• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Recenzje | 13.11.2018
Dlaczego obejrzałem nową „Sabrinę” i w gruncie rzeczy bawiłem się nieźle („Chilling Adventures of Sabrina”)
Recenzje | 13.11.2018

Dlaczego obejrzałem nową „Sabrinę” i w gruncie rzeczy bawiłem się nieźle („Chilling Adventures of Sabrina”)

Wybór kolejnego serialu, który będę oglądać na Netfliksie, nie jest dla mnie rzeczą prostą. Nie ułatwiają go copywriterskie koszmarki w opisach i fatalna wyszukiwarka, przy której Spotify wyrasta na mistrzostwo user experience. A przecież nowy serial to inwestycja co najmniej dziesięciu godzin lub, co gorsza, tych przerażających kilkunastu minut, w trakcie których okazuje się, że wybór kolejny raz był nietrafiony. Co może nas przekonać? Chociażby marka, którą kojarzymy jeszcze z czasów dzieciństwa.

Serial Sabrina, nastoletnia czarownica, emitowany na przełomie wieków, pamiętam widmontologicznie i raczej fragmentarycznie: egzaltowane blondynki kręcące się po stereotypowo amerykańskiej willi, czarny gadający kot Salem, śmiech z puszki i bardzo umowne efekty specjalne – ot, wzorcowy produkt swojej epoki i idealne wypełnienie ramówki Polsatu. Odcinki tamtej Sabriny… oglądałem półświadomie i nieregularnie, a próby wyrywkowego rewatchu w ramach przygotowań do pisania tego tekstu udowodniły mi, że raczej nie ma do czego wracać. Mimo to spotkanie ze znajomą marką w nowym wydaniu wręcz automatycznie wywołało moje zainteresowanie.

Dziesięcioodcinkowy serial Chilling Adventures of Sabrina (w tytułowej roli Kiernan Shipka znana głównie z roli w Mad Men) nie jest remakiem Sabriny, nastoletniej czarownicy – to raczej retelling, a właściwie nawet nieortodoksyjna ekranizacja retellingującego komiksu (więcej na jego temat tutaj). Bez zmian pozostają tylko podstawy narracji: imiona bohaterek, magia, szesnaste urodziny jako moment ezoterycznej inicjacji oraz, oczywiście, kot Salem, który tutaj jednak nie potrafi mówić. Gatunkowa wolta z sitcomu na coś, co moglibyśmy określić jako supernatural teen drama oraz przejście od stylu późnonajtisowego do współcześnie netfliksowego otwierają interesujące możliwości. Wyobraźmy sobie, że ktoś na podstawie ogólnych założeń Miodowych lat kręci wysokobudżetową serię opowiadającą o trudnej męskiej przyjaźni lewicujących związkowców w warunkach zaostrzającej się walki klas. Właśnie czymś takim są Chilling Adventures… Skoro Sabrina jest czarownicą, to niechaj będzie nią z całym dobrodziejstwem (pop)kulturowego inwentarza: kultem Szatana, czarnymi mszami i rytuałami wymagającymi ofiar z ludzi. Nie przeszkadza to jednak zachowaniu elementów decorum rodem z typowych komedii o amerykańskich szkołach średnich: agresywnych osiłków z drużyny futbolowej, problemu prześladowań wyrzutków czy wreszcie nastoletniej miłości pomimo piętrzących się przeciwieństw.

Pod względem estetycznym netfliksowa Sabrina jest tworem dziwnym. Świat przedstawiony ma głębię nieporównywalną z tym z najtisowego sitcomu, jest mroczny i dosłowny, ale jednocześnie pozostawia znaczący margines niepoważności. Gotyckość tego świata jest tak dalece przesadzona, cały jego horror tak nadmiarowy, że popada on w groteskę, a zarazem staje się burtonowsko oswojony i w pewien sposób bezpieczny. Odrealnienie przedstawiane bywa przez zabiegi wizualne (nagminny brak ostrości kadrów), ale również sposób prowadzenia akcji, w której czasami, w duchu sitcomowej logiki, omija się niewygodne sekwencje. Bohater zapowiada, że zejście do kopalni jest głupim pomysłem, ponieważ ominięcie strażników będzie trudne? Nic nie szkodzi! W następnej scenie podziwiamy protagonistów już w kopalnianych korytarzach. Niedookreślony jest również czas akcji – estetyka świata Sabriny to kolaż elementów pochodzących gdzieś spomiędzy końca lat 60. i początku 80. ubiegłego wieku. To umiejscowienie podważa jednak scena, w którym jedna z postaci używa smartfona. Bezczasowość w pewnym sensie zostaje zapowiedziana już w pierwszych sekundach serialu, kiedy dowiadujemy się, że w miasteczku Greendale – miejscu akcji – „Halloween zdaje się trwać cały rok”. Bohaterka nie jest zresztą nastolatką partycypującą we współczesnej popkulturze (a warto wspomnieć, że Sabrina sprzed dwudziestu lat była fanką Britney Spears). Czarownica AD 2018 preferuje dyskusje z przyjaciółmi o kinie vintage – seans Nocy żywych trupów z 1968 roku staje się dla nich pretekstem do refleksji nad metaforycznym znaczeniem tego filmu. To całkiem zabawny zabieg, od razu bowiem uruchamia w widzu potrzebę interpretacji samego serialu i wyłączenia naiwnego odbioru. O czym więc jest nowa Sabrina?

