strzelec3
ARTYKUŁY | 03.12.2012

Do kogo należy bohater literacki?

Z pewnością każdy, kto chociaż raz przywiązał się do bohatera literackiego, musiał zmierzyć się z faktem, że kolejna książka rujnowała jego przyjaźń z daną postacią, ukazywała cechy charakteru, o których wcześniej nie wiedział, albo – napisana przez innego autora – podważała dotychczasowe funkcjonowanie bohatera w dobrze znanym i oswojonym świecie przedstawionym.

Problem ten dotyczy głównie powieści wpisujących się w cykl bądź serię, ale wiadomo, że właśnie takie książki cieszą się największym powodzeniem czytelników. Literatura gatunków jest bowiem najchętniej czytana, a w kryminale czy thrillerze najłatwiej umieścić postać, do której można wracać bez konieczności szczególnej gimnastyki fabularnej, wyjaśniającej, dlaczego autor nie chce się z daną postacią rozstać. Dosyć często zdarza się, że czytelnik kocha bohatera bardziej niż autor, który powołał go do życia. I wówczas rozpoczyna się dosyć trudny proces negocjacji między szaleństwem, które chce popełnić twórca (jak np. uśmiercenie postaci w ostatniej książce), a czytelnikiem – pragnącym kosztem ostatecznego efektu literackiego utrzymać swojego bohatera w dobrym zdrowiu. Odbiorca woli na ogół, aby na ostatniej stronie bohater szedł plażą ku zachodzącemu słońcu, a nie osuwał się na chodnik po ciosie zadanym w samo serce.

Literatura zna wiele przypadków, gdzie czytelnicy wyruszali na wojnę z autorem albo prośbą czy groźbą domagali się określonych rozwiązań fabularnych. W ostatnich latach na naszym podwórku skrajne emocje czytelniczek wzbudzała choćby Małgorzata Musierowicz (autorka słynnego poznańskiego cyklu Jeżycjada, w ramach którego 3 października ukazała się kolejna część – McDusia). Kontynuowanie serii powieści dla młodzieży, którą autorka zainicjowała w 1977 roku, jest nie lada wyzwaniem, zważywszy na fakt, że wielbiciele pierwszych części ciągle domagają się skupienia na córkach Borejków, a one – jako ponad 40-letnie kobiety – nie mogą być już pierwszoplanowymi postaciami serii pisanej dla nastolatków. Trudno, żeby bohaterką powieści inicjacyjnej była kobieta po przejściach. Nie zawsze jest to – mimo wszystko – argument wystarczający do odparcia ataków spragnionych opowieści o Polsce lat 70. i 80., wygłodniałych i, rzecz jasna, roszczeniowo nastawionych czytelników. Musierowicz niejednokrotnie mówiła, że fani również wskazują jej błędy, mają pretensje o zmiany w charakterystyce postaci albo domagają się określonych rozwiązań fabularnych. Nastoletni czytelnicy nie chcą dystansować się wobec swoich ulubionych bohaterów, dlatego reagują bardzo emocjonalnie i często czują się przez autorkę oszukani, a nawet zdradzeni.

Co jednak zrobić, gdy autor niespecjalnie przejmuje się uczuciami czytelników i wbija im nóż w plecy na ostatniej stronie finalnej powieści cyklu? Można powiedzieć, że tak właśnie postąpił Henning Mankell, który w ostatnim akapicie Niespokojnego człowieka zrzuca na czytelników bombę i nie daje nawet kilku kolejnych stron na oswojenie się z doznanym wstrząsem. Cykl Mankella dowodzi, że osiemnaście lat (uwzględniając przerwę między Zaporą a Niespokojnym człowiekiem) spędzonych z jednym bohaterem jest porównywalne do życia w komunie z człowiekiem, którego nie zawsze lubimy i na którego jesteśmy skazani w imię wyższych celów. Pisarz w ostatnich wywiadach dobitnie podkreślał, że nie lubi Kurta Wallandera i gdyby spotkali się przy jednym stole, doszłoby do awantury. Pytanie: skąd takie skrajne emocje? Przecież z perspektywy czytelników Wallander jest kimś w rodzaju drugiej skóry Mankella – są w tym samym wieku i w takim samym stopniu niepokoi ich przyszłość szwedzkiego społeczeństwa oraz tempo zmian, które zaszły w ostatnich dwóch dekadach. Sądzilibyśmy, że panowie powinni się zaprzyjaźnić, a autor twierdzi, że nie znosi swojego bohatera. Dla czytelników jest to o tyle bolesne, że nie mają już nadziei na kolejne spotkania z Kurtem. Możemy jedynie liczyć, że pojawi się on epizodycznie w zapowiadanych przez Mankella dwóch książkach o Lindzie Wallander, córce ystadzkiego policjanta. Byłoby to jednak pyrrusowe zwycięstwo, gdyż poprzednia książka o Lindzie, czyli Nim nadejdzie mróz, pokazała nam Kurta oczami Lindy i to, co zobaczyliśmy, raczej nie bardzo nam się spodobało. Zatem zapośredniczony obraz nie jest na ogół dobrym pomysłem. Za kilka chwil z ulubionym bohaterem płacimy wysoką cenę, prawdopodobnie zbyt wysoką.

