we call it sound
RECENZJE | 02.06.2014

Daj się wyprowadzić w pole (We call it a sound „Trójpole”)

Jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało, muzyka bez dźwięku jest możliwa. Tym bowiem, co konstytuuje utwór muzyczny, jest w pierwszej kolejności jego zakres temporalny. To banalnie proste – muzyka to przede wszystkim przemijający czas. Dwa punkty oznaczone na osi wyznaczające początek i koniec. Najlepszym tego przykładem jest słynne awangardowe dzieło Johna Cage’a, w którym przez ni mniej, ni więcej niż przez 4 minuty 33 sekundy do ucha słuchacza sączy się cisza. Drugim niezbędnym, choć wcale nie tak oczywistym elementem muzyki jest przestrzeń. Radziecki teoretyk Eugeniusz Nazajkiński charakteryzował ją jako grupę czynników takich jak dynamika, artykulacja, ekspresja, przez które dokonuje się proces imitacji realnego świata. Właściwości fizyczne, które posiada fala dźwiękowa, sprawiają, iż odbiorca może wskazać jego umiejscowienie, określić jego wielkość, a także ruchliwość. Muzyka jest zatem wypadkową co najmniej dwóch czynników: czasu i przestrzeni, choć odbiorca skupia się głównie na dźwiękach.

Posługiwanie się przestrzenią w muzyce innej niż klasyczna pozostaje kwestią artystycznego wyboru. Ujawnia się ono przy realizacji zarówno na płaszczyźnie kompozycyjnej, jak i rejestracyjnej oraz produkcyjnej. Niektóre gatunki muzyki (dub, psychodelia) z założenia opierają na wykorzystaniu zbliżonych formuł kreowania obszarów i wymiarów dźwiękowych. Takie świadome wykorzystanie przestrzeni stanowi także punkt wyjścia dla twórczości wolsztyńskiego zespołu We call it a sound. Kilka lat temu okrzyknięto go jedną z największych nadziei polskiej sceny alternatywnej (zwycięstwo w konkursie Coke Music Festival 2009). Teraz powraca w okrojonym, dwuosobowym (bratersko-bliźniaczym) składzie z wydanym własnym sumptem albumem Trójpole. Wolsztynianie niewątpliwie czerpali inspiracje do nowego materiału z lat osiemdziesiątych, np. poprzez wykorzystanie idei budowania perspektywy dźwiękowej w oparciu o pogłosy i znaczącą rolę instrumentów klawiszowych. Całość dopełniana jest przez automat perkusyjny wprowadzający specyficzny rodzaj syntetyczności (choć należy zaznaczyć, że żywy perkusista pojawia w czterech utworach). Natomiast gdzieś na drugim planie można usłyszeć chłód typowy dla nowej fali.

Jednak wbrew pozorom nie mamy do czynienia z projektem archaiczno-nostalgicznym, bo użyte środki nie zakreślają granic muzycznych, ale są doskonałą bazą wypadową do muzycznych poszukiwań. Pojawiają się więc liczne nawiązania do folku, a nawet, co dla mnie jest najjaśniejszym aspektem tej płyty, do folkloru. Co istotne, nawiązania te nie przybierają formy modnych ostatnio i dość ciężkostrawnych cytatów z muzyki ludowej poprzez wykorzystanie jej melodyki lub instrumentarium. Zamiast tego We call it a sound proponuje autorską interpretację muzycznych korzeni. To taki rodzaj folkloru, którego nie wyrywa się z kontekstu, ale wplata się w kompozycje wprost z duszy. Dlatego efekt końcowy niesie ładunek bezpretensjonalnej energii, która kumuluje się w wieńczącym płytę, fantastycznie przebojowym numerze Smugi.

