• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 29.06.2020
Czy mieszkance Gdańska wolno pojechać do Radomia (mikroturystyka)?
Artykuły | 29.06.2020

Czy mieszkance Gdańska wolno pojechać do Radomia (mikroturystyka)?

Pojechałam do Radomia. To było zaraz po tym, jak ogłoszono, że jednak wolno ostrożnie spacerować. Wdziałam maseczkę i wsiadłam w pusty pociąg, ciesząc się na spotkanie oko w oko z pomnikiem serka homogenizowanego. 

Serek Rolmlecz (jeden z flagowych produktów rodem z Radomia) zdecydowanie zasłużył sobie na takie upamiętnienie. Znalezienie go wymaga pewnej czujności, gdyż jest to serek wielkości naturalnej. Była to niezmiernie interesująca wycieczka – powrót na trasę 49 dawnych stolic wojewódzkich (wyzwanie, które kiedyś podjęli Piotr Paziński, Paweł Dunin-Wąsowicz i Paweł Sołtys – ja uczestniczę trochę na doczepkę), ale też konfrontacja z miastem memicznym. Z niewiadomych przyczyn Radom wybrano bowiem na obiekt powszechnego szkalunku, symbol miasta przegranego. To z Radomia pochodziła Chytra Baba, bohaterka krzywdzących memów sprzed kilku lat, tu powstało lotnisko – modelowa przestrzelona inwestycja, na fejsie Polskę nazywano Radomiem Europy, gdyż tu miały kumulować się, w stężeniu większym niż gdzie indziej, opary rodzimego absurdu. Dlaczego? Nie wiadomo, gdyż Radom, jak się okazało, zaimponował miejską skalą, udaną architekturą modernistyczną (Dom Technika czy Dom Rzemiosła, czyli lata 80. udające 30.!), wreszcie niespodziankami w rodzaju wspomnianego pomnika. Pyszny absurd objawił się co najwyżej w postaci graffiti o treści GOŁE BABY, być może najbardziej udanego napisu na murze, jaki zdarzyło mi się widzieć. 

Radom, fot. Olga Drenda

Zachęceni powodzeniem wyprawy radomskiej, z moim towarzyszem podróży – zapalonym krajoznawcą, udaliśmy się na ostrożne wyprawy do kolejnych dawnych stolic wojewódzkich, przede wszystkim po to, by ponownie dać się zaskoczyć, wytropić ducha miejsca. I tak Elbląg okazał się milenijnie optymistyczną pocztówką z lat 90., całkiem wielkoskalowym miastem przypominającym miejscami Poznań, z jakimś uchwytnym pędem w stronę innowacyjności i wymyślania się na nowo. Siedlce, w mojej wyobraźni miasto sielskie i skromne, okazało się już tkwić w roku 3000, o czym świadczyło natężenie kosmicznych w formie budynków. Ponadto obfitość sklepów i barów rybnych kazała mi pomyśleć, że – podobnie jak Chorzów w dawnym graffiti – również i Siedlce żądały dostępu do morza.  

Odyseja trwa i każde odwiedzone miasto – wojewódzkie, a i czasami mniejsze, przy okazji – zaskakuje czymś, na co wcześniej zupełnie by się nie wpadło. Są specyfiki, klimaty i osobliwości (dlaczego Radom tak ukochał krój pisma Ragtime, czy to dlatego, że też zaczyna się na Ra?), nieoczekiwane bliźniactwa urbanistyczne czy dekoracyjne, pomniki architektonicznych ambicji, pozostałości modernistycznego optymizmu czasów PRL, wreszcie miejsca jakby zupełnie z innych planet. Mój entuzjazm krajoznawczy zdawał się nie mieć końca, zwłaszcza, że stałam się również niespodziewanie posiadaczką roweru, co umożliwiło wyprawy również poza trasy wytyczone przez zasięg kolei i autobusów. Niepewność co do tego, kiedy otworzą granice, zachęciła mnie tym bardziej do planowania wypraw wewnątrz kraju. Jak głosił mem z fanpage’a „Zapisz obrazek jako ahgsfds”: ludzie szukają siebie w Tybecie, a mogliby się odnaleźć w Grajewie. Zawsze to wiedziałam i wolałam odruchowo wyprawy krótkodystansowe, ale teraz zapaliłam się do nich wyjątkowo. Już czekałam, aż na własne oczy zobaczę dworzec PKS w Sulechowie i potężny rogowski elewator zbożowy. Wszystko jawiło się ciekawym, w nieco surrealistyczny i naiwny sposób, jakby wyskakiwało z otoczenia w sposób piękny i pasjonujący.

Radom, fot. Olga Drenda

I tu internet, a z nim: produkcja opinii, postanowił nieco popsuć mi humor. Opiniotwórcze kręgi mediów społecznościowych spieszą z uświadamianiem, że cokolwiek się nie robi, nie jest to niewinne. Nie można bowiem tak po prostu sobie jeździć i chodzić. Jadąc do mniejszego miasta, zabieram ze sobą przecież okrutne, wyższościowe, szydercze oko wielkomiejskie. I to mimo że ostatnie lata spędziłam nie tylko w małym mieście, ale wręcz w lesie, doznając typowych logistycznych uciążliwości życia małomiejskiego, a do wszelkich metropolii przyjeżdżałam zawsze w umorusanych leśną ściółką butach. Piszę książki, więc stałam się „guilty by association”, tak jakby małomieszczanie z zasady nie interesowali się literaturą. 

