gora-tajget-janota
RECENZJE | 04.04.2016

Czorno przepaść bez dna (A. Dziewit-Meller „Góra Tajget”)

W ramach programu, którym zarządzano z biura przy Tiergartenstrasse 4 w Berlinie, wymordowano kilkaset tysięcy osób obciążonych wadami genetycznymi i chorych psychicznie. Nazywana często preludium do Zagłady, akcja T-4 miała wyeliminować „życie niewarte życia”. Ułomnych rozstrzeliwano lub umieszczano w ciężarówkach i zatruwano spalinami. W szpitalu w Lublińcu zabijano mniej efektownie i nie tak efektywnie, bo luminalem. Wolniej i po cichu.

To właśnie tu, w śląskim mieście, zawiązuje się historia opowiedziana przez Annę Dziewit-Meller w Górze Tajget. Sebastian prowadzi zlokalizowaną przy czynnym szpitalu psychiatrycznym aptekę, którą odziedziczył po ojcu. Gdy na świat przychodzi dziecko, z nagła dopada go niepokój. Boi się o nowo narodzoną córkę i żonę Karolinę, a przed oczami stają mu obrazy samochodowych wypadków i połamanych wózków dziecięcych, rozczłonkowanych ciał noworodków i bestialskich dzieciobójstw. Ten lęk, objawiający się coraz częściej spoconym ciałem i nocnymi koszmarami, udaje mu się nazwać i wytłumaczyć dopiero po przypadkowym spotkaniu z panem Zgierskim, nauczycielem fizyki z licealnych czasów. Dzięki niemu dowiaduje się o losie dwustu dzieci zamordowanych w miejscowym szpitalu, o których do tej pory z powodów politycznych i biznesowych w żaden sposób nie przypomniano światu.

To wątek Sebastiana nadaje rytm i wytycza kierunek Górze Tajget, ale tworzą ją także inne historie: dystyngowanej profesor psychiatrii Gertrudy Luben oskarżonej o udział w nazistowskiej eutanazji i oczyszczonej z zarzutów, starej Zefki opowiadającej na łożu śmierci o wojennych doświadczeniach na Śląsku, porzuconego na śmierć i szczęśliwie ocalałego małego Ryszarda oraz Adika, który cudem wyrwany w dzieciństwie rwącej rzece stanie się przywódcą III Rzeszy. Mimo że osadzone w różnych czasach i odległych miejscach, w końcu przecinają się w miejscu centralnym dla tej opowieści – szpitalu dla psychicznie chorych w śląskim miasteczku.

Opis dzieciństwa profesor Luben, wychowanej ascetycznie i w protestanckim duchu, jest literacką kalką tego, co nie tak dawno w Białej wstążce próbował powiedzieć Michael Haneke. Jej koledzy po fachu, którzy w zaciszu swoich gabinetów badają pozyskane w ramach nazistowskiego programu eutanazji mózgi i pokazują je studentom, przypominają postać Helmholtza z Chlewu Piera Paola Pasoliniego. Pan Zgierski, który tyle w przypływie dobrej woli, co ataku prawdziwej manii walczy o pamięć pomordowanych, ma wiele wspólnego z głównym bohaterem Pokłosia Władysława Pasikowskiego, a nawiedzający Sebastiana zmarli – bo chyba tu należy szukać źródła jego nagłego lęku przed utratą córki – mają dla fabuły powieści Dziewit-Meller znaczenie tak kapitalne, jak dla Demona Marcina Wrony i Nocy żywych Żydów Igora Ostachowicza.

