popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | „Detektyw”: męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać?
true-detective
ARTYKUŁY, RECENZJE | 03.02.2014

„Detektyw”: męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać?

Pisząc o serialach HBO, zwykle w pierwszym zdaniu chcemy przekonać wszystkich (a najbardziej samych siebie), że jesteśmy ich doskonałym targetem, ponieważ miłość do telewizji jakościowej wyssaliśmy z mlekiem matki. Wbrew naszym intencjom, często bywa to wzniosłe i patetyczne, więc żeby tego uniknąć, po prostu nic o tym nie napiszę i zacznę od zdania drugiego. A brzmi ono następująco: HBO wymyśliło, że Detektyw będzie nowym hitem, że wszyscy umrą z zachwytu już po pierwszym odcinku – i tak właśnie się stało.

Nie ma w tym nic złego, poza tym, że jako widzowie od dawna jesteśmy przewidywalni, łatwo domyślić się, czego chcemy, i jeszcze łatwiej nam to ofiarować. Moją ulubioną rozrywką od dłuższego czasu jest zgadywanie, która anglosaska stacja wyciągnie bardziej zapomnianego aktora lat 80. i 90. i na nowo uczyni go gwiazdą. Powrotów było już wiele – w końcu Hank Moody wyzwolił Duchovny’ego z garnituru Foxa Muldera, Stella Gibson próbuje mierzyć się z Daną Scully, Julianna Margulies pewnie sama nie pamięta, że święciła triumfy w Ostrym dyżurze, a Bryan Cranston, że żył w zwariowanym świecie Malcolma. Nawet Chevy Chase został wyciągnięty z szafy z molami i z powodzeniem wystąpił w Community.

HBO nie byłoby sobą (tak, powiedzmy to po raz setny), czyli nie-telewizją, gdyby nie przebiło starań konkurentów i do ociekającego uroczo maczyzmem Detektywa nie zaangażowało amanta z komedii romantycznych. Tak, właśnie tak – Matthew McConaughey jest nową czernią seriali „dla prawdziwych mężczyzn”. Zerwał z emploi, które wydawało się wygodne i niekłopotliwe, i zrobił coś, co w zasadzie jest dobrą radą nie tylko dla aktora – zmienił się. Właściwie nie wiemy, czy się zmienił, być może po prostu oszalał. Efekt jest taki, że najpierw opętańczo drakońską dietą uczynił bohatera Witaj w klubie najbardziej przemawiającą do wyobraźni pocztówką z lat 80., pocztówką z podpisem „I Bóg wymyślił AIDS”, a teraz wymądrza się w Detektywie niczym Emil Cioran (słusznie wskazał na to Piotr Mirski, pisząc o bohaterze granym przez McConaugheya: Jak tu nie lubić zasuszonego i mającego w domu stosik pornosów gościa, który mówi, że świadomość jest przypadkiem, ewolucja to suka, a ludzie to popsute mechanizmy i że zabiłby się, gdyby tylko miał większe jaja. Kiedy okazało się jeszcze, że cierpi na bezsenność, pomyślałem, że tak by wyglądał i gadał Emil Cioran, gdyby był twardym gliną i trochę mniej się egzaltował). Jeśli McConaughey dobrze rozegra tę partię z HBO (a wygląda na to, że ma głowę na karku), to kto wie – może otworzy się przed nim kraina szczęśliwości jak przed Elbą, u którego wszystko, co najlepsze, zaczęło się w Baltimore (po roli w The Wire rozpoczął dumny pochód ku sławie, splendorowi, pieniądzom).

