2017

(DRUGA) LIGA SPRAWIEDLIWOŚCI

Klasyczne opowieści superbohaterskie powinny być w stanie obudzić dziecko w dorosłym. Po Lidze sprawiedliwości czułem się jak bardzo stary, zgorzkniały człowiek. Filmy o superherosach powinny pomóc w ucieczce od codziennych problemów. Podczas Ligi sprawiedliwości chciałem uciec z sali kinowej.

 

Plan dziesięcioletni

Artystyczną porażkę Ligi sprawiedliwości możemy rozpatrywać w kategoriach porażki produktu. Ja jednak wolę traktować ją jako klęskę modelu biznesowego. Bo przecież tworzenie „kinowego uniwersum” – czyli rozpisywanie całego systemu powiązanych ze sobą filmów niebędących swoimi wzajemnymi, bezpośrednimi kontynuacjami – to stosunkowo nowy pomysł. I wyjątkowo ryzykowny, bo żeby premiery kolejnych obrazów nie były od siebie przesadnie oddalone, filmy muszą być preprodukowane i kręcone równolegle.

Tu nie ma miejsca na bezpieczne rezygnowanie z szóstej części Piratów z Karaibów na wypadek, gdyby piąta nie wyszła. Kinowe uniwersum musi działać jak dobrze naoliwiona maszyna: terminy mają być dopięte na ostatni guzik, a filmy powinny ze sobą korespondować.

Tak wygląda teoria. Teoria, która od lat sprawdza się w przypadku kinowego uniwersum Marvela. Oczywiście ono też miewało problemy i perturbacje, ale ta wypuszczająca po trzy wysokobudżetowe filmy rocznie machina jest już tak rozpędzona, że wytwórnia może sobie pozwolić na wiele: od odważnych zabaw formalnych czy gatunkowych po wrzucanie milionów dolarów w filmy o trzecioplanowych superbohaterach, których nie zna nikt poza garstką czytelników komiksów.

Cześć, jestem Batman

Takiego luksusu nie mają konkurenci Marvela, czyli wydawnictwo DC Comics i wytwórnia Warner Brothers – właściciele praw do postaci Batmana, Supermana, Wonder Woman czy Jokera. Oni swój pierwszy film wypuścili wtedy, kiedy konkurencja była już po siedmiu produkcjach kinowych i jednym sezonie telewizyjnego serialu. Trzeba się więc było spieszyć, żeby nadrobić zaległości. Efektem tego pośpiechu jest Liga sprawiedliwości – urodzone w bólach dziecko dwóch reżyserów (którzy wcale ze sobą nie współpracowali) i dwóch scenarzystów (jw.).

Założenie filmu jest równie proste, co w przypadku Avengersów z 2012 roku: bierzemy kilka ukochanych postaci i pozwalamy im się spotkać. Scenariusz ma za zadanie wytworzyć między nimi chemię, konflikty i przyjaźnie, a zespół od efektów specjalnych musi efektownie zderzyć ich moce.

W Lidze sprawiedliwości światu zagraża bardzo zły Steppenwolf, który jest bardzo zły i zagraża światu. Naprawdę, niewiele więcej można powiedzieć o jego roli w scenariuszu, ale umówmy się: przecież to nie dla Steppenwolfa tłumy fanów pójdą do kina. I to nie o Steppenwolfie będą opowiadały kolejne produkcje należące do uniwersum.

Film od pierwszych scen skupia się na członkach tytułowej Ligi, bezwstydnie atakując nas mniej lub bardziej siermiężnymi scenami ekspozycyjnymi. Momentami nudnymi, momentami niezamierzenie śmiesznymi. Każdy z bohaterów dostaje po kilka minut czasu ekranowego, żeby opowiedzieć coś o sobie lub o intrydze. Te pierwsze momenty filmu nie wynikają z siebie nawzajem i do tego stopnia nie są wpisane w strukturę scenariusza, że jeśli by je pozamieniać miejscami, to nikt by nie zauważył.

Pierwszy akt filmu – na szybko odhaczający kolejne ekspozycje – to właśnie konsekwencja tego, że wytwórnia nie zdążyła przedstawić wszystkich bohaterów w ich własnych, solowych filmach. Marvel w pierwszych i drugich Avengersach od razu przechodził do rzeczy, bo zakładał, że widz poprzednie obrazy zna. DC marnuje jakieś pół godziny na to, żeby zarysować nam, kto z kim i dlaczego. Dodajmy zresztą, że dość nieudolnie – konia z rzędem temu, kto bez znajomości komiksów ogarnął, o co dokładnie chodzi w wątku Atlantydy.

 

justice-league-poster

 

Dajcie im pogadać

Wydaje się, że największą ofiarą bałaganu towarzyszącego produkcji stał się scenariusz. Choć jesteśmy w stanie wyszczególnić w nim trzy akty, to jednak Liga… trzyma się “na ślinę” – zarówno w ramach uniwersum, jak i jako samodzielny film. Historia ma gigantyczne dziury, jest straszliwie leniwa, a prześmiesznych nielogiczności nawet nie próbuje tłumaczyć. Nikt nawet nie udaje, że cokolwiek w tym scenariuszu ma jakikolwiek sens. Historia jest tylko po to, żeby przechodzić od jednego zwrotu akcji do kolejnego, a ty żryj, widzu, popcorn i nie narzekaj.