Warto w tym miejscu dodać, że przypadek Mankella jest o tyle specyficzny, że autor w ostatnich powieściach, a także w tych o Kurcie poza serią (jak zbiór opowiadań Piramida czy Nim nadejdzie mróz), robi wiele, aby zniechęcić czytelników do kluczowej postaci. Można odnieść wrażenie, że z premedytacją nami manipuluje – chce, żebyśmy zerwali tę znajomość, pożegnali się bez żalu. Pytanie, czy możemy mu dalej ufać, a może powinno istnieć prawo do odebrania autorowi jego postaci (zupełnie jak sądowne odebranie dziecka nieodpowiedzialnemu rodzicowi), gdy ten wyraźnie działa na jego niekorzyść? Czy jako czytelnicy nie możemy walczyć o dobre imię Kurta Wallandera?

O ile decyzje autorów, którzy stworzyli bohatera i świat przedstawiony, musimy uszanować, bo w końcu to oni tchnęli życie w ważną dla nas postać literacką, o tyle mniej wyrozumiale podchodzimy do autorów kradnących bohatera. Niejednokrotnie zdarzało się przecież, że cykl zakończony przez twórcę doczekał się kontynuacji już po jego śmierci. Tak było chociażby z Przeminęło z wiatrem, którego zakończenie Margaret Mitchell pozostawiła w formie otwartej, domagając się, abyśmy sami podjęli decyzję, rozważyli, co może przydarzyć się bohaterom w przyszłości i czy kiedykolwiek się spotkają. Nie musimy podejmować tych decyzji od razu, „w końcu jutro też jest dzień”, jak mawiała Scarlett O’Hara.

I gdy wielu czytelników miało już przepracowaną traumę związaną z brakiem odpowiedzi, co dalej ze Scarlett i Rhettem, nagle pojawia się Alexandra Ripley ze swoją książką Scarlett, przedstawiającą dalsze losy bohaterki Przeminęło z wiatrem. W tym momencie czytelnicy mają wielki dylemat – przeczytać z ciekawości i szybko zapomnieć, a może przeczytać i – jeśli książka okaże się interesująca – uznać punkt widzenia Alexandry Ripley za jedyny słuszny? A co jeśli samozwańcza kontynuatorka losów Scarlett O’Hary zrujnuje to wszystko, co zbudowała Margaret Mitchell? Książka Ripley spotkała się z bardzo różnym przyjęciem, a mimo to okazała się bestsellerem. Fani twórczości Mitchell nie podeszli do Scarlett z nabożną czcią, raczej z podejrzliwością, książkę jednak kupili. Czy jednak powieść wskrzeszająca bohaterkę po blisko sześciu dekadach od ostatniego spotkania jest historią tej samej Scarlett, którą znamy, którą powołała do życia Mitchell?  Wysoce prawdopodobne jest, że za jakiś czas ktoś pokusi się o kontynuowanie biografii Lisbeth Salander – w końcu to łakomy kąsek wydawniczy. Jedyna nadzieja w tym, że Salander, co udowodniła niejednokrotnie, nie pozwala sobą manipulować.

Podobnie wygląda sytuacja napisanej przez Virginię Woolf Pani Dalloway, która wróciła w powieści Godziny Michaela Cunninghama. Wróciła jednak nie jako bohaterka, a jako powieść właśnie, nad którą pracuje Virginia Woolf – jedna z głównych postaci Godzin (zaburzenie porządku między światem fikcyjnym a biografią pisarki). Obecność Woolf na kartach powieści Cunninghama zachwyciła czytelników (zwłaszcza tych, którzy po raz pierwszy zetknęli się z postacią Woolf i dopiero po lekturze Godzin sięgnęli po jej twórczość). A może ten rodzaj literackiego kłusownictwa, albo raczej wampiryzmu, powinien być prawnie zakazany? Czy cierpią tylko czytelnicy, czy może także spadkobiercy literackiej spuścizny i praw autorskich? Czy Ripley i Cunningham powinni być skazani na czytelniczy ostracyzm, a może jednak wyniesieni na ołtarze za to, że dali nam szansę na wskrzeszenie pogrzebanych już wspomnień i powtórne obcowanie z ważnym dla nas bohaterem – albo przynajmniej z wariacją na jego temat?

Przerzucanie odpowiedzialności za losy postaci na czytelnika nie zawsze wzbudza nasz entuzjazm. Gdy widzimy, że nasz bohater ulega złym wpływom, jest źle prowadzony, wysłuchuje złych podszeptów, chcemy interweniować. Gdzie zatem jest granica, po przekroczeniu której nie możemy się już wycofać? Czy wysyłanie maili, pisanie listów otwartych, proszenie i grożenie jest dobrym sposobem na negocjowanie kompromisu z autorem? I najważniejsze – do kogo należy bohater literacki? Czy możemy uzurpować sobie do niego jakiekolwiek prawa? A może musimy podporządkować się decyzjom jego stwórcy, nawet wtedy, gdy błądzi i popełnia błędy?

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – kulturoznawczyni, autorka tekstów poświęconych kulturze popularnej („EKRANy”, „Bliza”, „Fabularie”, „Tygodnik Przegląd”, „Kultura Popularna”), współredaktorka tomów „Władcy torrentów. Wokół angażującego modelu telewizji”, „Pomiędzy retro a retromanią”, „Wydzieliny”.