Wycieczki krajowe zawsze wydawały mi się bardzo niewinnym i pożytecznym hobby, zdarzyło się jednak, że tu i ówdzie zasiewano wątpliwość: czy wizyta w innym mieście i robienie tam zdjęć nie jest już szyderstwem? Czy antropologiczna dobra wiara w zadziwienie znajomym otoczeniem nie jest grzechem orientalizacji? Zrobiło mi się smutno. Już wyobrażałam sobie konsekwencje takiej postawy, może etycznie krystalicznej, ale niewykonalnej bez zupełnego podzielenia świata na niestykające się ze sobą atomy. Krajoznawstwo będzie postrzegane jako hipsterska (czy jeszcze się tak mówi?) zajawka skażonych poczuciem lepszości miastowych. Zwyczajni ludzie wolą przecież jeździć na zagraniczne wakacje, zobaczyć coś nowego w typowo turystycznych miejscowościach. Być może ktoś stwierdzi, że krajoznawcy nie powinni zapuszczać się poza swoje miasta, ewentualnie odwiedzać tylko desygnowane kierunki turystyczne, zabytki i trasy, bezpieczne symulakra. Przestać interesować się codziennością, otoczeniem drugiego człowieka, obiektami użytkowymi. Zrezygnować z ambicji poznania i lepszego zrozumienia. Jeśli bowiem zakładamy, że wszystko, co robimy, jest obciążone oceną, i to oceną nieprzychylną (czy to paternalistyczną, czy pozornie dobrą – i tak źle, i tak niedobrze), to jedynym sposobem, by niczego nie naruszyć, jest trzymanie się z daleka. 

Skąd bierze się ta nadgorliwość w poszukiwaniu szyderstwa i pogardy? Trudno powiedzieć, czy to rzut na taśmę, przez który autorzy obrywają za nieswoje winy (przez skojarzenie z, na przykład, niesprawiedliwymi memami o Radomiu, wyższościowymi wypowiedziami kogoś znanego, materiałami prasowymi czy telewizyjnymi, w których przedstawia się jakieś miejsce w negatywnym świetle). A może to raczej postawa defensywna, potrzeba uprzedzenia ewentualnego ataku: zanim nas oszkalują, poczujmy się oszkalowani już na zapas. U niektórych to pewnie źle ulokowane dobre intencje i nadwyżka sprawiedliwego gniewu, przez co bronią tych, którzy wcale nie życzą sobie obrony. Gdy wyszła Polska przydrożna Piotra Mareckiego, wokół niedużej książeczki powstała chmura opinii, równie ciekawych jak ona sama, będących poniekąd formą rozszerzonej rzeczywistości. Autor skwapliwie publikował je na swoich profilach. Wyłaniał się zeń obraz pewnej projekcji. Sam Marecki opisywał swoją rajzę po małych miejscowościach w sposób raczej neutralny, nieco autoironiczny, po „haartowemu”, ale bez ornamentów, stylizacji, przekąsu, i ten brak, rozsadzający oczekiwania i kategorie poznawcze, zachęcił licznych odbiorców do przejścia w tryb „autouzupełnianie”. Że skoro pisze, że zatrzymał się w barze z pierogami, to na pewno uważa, że z pierogami musi być coś nie tak. Więcej niż o samej książce mówi to o pewnym odruchu kolanowym związanym z tekstami o umownej „prowincji” – odruchu uzasadnionym lub nie. Inni czytelnicy cieszyli się z obrazu „prawdziwej Polski”, tak jakby we Wrocławiu czy Gdańsku barów z pierogami nigdy nie było. 

Radom, fot. Olga Drenda

Przewrotność sytuacji polega na tym, że Marecki przedstawia Polskę, która w każdym miejscu jest do siebie dość podobna. Różnią się niuanse regionalnego nazewnictwa, odległości, czasami typy dróg, zabudowa, to, czy ktoś pracuje więcej w polu, czy w mieście. Ale fast food, lody świderki, katalogi deweloperskie, dyskonty, kebab, sushi, sieć z płazem w herbie, fotografia stockowa i banery reklamowe, „Wszystko za 4 zł”, ogrodzenie stalowe z marketu budowlanego, blachodachówka, paczkomaty, przedłużanie rzęs oraz sklepy internetowe ujednoliciły styl życia i aspiracje. Tak, w Krakowie są wyższe zarobki, ale jeśli ktoś w Laskowicach Pomorskich chciałby kupić mleko sojowe do kawy, również może to zrobić, nawet jeśli to mniej powszechny nawyk. 

To dlatego nie bardzo chce mi się wierzyć w powszechność prowincjonalnej dumy. Czułam raczej odwrotność prowincjonalności, czyli oczywiste przekonanie, że w Mławie można mieszkać na takim samym nowoczesnym osiedlu jak w Krakowie, a w Ciechanowie jeść taką samą sałatkę z krewetkami jak w Warszawie. Zapewne już całkiem niedługo większość miejscowości będzie wyglądać podobnie, a sequel Polski przydrożnej może przypominać raczej przejazd autostradą. Dlatego, nieco nieoczekiwanie, muszę na koniec bronić krajoznawstwa, nawet tego z hipsterską nutą, jako zjawiska elegijnego, wyczulonego na resztki różnorodności. Ona zniknie – nie dlatego, że będzie to dzieło jakichś kapitalistycznych sił zła, ale dlatego, że odpowiada to samym mieszkańcom miast i wsi. 

____

Tekst jest częścią cyklu „Podróż do wnętrza głowy” przygotowanego razem z Krakowem Miastem Literatury Unesco i Krakowskim Biurem Festiwalowym