Przyznać jednak trzeba, że nasi bohaterowie – choć zarysowani grubą krechą – są barwni i wyraziści, a każdy z nich ma swoją rolę – zarówno w drużynie, jak i w opowieści. Do tego wcielają się w nich zupełnie przyzwoici aktorzy. Najlepszymi momentami Ligi… są zatem te, w których scenariusz daje postaciom trochę pooddychać. Te, w których superbohaterowie się ze sobą ścierają, żartują, przekomarzają, piją i kłócą.

Co robi scenariusz z tym potencjałem? Marnuje go, rzecz jasna, bo przynależność gatunkowa obliguje twórców do wypełnienia filmu kilkudziesięcioma minutami okropnych scen akcji, paskudnymi greenscreenowymi tłami i żałosnymi potworkami z komputera.

Problem ze scenami akcji we współczesnym kinie superbohaterskim polega zresztą na tym, że w coraz mniejszym stopniu są w stanie zaskoczyć widza. Tylko w przeciągu ostatniej dekady trykociarskich filmów kinowych powstało około siedemdziesiąt. Jeśli do tej liczby dodamy filmy animowane, produkcje telewizyjne i seriale, może się okazać, że “wszystko już było”.

Ba – nawet moce bohaterów powtarzają się pomiędzy filmami. Dla przykładu: w Lidze sprawiedliwości oglądamy superszybkiego Flasha. Dokładnie ta sama postać ma swój własny serial w telewizji, a bohater ze zbliżonymi umiejętnościami pojawił się w filmach na podstawie komiksów Marvela wielokrotnie, i to w dwóch wersjach.

Ile scen akcji opartych na szybkim bieganiu można wymysleć? Pewnie dużo, ale żadna scena z Flashem w Lidze… nie sprawiała wrażenie szczególnie kreatywnej. To zdanie dotyczy zresztą każdej sceny akcji w filmie.

 

 

Chłopacy się ślinią

Aktorsko najlepsi są Gal Gadot w roli Wonder Woman i Henry Cavill jako powracający zza grobu Superman (jeśli ktoś myśli, że to spoiler, to niech obejrzy przedpremierowe wywiady z twórcami filmu, którzy sami śmieszkują z tego, jaką “tajemnicą” okryte jest zmartwychwstanie Człowieka ze Stali).

Cavill po raz pierwszy ma okazję udowodnić, jakim jest świetnym Supermanem. Facet sprawdza się w dwóch wcieleniach – zarówno jako zły Kal-El, którym jest przez chwilę, jak i jako ten harcerzykowaty, mocno czerpiący z ról Christophera Reeve’a i George’a Reevesa – aktorów grających tę samą postać w poprzednim stuleciu. W Lidze sprawiedliwości nie ma już miejsca na kosmitę w depresji, którym Superman był w poprzednich filmach uniwersum. Tu dostajemy pewnego siebie, uśmiechniętego półboga, który zrobi wszystko, by uratować życie niewinnych, robiąc przy tym frajerów ze swych przeciwników.

Gal Gadot z kolei to jedna z tych aktorek, które braki warsztatowe nadrabiają toną charyzmy i uroku osobistego. Ona w tym filmie nie ma czego grać, a i tak jest najlepsza. Szkoda tylko, że – reżyserowana przez dwóch facetów – zmuszona jest co i raz eksponować biust odsłonięty przez BARDZO głębokie dekolty i pośladki odziane w BARDZO obcisłe spodnie. Nadmiernej i niepotrzebnej seksualizacji Wonder Woman udało się uniknąć Patty Jenkins w solowym filmie z jej przygodami. Panowie Snyder i Whedon w bardzo żenujący sposób wykorzystują fakt, że mają w tytułowej drużynie kobietę.

 

Bóle porodowe

Nie, Liga Sprawiedliwości to nie jest dobry film. Jest głośny, męczący i nie ma większego sensu. Cieszę się jednak, że powstał. Mam bowiem nadzieję, że kiedyś – za dziesięć, piętnaście czy dwadziescia lat – ktoś postanowi odtajnić kulisy powstania Ligi…

Chciałbym, żeby twórcy blockbustera opowiedzieli nam kiedyś o tym całym chaosie: o nagłej i nieoczekiwanej zmianie reżysera i koncepcji na niemal gotowy film, o przerabianiu wizualiów i pewnie połowy scenariusza na kilka miesięcy przed premierą. O ściąganiu aktorów na plan w celu zrobienia gigantycznych i drogich dokrętek. I o słynnych wąsach Henry’ego Cavilla, których aktor nie mógł zgolić, bo zabraniał mu tego kontrakt z inną wytwórnią. Trzeba je więc było wymazać komputerowo, co kosztowało dodatkowe pieniądze.

Historia tego kilkusetmilionowego, koślawego produktu to doskonały materiał na artykuł, dokument lub książkę będącą obfitym źródłem informacji na temat kondycji Hollywood A.D. 2017.

A może to nawet materiał na wzruszającą i inspirującą fabułę o drugoligowcach, którzy histerycznie próbują załapać się do pierwszej ligi.

Bartek Przybyszewski

Bartek Przybyszewski

(ur. 1987) – wchłania sporo popkultury, przede wszystkim w postaci komiksów (głównie europejskich), filmów (głównie amerykańskich) i płyt (głównie niepolskich). W wolnych chwilach pisze i rysuje komiksy. Admin fanpage’a Bardzo złe filmy. Parę lat temu zrobił licencjat z andragogiki i nie chce mu się robić magistra.