To wszystko dobrze więc już znamy, ale nie szkodzi. Inaczej niż w horrorze Ostachowicza, zmarli nie wstają z grobów i nie odgrywają powstańczego teatru w kostiumach zombi. Nie dostają też roli dybuka opętującego ciało pana młodego, na wzór tego z filmu Wrony. Dziewit-Meller jest daleka zarówno od popkulturowego sztafażu, jak i dosłownego spirytyzmu. Obecny cały czas w tle tej opowieści szpital nie ma też nic wspólnego z nawiedzonymi przestrzeniami horrorów klasy B. Tutaj po prostu zapomniani umarli wzywają do odgruzowania pamięci i pociągają żyjących do osobistej odpowiedzialności za jakość wspólnego doświadczenia przeszłości. Nawet jeśli ich działanie dosięga ciał bohaterów (Sebastian nie może spać i drżą mu ręce), zamordowani figurują tu przede wszystkim jako pełnomocnicy utraconej pamięci.

Tytułowa Góra Tajget to miejsce, z którego starożytni Spartanie rzucali w przepaść ułomne dzieci. Dziewit-Meller – na tyle, na ile pozwala jej powieściowa konwencja – rozważa etyczny wymiar eutanazji, która przecież nie zaczyna ani nie kończy się w ponurej epoce Hitlera. Niełatwe doświadczenie Zefki, która w czasie wojny zaszła w ciążę w wyniku gwałtu, historia małego Adika, którego ocalenie cieszy (bo to dziecko) i smuci (w perspektywie znanego nam ciągu dalszego), niezachwiana pewność siebie Gertrudy Luben – to wszystko rozmazuje jasny podział na dobro i zło, godne umieranie i odbieranie życia gwałtem. Tym samym – celowo lub nie – powieść Dziewit-Meller włącza się w trudną debatę o granicach zarządzanej przez medycynę śmierci.

Od razu widać, że autorka nie próbuje awangardowego języka ani nie podszywa się pod literaturę wysoką. Publicznie występuje w obronie tzw. literatury środka. Kto wie, może to z tych wyborów wynika urzekająca autentyczność jej powieści? Może właśnie tak – afektywnie i bez formalnego ekscentryzmu – należy zbliżyć się do nieuchwytnej realności Zagłady? Może oprócz strategii języka w stanie kryzysu istnieje inna droga reprezentacji nieprzedstawialnego – droga pełnych zdań i miarowego oddechu? Spójrzmy na wiersz, który otwiera Górę Tajget:

 

Dej mi pokój, dej pokój, łostow mie, dioble.

Bo ty żeś dioboł, choć bioły. Jo nie poradza już

dychać, już mie bieróm, już mie rozrywajóm

na drobne, na skrowki, we piersiach mie poli

żarym, jynzyk sie robi napuchły i strzimać już nie

moga bólu, kiery żeś mi prziniós, jakżeś mie ciepnoł

bez tyn króng z łognia. Widza ich małe twarziczki,

patrzóm na mie choby zza jakiej biołyj gardiny,

a to zza zosłony dymu patrzóm, bo to jo sie pola,

jo skwiercza jak wieprzek na łogniu. I widza, jak się

kładóm jedyn łobok drugigo, za rynce sie chytajóm

i cicho płaczą, coś szeptajóm, ino jo ich już niy moga

usłyszeć, bo mój własny ryk zagłuszo wszystko.

Nie poradza już nic, zamykóm łoczy i skacza w dół,

w tyn piekielny jynk i czorno przepaść bez dna.

 

Literatura autentycznego doświadczenia, o której mowa, musi wynikać z wiary, że da się zaangażować język do pisania o sprawach kluczowych w sposób szczery. Po prostu. Nawet jeśli Góra Tajget jest miejscami nierówna i daleko jej do arcydzieła, Dziewit-Meller podziela tę wiarę. Dziwny niepokój, z którym czytelnik pozostaje sam na sam po lekturze, pokazuje, że nie ma w tym naiwności. Przeciwnie – tak oto literatura autentycznego doświadczenia, na równi z pisarstwem tropiącym pęknięcia i uskoki rozbitej w XX wieku mowy, może zajrzeć w „czorno przepaść bez dna”.

 

Anna Dziewit-Meller

Góra Tajget

Wielka Litera, 2016

Liczba stron: 247