exorcist (1)
RECENZJE | 16.02.2015

Diagnozowanie grozą („Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm…”)

Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm… to odpowiednik wody święconej zraszającej ciała opętanych przez grzeszne myśli bluźnierców. Kamil Kościelski skutecznie nawraca tych, którzy zwątpili w możliwości filmowego horroru, a przy okazji namawia do wznowienia seansów gatunkowych klasyków rodem ze Stanów Zjednoczonych. Podtytuł jego książki – Amerykańskie kino grozy przełomu lat 60. i 70. – ujawnia zawartość jedynie pierwszej części tego ponadstustronicowego tomiku, stanowiącej udany pretekst do zaserwowania czytelnikom prawdziwej crème de la crème filmowej egzegezy. W tym przypadku jest ona poświęcona jednej z ważniejszych i najdoskonalszych produkcji w dziejach kina grozy – kultowemu już reprezentantowi gatunku, czyli powstałemu w 1973 roku Egzorcyście w reżyserii Williama Friedkina.

Zanim czytelnik skosztuje owej śmietanki, przychodzi mu zapoznać się z równie smakowitym dla kinofilów kontekstem – przede wszystkim historycznofilmowym, dotyczącym kina grozy poprzednich dekad aż do lat 70., ale także z powiązanym z nim tłem polityczno-społecznym. Kościelski snuje fascynującą opowieść, będącą dowodem na to, że ewolucja gatunku stanowi logiczną i nierozerwalną całość, która skrzy się wielopłaszczyznowymi przemianami Ameryki, z wpisanymi w historię tego kraju lękami i schorzeniami. Bywa też, że narodowy bieg gatunku zatacza pełne koło – jak stało się to przy okazji Piątku trzynastego (1980) Seana S. Cunninghama, horroru czerpiącego w równym stopniu z umieszczającej zło poza życiem i śmiercią tradycji kina „upiornego” (Dracula (1931), Frankenstein (1931)), co z uznanych za nowatorskie osiągnięć Hitchcocka, który w Psychozie (1960) przedstawił psychopatycznego mordercę czającego się tuż obok, reprezentującego zło wdzierające się do szarej codzienności mieszkańców Stanów.

Horror wszakże jest dla Kościelskiego gatunkiem najdokładniej odbijającym społeczne nastroje. W dodatku żadna inna kinematografia lat 1960–80 nie reagowała na rzeczywistość tak dynamicznie, jak ta amerykańska. Co też autorowi – nie tylko miłośnikowi ekranowego straszenia, ale i rzetelnemu badaczowi treści ukrytych w rozrywkowej formie – udaje się udowodnić. Zombie-horrory George’a Romero, Dziecko Rosemary Romana Polańskiego, reprezentant niesławnego podgatunku rape and revenge, Ostatni dom po lewej Wesa Cravena, satanistyczny Omen Richarda Donnera, makabreskowa Teksańska masakra piłą mechaniczną Tobiego Hoopera, gorzko-ironiczna Carrie Briana De Palmy – to tylko kilka tytułów z dużo większego dream team’u kina grozy – Kościelski dostrzega zawarte w nich podteksty, łączy je w jedną całość, jak gdyby rozrysowując przed czytelnikiem sieć wzajemnych zależności i inspiracji. Problem segregacji rasowej, ułomność patriarchatu i walka o prawa kobiet, zwyrodnienia kapitalizmu, kunsumpcjonizm i sekularyzacja, spadek zaufania do władz, rak pożerający podstawową komórkę społeczną, rewolucja seksualna, obłuda mieszczaństwa i inne nagłaśniane w tamtych latach kwestie, których dalsze przeze mnie wymienianie sprawi mylne wrażenie mętności wywodu autora, zostają wyciągnięte z obrazów z iście chirurgiczną precyzją. Filmowa groza okazuje się tutaj narzędziem wcale błyskotliwej diagnozy krytycznej.

Już w tych kilkustronicowych analizach poszczególnych tytułów widać, że Kościelski może się pochwalić wnikliwym spojrzeniem i świetną znajomością dotychczasowych badań nad gatunkiem. Niech za przykład posłuży analiza Halloween Johna Carpentera, bodaj najważniejszego slashera, który jednak na gruncie polskiego piśmiennictwa nie doczekał się analizy, na jaką bez wątpienia zasługuje. Co innego, gdy mowa o filmoznawczej krytyce zza oceanu: psychoanaliza i feministyczna teoria filmu spod znaku Laury Mulvey (esej Przyjemność wzrokowa a kino narracyjne) idą tam w sukurs skrupulatnej wiwisekcji języka obrazu, a gatunek u nas zbywany wzruszeniem ramion doczekuje się „najpiękniejszych” (jak stwierdził raz Quentin Tarantino) filmoznawczych analiz. Kościelski zna te teksty, czerpie z nich garściami, ale potrafi z nimi dyskutować, tworząc nową merytoryczną jakość. W dalszych fragmentach lektury jest jeszcze lepiej, bo oto dotychczasowy wywód poświęcony osiągnięciom amerykańskiego horroru okazuje się fundamentem pod analizę Egzorcysty Friedkina, filmu mocno osadzonego w historii gatunku.

