tymon tymanski
RECENZJE | 17.12.2013

„Człowiek ze złota i gówna” (Tymon Tymański „AD/HD”)

To kwestia pracy, woli i determinacji, żeby stworzyć fabrykę swojego umysłu, a później codziennie w niej napierdalać jak szeregowy robol.

Tymon Tymański AD/HD

 

Sowizdrzał, wariat, Mr Chaos i pan Pedant. Kompozytor, autor i improwizator… – tak chyba powinnam zacząć. Zmiksować to jeszcze z napomknięciami o sztuce totalnej, wylewaniu się, walce popu z offem, tysiącu muzycznych formacjach i związkach. Dodać yass, dodać zen, dodać Sarę Brylewską, dolać do tego jeszcze trochę antynomii (Tymon się (nie) sprzedał?), a na końcu postawić pomnik. Ale nie zacznę w ten sposób. Raz, że blurbowe piguły powinny być karalne, dwa, mam silne przeświadczenie, że Tymona Tymańskiego i tak nikomu przedstawiać nie trzeba. Przede wszystkim dlatego, że sam robi to lepiej. Między innymi na łamach AD/HD.

Warto natomiast przedstawić od razu Rafała Księżyka, tutaj jako interlokutora Tymańskiego (można też przypomnieć, że jest redaktorem naczelnym „Playboya” oraz jednym z najbardziej znanych i cenionych polskich dziennikarzy i krytyków muzycznych). Nazwisko Księżyka chcę na wstępie podkreślić z dwóch względów: po pierwsze, ponieważ ujęły mnie rozpisane na ponad pięciuset stronach jego wielki takt, profesjonalizm oraz erudycja – muzyczna i życiowa. Po drugie dlatego, że konsekwencją powyższego jest pewnego rodzaju „przezroczystość” dziennikarza w tym tekście; efekt wzmocniony tutaj dodatkowo przez dwa czynniki: oczywisty – żywioł w postaci Tymona – oraz mniej oczywisty – prawie niewinny podtytuł AD/HD „autobiografia”. Mam ochotę zaznaczyć, że publikacja ta to jednak przede wszystkim rozmowa, autobiograficzny wywiad-rzeka, a połowa sukcesu leży po stronie Księżyka. I chociaż Tymański (zgodnie z oczekiwaniami naszymi i zapewne wydawnictwa) zgarnia całą uwagę, nietaktem byłoby nie wspomnieć o wielkiej pracy Księżyka, jego doskonałym przygotowaniu, świetnym sterowaniu rozmową, wyczuciu oraz prawdziwym redaktorskim talencie. Come on, jak bardzo interesujący musi być człowiek, który był w stanie ogarnąć chaos?

Interesujący tym bardziej że, dla przypomnienia, ma na swoim koncie już dwie inne rozmowy z polskimi muzykami, obie bardzo udane i przyjęte z dużym entuzjazmem zarówno wśród czytelników, jak i krytyków: z Tomaszem Stańką (Desperado, 2010) oraz Robertem Brylewskim (Kryzys w Babilonie, 2012). Jego projekt rozmów z artystami (kto kolejny, kto kolejny?), świetnie wydany i opracowany pod opiekuńczymi skrzydłami Wydawnictwa Literackiego, to w polskim światku muzyczno-wydawniczym ciągle rzecz świeża i interesująca. Jak zresztą miałaby się nie sprawdzić formuła wywiadu-rzeki z wyrazistymi osobowościami, w sposób wyważony i artystycznie udany łącząca prywatne i publiczne, jednostkowe i wspólnotowe, nie osuwająca się ani w łatwe podsumowania, ani w ekshibicjonistyczne wynurzenia, do tego pięknie wydana, a sygnowana nazwiskiem mocnym i znanym? Z chęcią więc spoglądamy w twarz przystojnego Tymona mierzącego do nas na okładce z gitarowego gryfu. A celuje nam prosto w serce, oczywiście.

