Bez nazwy-1
ARTYKUŁY | 07.07.2014

Długi krzyk metki

Jeśli przyjąć, że jestem tym, co ubieram (bo w końcu dlaczego nie?), to powinnam być do wyrzucenia za jakieś trzy do pięciu lat. Niby szmat czasu, ale przynajmniej większość ludzi wolałaby pobyć na tym świecie jednak nieco dłużej. Tymczasem na metkach pojawiają się apele z prośbami o pomoc, a ludzie niszczą zdrowie przy piaskowaniu jeansów, by te wyglądały na starsze i nieco znoszone.

Kupiłam koszulkę wyprodukowaną w Bangladeszu. Zapomniałam się – już od jakiegoś czasu w miarę konsekwentnie udawało mi się odkładać takie ubrania na sklepową półkę. Ale kupiłam – a wraz z zakupem powróciło zaniepokojenie. Zbiegło się to z informacją o klientce sieci Primark, która znalazła na metce zakupionej w Wielkiej Brytanii sukienki prośbę o pomoc. Wyszyte zdanie informujące o konieczności pracy na nieludzkich zasadach podbiło temat warunków, w jakich produkuje się ubrania (i nie tylko) w najbiedniejszych krajach świata. Od tragedii w Bangladeszu w kwietniu 2013 roku (kiedy to w stolicy kraju, Dhace, zawalił się budynek, w którym produkowano ubrania, w wyniku czego zginęło ponad tysiąc osób) kwestia poprawy wysokości płac, ochrony pracowników oraz kontroli sytuacji w fabrykach odzieżowych stała się gorącym problemem. Tuż po tym wypadku sporo ludzi, w tym – co tu ukrywać – ja, zaczęło zwracać nieco większą uwagę na to, co jest napisane na metkach ubrań, które nosimy.

W tym miejscu pojawia się jednak potężna niedogodność. Jak w jednym z wywiadów zauważa prezeska zarządu Fundacji Kupuj Odpowiedzialnie, Maria Huma – to, że kupimy ubranie w sklepie bardziej luksusowym, a nie w sieciówce, która znajduje się w każdej galerii, wcale nie gwarantuje poprawnych warunków pracy przy produkcji. To, że na metce nie jest napisane Bangladesz, Chiny czy Tajlandia niczego nie zmienia, jak pokazuje najnowszy raport Clean Clothes Campaign pt. Uszyte w Europie. Głodowe płace pracowników przemysłu odzieżowego w Europie Wschodniej i Turcji. Zaczynam myśleć, że nie ma takiego miejsca, którego nazwa wszyta w ubranie mogłaby dać nam – konsumentom – gwarancję, iż kupując daną rzecz nie dokładamy swoich trzech groszy do czyjegoś nieszczęścia.

Oczywiście są sposoby, żeby sobie z tym problemem radzić. Wymienione wcześniej Clean Clothes Campaign działa aktywnie na rzecz poprawy warunków pracy. Kupuj Odpowiedzialnie udostępnia wiele materiałów i praktycznych wskazówek, dotyczących tego, co robić i gdzie kupować, by – powiedzmy – mieć czyste sumienie. Coraz więcej w naszych sklepach zielonych tabliczek, które wyróżniają się wielkim napisem fair trade. Temat jest wciąż w obiegu i wydaje mi się, że powoli zdajemy sobie sprawę z tego, co dzieje się wokół nas.

Tylko co z tego? Poradnik, którego brakuje w języku polskim, możemy odnaleźć po angielsku na stronie organizacji Labour Behind the Label (www.labourbehindthelabel.org). Raport Tailored Wages UK w przejrzysty i prosty sposób analizuje po kolei największe marki odzieżowe i ich działania w tej materii. Przy każdej spółce odnajdziemy listę sklepów, za jakie odpowiada, oraz odpowiednie miejsce na skali w poszczególnych badanych dziedzinach, jak upodmiotowienie pracowników czy stosunek do współpracy z nimi. Dzięki temu możemy szybko dowiedzieć się, że np. H&M poczynił znaczące postępy w ostatnich sześciu miesiącach (choć daleko mu jeszcze do ideału), a Espirit wciąż odpowiada na pytania ankieterów tymi samymi sloganami, za którymi zdaje się nie iść praktyka. To informacje, których brakuje w naszym rodzimym języku – lista sklepów, stworzona przez Kupuj Odpowiedzialnie (http://dobrezakupy.ekonsument.pl/) jest pełna przede wszystkim małych firm, których niestety nie znajdziemy w każdym mieście. Choć oczywiście chciałabym móc ubierać się właśnie w nich, a nie w galeriach handlowych. Może wtedy te ostatnie przestałyby wyrastać na każdym kroku, pożerając mniejsze i często znacznie bardziej wartościowe sklepiki. Okrutna prawda jest jednak taka, że nie da się zmienić takiego stanu rzeczy w ciągu jednego dnia – to bardzo długi proces. A my musimy przecież funkcjonować tu i teraz, myśląc nieustannie o przyszłości.