Nic tak nie zachęca do ponownej „lektury” filmu, jak tekst krytyczny lub praca analityczno-interpretacyjna, która rzuca na oglądane dzieło nowe światło. Kościelski popełnia taką właśnie pracę – jest pierwszą osobą z grona polskich publicystów i filmoznawców, która w takim stopniu zagłębia się w ekranowe egzorcyzmy odprawiane przez ojców Merrina (Max von Sydow) i Karrasa (Jason Miller) na dwunastoletniej Regan (Linda Blair). Autor nie ma przy tym klapek na oczach, które czyniłyby go niewolnikiem jednej wykładni. Tym samym wystrzega się największego niebezpieczeństwa związanego z tego typu przedsięwzięciem, mianowicie swego rodzaju interpretacyjnej „inżynierii wstecznej”, porządkującej wnioski według z góry ustalonej tezy. Kościelski rozgląda się szeroko, swobodnie czerpie z wielu dziedzin: od mitologii, przekazów biblijnych i teologii katolickiej, przez psychologię poznawczą, freudowską psychoanalizę i odczytania baśni w wydaniu terapeuty dziecięcego Bruno Bettelheima, aż po literaturę (Faust), malarstwo (René Magritte) czy amerykańską popkulturę i historię filmu (Persona Bergmana).

Zdradzenie, do jakich wniosków dochodzi Kościelski, nosiłoby znamiona karalnego (w przypadku tak dobrej książki) spoilowania. Grzechem byłoby streszczać świetną, wielokontekstową argumentację, której jeden składnik, oparty na pozornie nieistotnym szczególe umieszczonym w filmie, otwiera przed autorem kolejne interpretacyjne możliwości, nieraz potwierdzane w dalszej części filmu. Analitycznym majstersztykiem jest rozłożenie na czynniki pierwsze wydawałoby się przypadkowego, faktycznie zaś tętniącego wizualną metaforą prologu – zwiastującego późniejsze konflikty i dylematy bohaterów.

Szczególna wartość tej książki polega na tym, że każdej z analizujących film stron – opowiadającej się za władaniem przez demona lub też tłumaczącej rzekome opętanie metodą racjonalną – Kościelski podsuwa mocne narzędzia do dyskusji. Nierzadko sam podejmuje polemikę z innymi komentatorami zza oceanu. Docenia też zapalonych internetowych amatorów-odkrywców i blogerów, którym, jak nikomu innemu, starcza sił na chłonięcie dzieła dosłownie klatka po klatce (vide fanowski portal captainhowdy.com, na którym znaleźć można m.in. skrupulatne wyliczenie obrazów podprogowych umieszczonych przez Friedkina na filmowej taśmie). Kościelski zaznacza jednak, że to nie kwestia (nie)prawdziwości opętania jest w filmie najważniejsza. Tajemnica odwiecznego pojedynku dobra ze złem w dziele Friedkina nie znajduje bowiem ostatecznego wytłumaczenia. Istotniejsze jest to, że tajemnica przenika już same reguły rządzące losem bohaterów. Wielkość Egzorcysty Kościelski tłumaczy tym, że w nie do końca wytłumaczalnych realiach Friedkin układa wyrafinowaną formalnie i treściowo konfigurację ludzkich losów, w której poszczególne koleje życia wpływają na siebie na rozmaite sposoby. Kryzys wiary i poszukiwanie Boga, problemy dojrzewania, dramat rodzinny, konflikt duszy i ciała – kwestie dotyczące różnych bohaterów wzajemnie się tutaj dopełniają. Kościelski przekonuje, że inne ułożenie choćby jednego klocka tej fascynującej układanki skutkowałoby zawaleniem się całości.

 

Kamil Kościelski

„Cóż za wspaniały dzień na egzorcyzm”. Amerykańskie kino grozy (…)

Liczba stron: 136

Wydawnictwo Yohei, 2014

 

Gabriel Krawczyk jest autorem bloga:

http://kinomanhipomaniakalny.blogspot.com/