Centralną oś stanowi w serii problem tożsamości i przynależności. Mowa tu zarówno o perypetiach bohaterki próbującej godzić podwójne życie w skrajnie odmiennych światach śmiertelników i czarownic, jak i o pobocznym wątku jednej z postaci, która została oznaczona jako osoba transseksualna. Równie ważne są wątki o charakterze feministycznym. Temat czarownic i ich kowenów (czyli zgromadzeń kultowych) wydaje się idealnym punktem wyjścia ku kobiecej problematyce. Serial podejmuje ją w sposób podwójny. Z jednej strony mamy dosłowne, mocne deklaracje bohaterek, które opowiadają się za ideałami siostrzeństwa oraz krytykują męską agresję i dominację. Z drugiej – nie przeszkadza im to funkcjonować w ramach na wskroś patriarchalnej organizacji kierowanej przez apodyktycznego mężczyznę, służącej męskiemu bóstwu (Szatanowi) i wreszcie uświęcającej taką tradycję, jak coroczne rytualne spożywanie jednej z kobiet z czarnoksięskiej społeczności. W niektórych wypadkach kobiety wręcz aktywnie, bigoteryjnie umacniają taki system.

W tym miejscu dochodzimy do kolejnego możliwego odczytania Chilling Adventures… – jako antyklerykalnej, choć raczej nie antyteistycznej krytyki zinstytucjonalizowanej religii. Kościół Nocy, do którego przynależą bohaterki, jest swego rodzaju satanicznym odbiciem małego, niezależnego zboru protestantów lub ewentualnie katolicką parafią à rebours. Wspólnota ta opiera się nie tyle na żarliwości (anty)wiary, ile na społecznym uwikłaniu jej członków i członkiń, które można sprowadzić do pytania: „co ludzie powiedzą?”. Czarownice i czarnoksiężnicy podtrzymują zwyczaje, które część z nich postrzega jako przestarzałe, okrutne i głupie, satanistyczny kler nagina nieświęte nauki do swoich partykularnych interesów, zaś sam Szatan – osobiście interweniujący w bieg wydarzeń – oczekuje bezwolnego poddaństwa, pomimo powszechnych w dyskursie Kościoła zapewnień o wadze indywidualnej woli. Psychoanalitycy zwróciliby z kolei uwagę na inny, poniekąd zasygnalizowany w serii problem: dziedziczenia nieświadomego – rodzinnych sekretów, o których się nie mówi i które pozostawiają oddziałującą na jednostkę pustkę niewiedzy.

Niezależnie od wszelkich uwikłań i interpretacji mówimy tu przecież o serialu z Netfliksa – czy jest on po prostu dobrą rozrywką? Ja sam bawiłem się nieźle. Pierwszą przyjemnością, którą gwarantuje seria, jest wyłapywanie smaczków i nawiązań, głównie do tradycji okultyzmu i neopoganizmu, których mamy tutaj sporo, a chyba każdy lubi uśmiechnąć się do siebie i pomyśleć „oho, zrozumiałem aluzję, znam ten cytat”. Inną radością oglądania Chilling Adventures… było dla mnie transtekstualne porównywanie świata przedstawionego do uniwersum Harry’ego Pottera, bo jednak sama tematyka magicznie uzdolnionych nastolatków takie skojarzenie uruchamia. Linków między tymi dwoma światami jest całkiem sporo – szkoła magii, do której ma trafić Sabrina, to taki Hogwart złożony z samego Slytherinu, zaś kot Salem staje się raczej Hedwigą, a nie sardonicznym komentatorem biegu wydarzeń. Po trzecie, w może trochę tani, ale całkiem uroczy sposób seria mobilizuje nas do kibicowania bohaterom – do czego zresztą jesteśmy ukształtowani przez dziesiątki high school drama. Te trzy przyjemności „z lektury” pozwalają wiele wybaczyć: momenty rozedrgania estetycznego, w którym serial nie wie, co właściwie chce u widza wywołać; wspomnianą wcześniej uruchamianą ad hoc logikę sitcomu; w końcu nierówne aktorstwo i słabsze odcinki, a zwłaszcza umiarkowanie udany finał (który zresztą otwiera opowieść na kolejny sezon). Najważniejsza była dla mnie jednak nieustanna świadomość, że oglądam na nowo opowiedzianą historię, którą mgliście pamiętam z dzieciństwa. Chilling Adventures… nie są bezpośrednim remakiem Sabriny, nastoletniej czarownicy, co nie przeszkadza czerpać satysfakcji z ponowienia, z innowacji w granicach tego, co już znane. Powrót do opowieści znanej z dzieciństwa musiał odbyć się na gruncie tekstu odnowionego, dostosowanego zarówno do wieku odbiorców, jak i wrażliwości epoki; nostalgiczny kontakt z tekstem oryginalnym przynosi tylko zawód.