Opisanie, kim jest Natalia Hatalska, mogłoby wypełnić osobny artykuł i to najpewniej nie jeden. W ogromnym skrócie i uproszczeniu jest to znana blogerka i specjalistka w dziedzinie alternatywnych form komunikacji marketingowej, co można przeczytać na jej stronie www.hatalska.com. Jest także obserwatorką trendów, czemu daje wyraz w corocznej publikacji pt. Trendbook. Trendbooki zawierają w sobie najpierw ocenę realizacji zakładanych rok wcześniej tendencji, a następnie omówienie kilku kolejnych, jakie powinny, w ocenie Hatalskiej, mieć wpływ na rok następny. W roku 2014 jednym z wyróżnionych przez nią trendów jest zrównoważony rozwój. Pisze ona m.in., że: Trend [ten] związany jest także ze zmieniającymi się oczekiwaniami konsumentów – według badania Meaningful Brands 2013 (Havas) 71% respondentów (globalnie) uważa, że marki powinny odgrywać istotną rolę w poprawianiu jakości życia ludzi. Niestety, obecnie, według tych samych respondentów, tylko 39% marek faktycznie taką rolę spełnia. Hatalska chyba dość optymistycznie patrzy na zmieniające się strategie działań kolejnych firm, podając wiele przykładów większych i mniejszych przedsięwzięć związanych ze zrównoważonym rozwojem. Są to jednak przede wszystkim akcje proekologiczne – na tym polu udało się już dość głęboko wejść w świadomość konsumentów i producentów, toteż zdajemy sobie sprawę z tego, jak wiele naturalnych zasobów zużywanych jest np. do produkcji jednego hamburgera i że jeśli czegoś nie zrobimy, to niedługo po prostu ich zabraknie (zarówno zasobów, jak i hamburgerów). W Trendbooku 2015 zobaczymy, czy prognozy Hatalskiej się sprawdziły – miejmy nadzieję, że tak.

Nie zmienia to jednak faktu, że jakimś sposobem ekologom udało się szybciej przebić do masowej świadomości. Wiemy już dobrze, co oznacza napis bio czy eko na kupowanej przez nas żywności – zdajemy sobie również sprawę z tego, że są to produkty droższe, ale jednak „warto”. Nawet jeśli nie popieramy niektórych akcji Greenpeace’u i nie czujemy potrzeby, przykładowo, przywiązywania się do drzew, to w naszych codziennych wyborach coraz bardziej stawiamy na ekologię. Kartka w hotelu z hasłem: Pomóż nam dbać o Ziemię. Zakręcaj wodę już nas raczej nie dziwi. I choć równocześnie cieszymy się, że kupiona przez nas koszulka została wyprodukowana z bawełny rosnącej na uprawach fair trade, to nie przeszkadza nam to kupić wraz z nią spodni z Bangladeszu. To nie do końca oskarżenie – choć pamiętać trzeba, że nasz każdy, nawet najdrobniejszy, wybór może wpłynąć na kształt spraw znacznie większych. Jednocześnie jednak, gdy stoję przy wieszakach w jakiejś galerii, w końcu dopada mnie fala gniewu. Nie będę przecież nosić przy sobie wydrukowanego egzemplarza Tailor Wages UK i sprawdzać w każdym sklepie, czy mogę z czystym sumieniem w nim kupować (to w zasadzie jednak łatwiejsze, niż się wydaje, bo do większości wymienionych firm nie mam po co wchodzić). Zapewne nie będę też odwiedzać małych sklepików i przegrzebywać internetu – nie chcę płacić trzy razy więcej za to, że mogę mieć nadzieję, iż nikt nie zginął przy produkcji mojego swetra. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to okropnie – ludzkie życie nie ma ceny. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – zdecydowana większość z nas jest leniwa albo po prostu nie ma czasu (lub jedno i drugie). Świat biegnie, wszyscy się spieszą – ubolewamy nad tym i staramy się to zmienić, prawda. Lecz dopóki się to nie uda, trzeba do tych leniwych i spieszących się także jakoś dotrzeć. A może przede wszystkim właśnie do nich, skoro jest ich najwięcej. Wściekam się więc – najpierw na „system” (bo to najłatwiejsze i w zasadzie nic nie znaczy), potem na firmy (w końcu to nie ja przeliczam wszystko na zysk, prawda?), a koniec końców na siebie – że i tak kupię te spodnie z Bangladeszu, bo ich potrzebuję i są tanie, „tylko ten jeden raz” nie przekonuje już nawet mnie samej, a wyrzutów sumienia nie łagodzi zainteresowanie się sprawą i odłożenie swetra z Tajlandii.

Kobieta, która kupiła wymienioną na początku tego tekstu sukienkę, powiedziała, że nigdy jej nie założy, zbyt gryzie ją sumienie. Wywołała kolejną falę dyskusji na temat praw pracowniczych. Kupiła ją w, bądź co bądź, sieciówce, do której z dużym prawdopodobieństwem więcej nie pójdzie. Primark prowadzi wewnętrzne śledztwo i nieustannie zapewnia, że w ich szwalniach wszystko jest w porządku. Wejście w świat organizacji takich jak Clean Clothes Campaign to wyważenie drzwi, za którymi znajduje się cała masa szafek, także czekających na swoje otwarcie. Zgłębienie tej wiedzy wymaga czasu. Zorientowanie, jak należy postępować – dużego zaangażowania. Zrównoważony rozwój, co podkreśla także Hatalska i – przede wszystkim – osoby, z którymi przeprowadziła wywiady na ten temat, to nie tylko doraźne działania proekologiczne. Wręcz przeciwnie – to hasło, które powinno oznaczać całą sieć świadomych działań, które dotyczą relacji zarówno ze środowiskiem naturalnym, jak i społecznych. A przede wszystkim – przedsięwzięć długoterminowych i konsekwentnych. Możemy wiele jako konsumenci, nawet jeśli wydaje nam się, że to tylko drobne kroczki. Cały proces na pewno trochę jeszcze potrwa – ale warto choć spróbować. Bądźmy optymistami, co nam szkodzi.