kazimierz-deyna
RECENZJE | 06.10.2014

Deyna Kazimierz – nie rusz Kazika, bo zginiesz! (R. Kołtoń „Deyna, czyli obcy”)

Kazimierz Deyna w środowisku piłkarskim jest postacią kultową – uwielbiany przez kibiców Legii, a z drugiej strony znienawidzony przez fanów drużyn ze Śląska. Rzecz jasna tylko dlatego, że grał w stołecznym klubie. To właśnie Deyna był w składzie Kazimierza Górskiego, gdy ten sięgał po olimpijskie złoto w 1972 roku, a dwa lata później zdobywał brąz w Mistrzostwach Świata, pokonując Brazylię. Wniosek jest jeden: nieważne, czy kibicujesz Ruchowi Chorzów, czy Legii Warszawa, ale Kazika to ty szanuj!

Nie będzie kłamstwem stwierdzenie, że do tej pory polska piłka nożna (zarówno ligowa, jak i reprezentacyjna) nie miała piłkarza tak kompletnego jak Deyna – wszechstronnego zarówno w obronie, jak i w ofensywie. To przecież zdobywca złota i tytułu Króla Strzelców (z dorobkiem dziewięciu goli) na olimpiadzie w Monachium. Wtedy też Polska (pod wodzą Kazimierza Deyny jako kapitana) zatrzymała Anglię, remisując z nią i tym samym wykluczając ją z mundialu. Rok 1974 to apogeum sławy i formy „Orłów Górskiego” i samego Kazika – w meczu o brązowy medal Mistrzostw Świata Polacy wynikiem 1:0 pokonali trzeciego tuza futbolu (a wcześniej Argentynę i Włochy) – Brazylię. Znakomita forma Deyny została doceniona w skali międzynarodowej – uplasował się na trzeciej pozycji w plebiscycie „France Football”, ustępując jedynie takim gigantom i legendom futbolu jak Franz Beckenbauer i Johan Cruyff. Później przyszedł kolejny sukces – finał Igrzysk Olimpijskich, w którym Polska zmierzyła się z NRD, zdobywając ostatecznie srebrny medal. Drugie miejsce w kraju przyzwyczajonym już do sukcesów odebrano jako porażkę, a do dymisji podał się Kazimierz Górski.

Książkę Romana Kołtonia Deyna, czyli obcy czyta się jednym tchem. Można być fanem stylu redaktora Polsatu lub nie, ale jednego nie można mu odmówić – rzetelnie wykonanej pracy reporterskiej. Kołtoń, przygotowując materiał, przeprowadził mnóstwo wywiadów z osobami, które znały Deynę. Sprawnie wyselekcjonował także cytaty z gazet sportowych (zarówno rodzimych, jak i zagranicznych), dzięki czemu udało mu się zbudować szeroki kontekst i uniknąć subiektywizmu. Zaletą jest też dla mnie fakt, że autor stroni od oceny – przytacza tylko fakty. Nie są to jednak jedynie statystyki meczów, ale także ciekawostki prosto z szatni. Dowiadujemy się na przykład, dlaczego Jan Tomaszewski do dziś nie rozmawia z Robertem Gadochą – ponoć poszło o osiemnaście tysięcy dolarów, które niesłusznie zagarnął dla siebie ten drugi. Albo kto i za ile sprzedał mecz, a także dlaczego nikt w czasach Deyny nie lubił Legii. Kołtoń stara się polemizować z wieloma mitami dotyczącymi piłkarza i całego środowiska, dzięki czemu Deyna, czyli obcy to nie tylko biografia napisana na zasadzie: „Kazimierz Deyna urodził się i zmarł, a przy okazji świetnie grał w piłkę”. To odkrywanie nowej, nieznanej kibicom postaci piłkarza Legii.

Czytając książkę, często natrafiamy na wypowiedzi „Kazika” – czasem bardzo lakoniczne i proste, a czasem zaskakująco błyskotliwe. Kołtoń na szczęście nie zbudował Deynie kolejnego pomnika – owszem, w miarę wnikania w lekturę wyłania nam się portret wielkiego piłkarza, ale dominuje nad nim obraz normalnego człowieka. Ze wszystkim wadami i zaletami.

Warto wspomnieć, że nie jest to tylko książka o jednym piłkarzu, ale o całym świecie piłkarskim lat 70. – czasach, kiedy piłka nożna naprawdę była sportem narodowym. Opowieść o karierze jednego zawodnika jest tylko pretekstem, aby zbudować o wiele szerszy kontekst. Punktem wyjścia do tych rozważań jest dla Romana Kołtonia jedna fotografia, która przedstawia trzech kapitanów wielkich w tamtym czasie reprezentacji – Franza Beckenbauera, Johana Cruyffa oraz Kazmierza Deynę; trzech tak podobnych przecież piłkarzy, których losy potoczyły się w zupełnie odmienny, nie zawsze zadowalający sposób. Zwłaszcza dla Polaka, który całe życie marzył o grze w Realu Madryt. Niestety przepisy w PRL-u nie pozwalały na wyjazd piłkarza za granicę przed ukończeniem przez niego trzydziestego roku życia. Dziewięćdziesiąt siedem występów w reprezentacji Polski, trzysta cztery w Legii, później kolejne (może mniej znaczące) w Manchesterze City i przeprowadzka do Stanów Zjednoczonych. To, z czego Deyna zostanie zapamiętany, działo się na boisku, a nie poza nim (z czym często mamy do czynienia dziś). Wspaniałe gole (słynny „rogal” Deyny), asysty otwierające partnerom drogę do bramki, dryblingi i talent, którego niejeden z dzisiejszych kadrowiczów może pozazdrościć. Deyna przeszedł długą drogę: od początków w Stargardzie Szczecińskim, przez grę w Legii i reprezentacji, aż po dramatyczny koniec na poboczu drogi w Kalifornii. Jak pisze Kołtoń: żył jak chciał, a raczej jak potrafił. Nie sposób się z tym do końca zgodzić: sfrustrowany i nierozumiany w kraju, trawiony wyrzutami sumienia i naciskami opinii publicznej po niestrzelonym karnym w meczu z Argentyną w 1978 roku, wyjechał na Zachód za późno, aby odnieść tam sukces. Mimo wielkich sukcesów odszedł trochę zapomniany i niedoceniony.

Deyna, czyli obcy oddaje należyty hołd piłkarzowi, który rozegrał mundial życia, a boisko w pełni zweryfikowało, jak świetnym był piłkarzem. Gdyby żył, w tym roku skończyłby 67 lat.

 

 

Roman Kołtoń

Deyna, czyli obcy

Wydawnictwo: Zysk i s-ka

Stron: 544