bajkimisiafisia
RECENZJE | 14.04.2014

Dorysuj resztę lwa

Dostałam Fisia, a dokładniej – dostałam w prezencie książkę dla dzieci. A że dostałam ją odwróconą do góry nogami, przez chwilę myślałam, że to książka dla dorosłych (sami sobie zobaczcie okładkę). Ale nie dlatego ją przeczytałam. Raz. Dwa razy. Trzy i pięć.

Bajki Misia Fisia Wojciecha Bonowicza i Bartka „Fisza” Waglewskiego to najpiękniejsza książka, jaką w ostatnim czasie czytałam. Książka o poezji i o upośledzeniu. Upośledzenie jest wyjątkiem od jakiejś reguły, innością, specyficznością, na którą Misiu zwraca uwagę w swoich bajkach. Co do poezji – można zastosować tę samą definicję. Inność i poezja to jest mniej więcej to samo.

Bajki Misia Fisia to nie tylko takie małe historyjki, małe prózki, ale przede wszystkim – pojedyncze słowa. Jeśli, czytając Misia Fisia, doznacie nagłego olśnienia i wyda wam się, że czytacie wiersze Krystyny Miłobędzkiej – nie będzie to zupełnie mylne wrażenie. Książeczka, choć zakłada niecierpliwość małego odbiorcy, ma kontemplacyjny charakter. Doskonałe rysunki „Fisza” nie odwracają uwagi od tekstu, nie są też po prostu jego ilustracjami. Książka ma pobudzić wyobraźnię i zachęcić do interpretacji. Dlaczego na krawędzi strony narysowane są w rzędzie wystające czapeczki i czerwone pomponiki, skoro „bajka” jest o jabłuszku, którego nikt nie chciał? I dlaczego na stronie nie zmieściły się dzieci, skoro są ich czapeczki?

Miś Foremka, czyli narrator całego zbiorku, który jest skrybą tytułowego Misia Fisia, przemyślenia zbiera w krótkie opowieści, bo zna swoich odbiorców i wie, że ci mogliby się zniecierpliwić. Ale traktuje ich bardzo poważnie.

Wydaje mi się, że z książkami takimi jak Misiu Fisiu przychodzi do nas kultura książki pięknej. Piękna książka to taka, którą chce się trzymać w dłoni. Taki jest też Misiu Fisiu – ma miłą okładkę oraz przemyślaną w każdym szczególe szatę graficzną. Zarówno teksty, jak i ilustracje wymagają interpretacji, zwracają uwagę na niejednoznaczność słowa i obrazu, uczą refleksji. Ważna jest tutaj wrażliwość na samo słowo, które zostaje odpowiednio podkreślone, uwypuklone lub – co chyba jest największą zaletą tej książki – postawione w odpowiednim otoczeniu: czasami w samotności, innym razem w kontekście. Wszystko tutaj znaczy, zarówno kolor, jak i krój czcionki. Właśnie dlatego, kiedy czytam Fisia, myślę o rozrzuconych po tomikach wierszach Miłobędzkiej. Tych, które istnieją jakby trójwymiarowo, wychodzą poza płaszczyznę strony i podejmują grę z przestrzenią. Słowo naprzeciw przestrzeni – tak nazwałabym Misia Fisia. Tę przestrzeń komponuje Waglewski. Bardzo często pozostawia ją jakby pustą, niedopowiedzianą, nienachalną, nienarzucającą się. Misia Fisia można otworzyć w dowolnym miejscu po to tylko, żeby napawać się samym uczuciem kartkowania książki i patrzenia na pojedyncze słowa.

Misiu Fisiu to książka pełna szczegółów, choć w żaden sposób nimi nieprzeładowana. Nie jest to jedna z książeczek na spostrzegawczość, takich, w których ilustracje można się wpatrywać godzinami i odkrywać wciąż nowe elementy. Tutaj elementów jest kilka. Tym, co przyciąga, jest inność, dziwność, małe wariactwo, czyli „fiś”. Widoczny również na poziomie tekstowym. Wyodrębnione w Fisiu słowa przykuwają uwagę w takim samym stopniu, jak ilustracje.