Detektyw jest serialem, który nie mógł się nie udać, bo wszyscy lubimy lata 90. i wszyscy wspominamy je z rozrzewnieniem, a ci, którzy ich nie pamiętają, chcieliby wspominać je z rozrzewnieniem. Luizjana wydaje się dobrą lokalizacją do rujnowania sobie życia i ciągnięcia innych na samo dno autodestrukcji. Z tego słusznego założenia wyszedł najwyraźniej scenarzysta Nic Pizzolatto i zdecydował się pójść o krok dalej, do ponurej okolicy przewrotnie dorzucając jeszcze gadatliwych bohaterów. To, że akcja dzieje się „przez mówienie”, pokazuje, że mówić można na różne sposoby, czasem nawet skutecznie (widać nie tylko twórcy oper mydlanych mają na to monopol). Granie na sentymencie do lat 90. nie jest jedynym powodem, dla którego Detektyw cieszy się zainteresowaniem widzów (chociaż ’95 to niewątpliwie dobry rocznik!). Chodzi raczej o to, jak lata 90. są przywoływane. Detektyw przemawia do nas słowem i obrazem, a właściwie obrazem słowami malowanym. Dzięki zręcznie przeplatanym widokówkom z Luizjany wraz z jej wszechogarniającą nicością podrzędnych barów, osiedli pełnych przyczep zamieszkiwanych przez życiowych nieudaczników, pustych przestrzeni, po których poruszają się przypadkowi ludzie-widma, mamy wrażenie, że tę historię dobrze znamy, ale przypominamy ją sobie od początku. Retrospekcje są czymś w rodzaju: „a pamiętasz, że… ”. Pamiętamy, że była to makabryczna i wstrząsająca sprawa, ale detale po drodze uciekły i teraz – niesieni masochistycznym wspomnieniem – próbujemy odtworzyć je z chirurgiczną precyzją. Ktoś zamordował prostytutkę i upozował jej ciało jako ofiarę rytuału, „subtelnie” wskazując kobietom ich miejsce w szeregu. Bowiem istotną sprawą, której nie należy pominąć, jest maczyzm. W serialu mamy go w bród.

Martin Hart (jeden z dwóch „prawdziwych [?] detektywów”, grany przez Woody’ego Harrelsona), jest najbardziej reprezentatywnym przykładem Południowca z końca XX wieku, nakazującym kobiecie „wiernie czekać”. Sam bywa daleko (w końcu romans, a właściwie booty call służy nie tylko jemu, ale i całej rodzinie, bo „rozładowuje napięcie”), lubi oceniać, umoralniać, nakłaniać prostytutki do powrotu na drogę przyzwoitości (vide: wciskanie kilku dolarów i rada, aby zająć się czymś innym, wydają się doskonałym rozwiązaniem problemów nieletnich kurtyzan), a co najważniejsze – Martin dobrze wie, co jest słuszne, a co nie jest. Sam o sobie mówi, że jest zwykłym facetem z wielkimi jajami i zdaje się w to wierzyć. Tylko że przyzwoitość nakazująca mu karcenie Rusta za wygadywanie głupot o tym, że jako gatunek niepotrzebnie wierzymy w swoją wyjątkowość, o odczuwanym posmaku psychosfery, strachu przed samobójstwem będącym jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji, równocześnie pozwala mu poniżać żonę, deprecjonować jej rolę w życiu społecznym, dyskredytować współpracownicę i sprowadzać ją do roli automatu do kawy, a kochankę do wdzięcznej funkcji pojemnika na spermę. Wszystko to stanowi wspaniałą mozaikę wielu dekad ciężkiej pracy mężczyzn nad pokazaniem światu, kto tutaj rządzi. Samiec końca XX wieku stawia kropkę nad i, gdyż – jak wiadomo – za chwilę budowany z pietyzmem wizerunek runie, a dekadę później zarówno kolorowe pisma, jak i poważne periodyki będą się rozpisywać o kryzysie męskości. Pozwólmy zatem Hartowi cieszyć się ostatnimi latami nieokiełznanej niczym szowinistycznej wolności, zanim na Południe dotrze rozpacz i gorycz związana z bezwstydnym rozpasaniem trzeciej fali feminizmu.