No dobrze, koniec zagadywania, czas powrócić już do Tymańskiego. I tutaj od razu mam ochotę się zająknąć. Bo trudno jest jednak pisać o tekście tego typu bez ryzyka (czy nawet pokusy) recenzowania życia samego autora (może bardziej: współautora, pamiętajmy wszak, że z klasyczną autobiografią tu do czynienia nie mamy). A tego chciałabym uniknąć za wszelką cenę.

Więc może inaczej. Na ponad pięciuset stronach obserwujemy dojrzewanie jednego z najbardziej zakręconych, niepokornych i interesujących polskich artystów ostatnich trzech dekad. Artysty czasem (uwaga, wielkie słowo) kultowego, czasem wszechstronnego, czasem irytującego, na pewno niezwykle charyzmatycznego, kreatywnego i płodnego. Człowieka, który stworzył dziesiątki formacji, wziął udział w setkach projektów, wynalazł yass, nagrał P.O.L.O.V.I.R.U.S. i prawdopodobnie ma najbardziej odjechane poczucie humoru na polskiej scenie muzycznej (jeżeli ktoś jeszcze nie doświadczył mentalnego i językowego ADHD Tymańskiego, może nadrobić braki, włączając choćby poranną audycję Radia Roxy Ranne Kakao – albo to). Historia zaczyna się na gdańskim osiedlu nauczycielskim w roku 1968 i nabiera rozpędu, przedstawiając chronologicznie kolejne najważniejsze epizody z biografii Tymańskiego: jego dojrzewanie artystyczne i życiowe, fascynacje (m.in. Coltrane, karate, medytacje zen), formacje (począwszy od Sni Sredstvom Za Uklanianie, przez Miłość, Kury, Trupy, na The Transistors kończąc, ale nie zapominając także o projektach takich jak Czan, Tymański Yass Ensemble, The Users czy Poganie), dokonania muzyczne (tu przede wszystkim współpraca z Lesterem Bowiem, dzieje wydawnictwa Biodro, sławny P.O.L.O.V.I.R.U.S nagrodzony Fryderykiem – której to okazji towarzyszyła także słynna przemowa muzyka na gali w Sali Kongresowej, brutalnie przerwana przez wyłączenie Tymańskiemu mikrofonu), literackie (Poezye, Chłopi III wraz z Sajnogiem) i filmowe (współpraca ze Smarzowskim przy Weselu, Dzierżawskim przy Miłości, w końcu powstawanie debiutanckiego Polskiego gówna, filmu nadzwyczaj szeroko omówionego jeszcze przed jego premierą – ale czekamy i tak niecierpliwie). To także obszerny katalog książek, płyt i filmów, które kształtowały Tymańskiego, a przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy w życiu artysty się pojawiali, znikali i zostawali (a że ten zna wszystkich, rzecz staje się naprawdę frapująca – ilość bohaterów oraz stopień skomplikowania ich relacji przyprawia o zawrót głowy, tak że w pewnym momencie mamy wrażenie, że obcujemy z przedziwną awanturniczo-romansową sagą przygodową polskiej sceny alternatywnej ostatniego ćwierćwiecza – istna bomba).

Lektura to wartka. Może dlatego, że ekshibicjonistyczne tendencje muzyka w tego typu publikacji sprawdzić się po prostu musiały i wybrzmiały znakomicie. Pewnie też dlatego, że to po prostu Tymon, którego elokwencja, inteligencja i niezwykłe życie (prywatne i muzyczne) już stanowią obietnicę udanej historii, a wzięte w karby redakcyjnego kieratu zamiast ukrócić wolność, przekazują odbiorcy przekaz w końcu wolny od szalonego tempa i nie zawsze przyjaznej dykcji. Setki fascynacji i tragedii wybrzmiewają bardzo szczerze w tekście, który nawet nie próbuje oszukiwać przezroczystością (kto posłucha Tymona, a potem poczyta AD/HD, bez wątpienia zrozumie, co mam na myśli), a opozycje ścierają się tu w zaskakująco afirmatywnym tonie. Śmiech z polskiego gówna i nieudaczy lokalnego szołbizu przeplata się z refleksją na temat własnego półcelebryctwa, miłość własna waży ze sporym dystansem i ogromnym poczuciem humoru, jazz uzgadnia z punk rockiem i rock’n’drollem, filozofia buddyjska z frustracją, wrażliwość z wulgarnością. I nic nie dziwi. I nie ma nadprodukcji czy inflacji wyrazu.