Czy dzieci potrzebują rzeczy ładnych? Zadaję to pytanie w kontekście niedawnej dyskusji wokół książek dla dzieci. Roztrząsano dofinansowaną przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego Pierwszą Książkę Mojego Dziecka, którą Joanna Olech nazwała również książką ostatnią. Abstrahując od wieku odbiorców, sądzę, że nie o „ładność” tutaj chodzi, ani nawet nie o same kompetencje estetyczne. Trudno odmówić znaczenia akcji Cała Polska czyta dzieciom, trudno nawet jednoznacznie powiedzieć, że Pierwsza Książka Mojego Dziecka jest zła. Chodzi raczej o to, że organizator tych przedsięwzięć, Fundacja ABCXXI, powinien sobie zdawać sprawę z tego, że utrwala pewne wzorce. Nie tylko zapełnia przestrzeń, która do tej pory pozostawała pusta, ale wyznacza standard. A standard nie powinien brzmieć: czytajmy dzieciom cokolwiek. Czytajmy, byle czytać. Oczywiście lepiej czytać dzieciom Pierwszą Książkę Mojego Dziecka niż nic, jednak taki argument w ogóle nie powinien paść w tej dyskusji. Słusznie zatem o małych odbiorców upomniało się środowisko artystyczne.

W tym kontekście przypomina mi się jeszcze anegdota opowiedziana przez Dorotę Masłowską podczas Festiwalu Conrada, o tym, że jej córeczka ma zaopatrzoną w nagranie książkę, która „sama się czyta”: Masz książkę, naciskasz odpowiedni guzik i książka sama się czyta. Zaletą Bajek Misia Fisia jest to, że z całą pewnością nie czytają się same. Są czasami zabawne, ale przede wszystkim – wymagają komentarza rodziców. Jest to więc książka do rozmawiania. Ilustracje Waglewskiego często wychodzą poza ramy strony, dość przywołać tutaj rysunek lwa: widoczny jest tylko ogon. W tym miejscu (rysując ogon zamiast lwa) Waglewski spotyka się z Bonowiczem. Zarówno ilustracje, jak i same bajeczki nie wyczerpują się w tym, co napisane i narysowane, a zachęcają do obudowania ich własną historią, czyli – do dorysowania reszty lwa. Z lwa jest ogon. Z chłopca – pompon od czapki. Wszystko jakoś wybrakowane. Lecz właśnie o ten brak chodzi, brak, który jest w każdym z nas.

Misiu Fisiu to miś niejednoznaczny. Ma smutną minę, choć potrafi stać na jednej ręce i wygląda bardzo śmiesznie, jak każdy, kto się zamyśli. Jeśli będziemy dzieciom czytać takie książki, możemy być pewni, że wychowamy sobie przyszłych czytelników poezji. A także – wrażliwych ludzi.

Kto czytał najnowszą książkę poetycką Bonowicza – Echa – bez trudu dostrzeże, że Bajki Misia Fisia nie są jedynie dodatkiem do całej twórczości poety, lecz jej integralną częścią. Zarówno w Echach, jak i w Misiu Bonowicz uczy wrażliwości na to, czego nie ma. Już nie ma albo nigdy nie było, choć myślimy, że było. Echa charakteryzuje specyficzny stosunek do czasu. Jest to poezja umocowana w przeszłości. Stąd wyjątkowy status dzieciństwa, które nie jest wyłącznie czasem niewinności i nieświadomości, lecz i czasem, w którym załamaniu ulega poczucie harmonii świata. W tym sensie Misiu Fisiu jest bardzo bliski poezji autora Pełnego morza, uczy wrażliwości na niedoskonałość, jakąś niecałość.

Prywatnie pytam więc Wojciecha Bonowicza: Kiedy zakończyło się twoje dzieciństwo? A on odpowiada: Już ci mówiłem. Kiedy dowiedziałem się o Oświęcimiu. Miałem wtedy sześć lat. Zaraz jednak dodaje: …ale teraz je sobie nadrabiam, przynajmniej od dwudziestu lat. Oczywiście dodaje to tylko po to, żeby było weselej, czyli – lżej, bo nie tak miała się zakończyć rozmowa o Misiu Fisiu.

 

Wojciech Bonowicz

Ilustracje: Bartek „Fisz” Waglewski

Bajki Misia Fisia

Znak emotikon, 2012

Liczba stron: 48