Trójpole rozpoczyna się dość niepozornie. Wstręt, pomimo iż jest utworem promującym album, sprawia wrażenie mocno hermetycznej, osobistej deklaracji. Za to w kolejnej piosence – Tatarak – zostajemy już nieodwołalnie wciągnięci w muzyczne manewry na świeżym powietrzu. Następujące po nim Barwy ochronne to chwila wytchnienia połączona z kontemplacją przepastnych akwenów, którymi dryfujemy prosto w Bajki. Ta piosenka stanowi otwarcie nowego rozdziału. Przenosimy się w rejony bliskie twórczości brytyjskiej grupy Alt–J. Robi się zdecydowanie bardziej tanecznie i pokusa ruchu opuszcza nas dopiero przy W pełnym słońcu. Ten utwór, będący swoistym, postmodernistycznym dialogiem z W południe Grześkowiaka, z mocno niepokojącą solówką klarnetu, staje się bramą, przez którą docieramy w rejony folkowe, które towarzyszyć nam będą aż do końca albumu.

Warto też poświęcić osobny akapit tekstom. Na poprzednich płytach We call it a sound niepodzielnie królował język Szekspira. Trójpole w całości zaśpiewane jest po polsku. To niewątpliwie odważna decyzja. Nie da się ukryć, że ucieczka w angielski często stanowi doskonałą przykrywkę dla ukrycia banału i mielizn tekstowych. Ale wolsztyński zespół także i w tej jakże istotnej kwestii poradził sobie znakomicie. Opowiadane nam historie doskonale podbijają trójwymiarowy klimat muzyki. Niesprawiedliwe byłoby jednak traktowanie ich wyłącznie jako wypełniaczy, dodatku do dźwięku. To często neurotyczne, nieoczywiste zwierzenia, jak we wspomnianym już Wstręcie (Gaszą mnie te superstary, ociężale, aż spadają / Nic to, że dorastam im do pięt) czy zabawy tekstowe, jak w Tataraku. Pojawiają się też smakowite momenty pełne dwuznacznej ironii, jak w Kawalerskich opowieściach (Na wsi łatwo zostać postawionym w kawalarski stan / Panny wiatr porywa lub przestają przychodzić na świat) i w Smugach (Czarne światła, opętani my, niemieckie techno / Wieś a między polne rejestry, subwoofer często).

Ta płyta jest piękną ucieczką ze stanu wielkomiejskiej klaustrofobii wprost w objęcia przepastnych wiejskich przestrzeni – gdzie możemy pogrążyć się w stanie nieważkości, odpocząć „w błyskach gospody”, zatracić się „w zapachu podwodnych kwiatów”. W pewnym sensie to także urocze oszustwo, bo nie prowadzi nas tam, gdzie się spodziewaliśmy. Ale w tym również tkwi jej siła i specyficzny klimat. Bracia Majerowscy mają wielki talent do budowania dźwiękowych kolaży, potrafią też skutecznie ujarzmiać przestrzeń. Muzyka, którą tworzą, ma swój niepowtarzalny urok. Z jednej strony jest zgodna z trendami, można tu doszukiwać się pokrewieństwa z takimi polskimi artystami jak Skubas, UL/KR czy niedawny solowy debiut Króla. Z drugiej posiada swój oryginalny sznyt. Szkoda byłoby, gdyby We call it a sound zatracił się w medialnym niebycie, co przy zerwaniu współpracy z dużą wytwórnią wydaje się całkiem realnym niebezpieczeństwem. Mam nadzieję, że starczy im cierpliwości, by kontynuować budowę muzycznych światów. Zaś państwu zdecydowanie polecam osobistą podróż w czasoprzestrzenie Trójpola.

Marcin Pawlik

Marcin Pawlik

Marcin Pawlik (ur. 1978) – politolog, prawnik, basista oraz tekściarz zasłużonych zespołów alternatywnych, członek trupy teatralnej Teatr Bob. Czynny kadrowicz Reprezentacji Polskich Pisarzy w Piłce Nożnej. Wydał dwie książki poetyckie „Deklinacja nic” oraz „Bunt na jeziorach”. Mieszka w Krakowie.