Nie tylko Hart ujawnia swoją misję sprowadzoną do deklarowanej przez niego chęci rozładowania napięcia. Napięcie rozładowują też bywalcy bardzo nietypowego domu schadzek, w którym pracowała ofiara. Luizjańskie prostytutki to najczęściej zmęczone kobiety o podkrążonych oczach, posiniaczonych ciałach spowitych w tandetny jeans i ciasne podkoszulki. Klienci zdają się nie mieć nic przeciwko takim wizerunkom, sam burmistrz wspiera tę inicjatywą dobrym słowem i ramieniem zbrojnym. W końcu napięcie trzeba jakoś rozładowywać. Tylko Rust, póki co, nie korzysta z okazji, a miał ich kilka. Wydaje się bardziej zajęty zwalczaniem bezsenności, halucynacji i (trochę wbrew sobie) poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie, kto samozwańczo zdecydował o eliminowaniu niedoskonałych przedstawicielek gatunku, które programowo (z racji bycia kobietami) są upośledzone, a na domiar złego nie zasługują na nic więcej jak rozpłatanie nożem brzucha i uczynienie z ciała (jak to ślicznie powiedział Cohle) dewiacyjnej mapy miłości. Rust a.k.a. poborca podatkowy został wyjęty z tradycyjnej roli, która przypadła Hartowi i innym męskim postaciom. Być może dlatego, że Luizjana to dla niego wciąż terra incognita, miejsce, gdzie trafił przez przypadek, a być może dlatego, że wszędzie, gdziekolwiek się nie znajdzie, jest Obcym, obserwatorem, nieuczestniczącym świadkiem wydarzeń, wydaje się więc nieuwikłany w pogoń za odznaką dla prawdziwego mężczyzny.

Często przy okazji seriali kryminalnych mówimy, że odkrycie tożsamości sprawcy nie jest tak ważne jak pogoń za nim. Na ogół tak właśnie jest. Tym razem jednak tożsamość może być istotna, o ile powie nam coś więcej o samym Harcie i Cohle’u. Bo o ile ten pierwszy wydaje się dosyć przewidywalny (może nawet nazbyt przewidywalny?), o tyle ten drugi wzbudza niepokój i intryguje, ale zaklasyfikowanie go jako niewinnego mężczyzny po przejściach wydawałoby się nadużyciem. Czy zatem chcielibyśmy, aby któryś z nich okazał się sprawcą? Co ciekawe, raczej nie mamy jakichkolwiek oczekiwań, ponieważ days of nothing dziejące się na naszych oczach powodują, że wchodząc w tak pięknie sfilmowaną luizjańską pustkę, godzimy się na bezcelowe i niekonsekwentne poszukiwanie kogoś, kto zdaje się odważniejszy od Cohle’a, bo on tylko mówi, a ten Ktoś zdecydował, że sam naprawi błędy gatunku, omyłkowo uznawanego za wyjątkowy. W zasadzie jesteśmy świadkami walki o ogień, toczy się bój o władzę, ale podobnie jak mieszkańcy Luizjany nie mamy za bardzo siły, żeby się w to nadmiernie angażować, więc wystarcza nam przeświadczenie, że tacy ludzie jak Rust zrobią porządek w naszym imieniu. O ile starczy mu sił, żeby kolejnego dnia wstać z łóżka. Co może być trudne gdyż okazuje się, że rzeczywistość dogania koszmar senny, na końcu którego – jak mówi Detektyw – zawsze czai się potwór.

A nawet jeśli nic, co powyżej napisałam, nie stanowiło motywacji dla Nica Pizzolatto przygotowującego scenariusze wszystkich odcinków Detektywa, to i tak warto było, choćby po to, żeby na koniec stwierdzić, że rok się dopiero zaczął, ale prawdopodobnie Matthew McConaughey może odhaczyć kilka noworocznych postanowień i dopisać „zrealizowane”. To teraz czekamy na odpowiedź Netfliksa.

 

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – doktorantka Katedry Kulturoznawstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się szeroko rozumianą kulturą popularną - od telewizyjnych dramatów jakościowych po produkcje/wydarzenia/zjawiska zrzeszające wspólnoty „złego smaku”. Interesuje się także zjawiskiem socnostalgii, telewizją okresu PRL-u oraz nowomedialnymi praktykami partycypacyjnymi internautów.