I tak wkraczamy w absurd Totartu, obserwujemy odlot Sajnoga do Nieba, zostajemy wprowadzeni w historię polskiego yassu, razem z Tymonem poszukujemy Miłości. Poznajemy wszystkich i doświadczamy wszystkiego. Wchodzimy na ścieżki buddyzmu, ale też wyruszamy na zwariowane koncertowe trasy. Raz przyglądamy się chorobie psychicznej Oltera, raz Maleńczukowi w butach z wężowej skóry za trzy tysiące złotych. Raz wchodzimy w postpostpostmodernistyczną zabawę, raz oddajemy się medytacjom na temat życia, śmierci, przyjmując, że egzystencja jest aktywnym uczestnictwem w stracie. I wciąż uśmiechamy się do Gombrowicza.

Dochodzimy do paradoksów, które nie dziwią. Które układają się w tekście i głowie aż niepokojąco wygodnie. Chaotyczny element w postaci Tymańskiego w fuzji ze świetnie przygotowanym Księżykiem sprawiły, że do rąk dostajemy dzieło kontemplacyjne i wywrotowe zarazem: największe „przyciężkawe” akcje i odpały Ryszarda zostają uporządkowane w ramach spokojnej, logicznej narracji, z kolei najłagodniejsze nuty i medytacje zen potrafią rozwichrzyć opowieść niczym potężny pocisk. Podkreślany przez samego artystę egotyzm i miłość własna znów (nie)paradoksalnie wprowadzają na scenę kolejne postaci, tworząc pole dla obszernej opowieści o polskiej muzyce, jej ciekawych i nieciekawych wątkach, alternatywie i mainstreamie, eksperymencie i rzemiośle. Zaproszeni przez samego autora wchodzimy z butami do jego życia, po czym, zanim jeszcze dotknie nas voyerystyczna przyjemność, orientujemy się, że w gruncie rzeczy przyglądamy się nierzadko doświadczeniom własnym. Jednogłosowa narracja nad wyraz często przeradza się w pokoleniowy głos, encyklopedię nazwisk, dat, wydarzeń i terminów; zapis czasu. I wszystko bez efektu taniej sensacji: tej nie uświadczą nawet ci, których najbardziej interesowałyby pikantne, udzielone zresztą, szczegóły związku z młodą Sarą Brylewską czy innymi kobietami. Rzecz rozbija się o co innego, a medialny Tymański ciągle nie jest celebrytą (chociaż artystą niszowym też nie).

Na koniec jeszcze raz z przyjemnością chcę wspomnieć o świetnym przygotowaniu publikacji: zarówno redaktorskim, jak i edytorskim. Czytelny podział na większe i mniejsze całostki oraz przejrzysty spis treści to jedno, bardzo dobra typografia i skład drugie, po trzecie wydawnictwo opatrzone jest nie tylko zbiorem świetnych, także archiwalnych fotografii (można nawet podziwiać Tymona w stroju adamowym, dla niecierpliwych: strona 336), zdjęć plakatów i manuskryptów (nawet na wyklejkach!), ale, co mniej spotykane, także szczegółowym i niesztampowym kalendarium artystyczno-biograficznym, dyskografią, filmografią, spisem ilustracji, a nawet indeksem nazwisk i zespołów muzycznych. Dzięki temu ostatniemu autobiografia Tymańskiego jeszcze bardziej pretenduje do miana swoistej, wcale niehermetycznej encyklopedii muzyczno-towarzyskiej.

Tymon Tymański

AD/HD

Rozmawia Rafał Księżyk

Wydawnictwo Literackie, 2013

Liczba stron: 533