• Patronem wydania jest Kraków Miasto Literatury UNESCO
Artykuły | 08.09.2019
Czego uczymy (się od) dzieci (Popteksty)
Artykuły | 08.09.2019

Czego uczymy (się od) dzieci (Popteksty)

W naszych kulturowych narracjach coraz częściej zdaje się dominować poczucie bezradności wobec wyzwań, jakie stawia przed nami współczesność. Być może klucz do przezwyciężenia impasu kryje się w literaturze dla młodszych czytelników.

Jako czytelnik zmienny, lubiący przeskakiwać z kwiatka na kwiatek (w dodatku chętniej sięgający po książki zagraniczne niż polskie), przygotowałem sobie jakiś czas temu listę interesujących mnie w danym momencie pozycji, którą regularnie aktualizuję. Znalazła się na niej również uhonorowana właśnie Nagrodą Literacką Gdynia Krótka wymiana ognia. Niedawno natrafiłem jednak na podcast, w którym autorka Zyta Rudzka przyznała, że nie rozumie czytelników oczekujących, że bohaterowie literaccy będą się zmieniać, ponieważ tak się dzieje tylko w filmach. Wtedy straciłem zainteresowanie.

Lubię, kiedy bohaterowie się zmieniają – może dlatego czytam książki dla dzieci i w ogóle się tego nie wstydzę. Mógłbym w tym miejscu zacytować C. S. Lewisa: Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce; w tym obawy przed dziecinnością i pragnienia bycia dorosłym. Ale właściwie nigdy nie przestałem ich czytać, ponieważ, jak wie każda miłośniczka książek dla dzieci, najlepsze z nich nie są pisane tylko dla dzieci. Opowieści z Narnii zastąpił z czasem Harry Potter, który towarzyszył mi przez cały wiek nastoletni. Z kolei fascynacja fantastyką pozwoliła zapoznać się choćby z Koraliną Neila Gaimana; później zaś przyszła pora domykania ciągle otwartych klamr z dzieciństwa (jak np. przeczytanie wreszcie w całości Niekończącej się opowieści) i zgłębiania klasyki gatunku: Dianny Wynne Jones, Alana Garnera, Susan Cooper, The Box of Delights Johna Masefielda, Moondial Helen Cresswell. W końcu wróciłem nawet do Narnii.

Literatura dla młodych czytelników częściej niż jakakolwiek inna daje mi gwarancję, że znajdę to, co cenię w literaturze w ogóle. Po pierwsze: zwięzłość i przejrzystość stylu (Neil Gaiman: Powiedziałem kiedyś, że nie potrafiłbym uzasadnić każdego słowa w Amerykańskich bogach, ale potrafiłbym w Koralinie). Po drugie: twórczą wyobraźnię wolną zarówno od realizmu pojmowanego nie jako prawda emocjonalna, a zgodność z prawami fizyki, jak również (tak często pętających np. fantasy) konwencji gatunkowych. Po trzecie, owszem, ewoluujących bohaterów.

Co to właściwie znaczy, że bohaterowie się zmieniają? Dla mnie kluczowe jest to, by rozpoznawali swoje problemy i podejmowali wysiłki w celu ich naprawienia. Trafnie opisuje to Diana Wynne Jones (w Polsce znana głównie jako autorka Ruchomego zamku Hauru) w eseju Writing for Children: A Matter of Responsibility (czyli Pisanie dla dzieci: kwestia odpowiedzialności – niestety nieopublikowany po polsku), w którym wskazuje, że fantastyczne wydarzenia opisywane w książkach dla dzieci uczą wykorzystywania wyobraźni do analizowania rozmaitych sytuacji, możliwych konsekwencji – i szukania rozwiązań. 

Nie znaczy to, że oczekuję od literatury dziecięcej rozwiązywania moich własnych problemów – ostatecznie większość z nich jest odmienna od dylematów dziecka. Istotne jest jednak dla mnie nakierowanie nie tylko na nazywanie problemów, ale też ich rozwiązywanie. Natomiast w czytanej przeze mnie w tym roku głównonurtowej polskiej literaturze dla dorosłych (zastrzegam, że jest to zestaw ograniczony i wybiórczy) o problemach pisze się chętnie, jednak o rozwiązania już dużo trudniej. Przykładowo: Zdrój Barbary Klickiej opowiada o kontroli, jakiej poddaje się kobiece ciało; Lata powyżej zera Anny Cieplak o traumach związanych z dorastaniem dziewczyny, później młodej kobiety w pierwszej dekadzie XXI wieku; Ale z naszymi umarłymi Jacka Dehnela o upowszechnianiu polskiego nacjonalizmu i ksenofobii; Potop Salci Hałas – o wykluczeniu społecznym i katastrofie ekologicznej. W finale wszystkie te powieści ukazują porażkę bohaterów, piętrzą kolejne tragedie albo zawieszają akcję bez jej rozwiązania. Raziło mnie to szczególnie w przypadku dwóch ostatnich powieści – może dlatego, że obie prezentują szerszą, bardziej panoramiczną perspektywę (podczas gdy pozostałe skupiają się na losach jednostek).

Potrafię sobie wyobrazić następujące uzasadnienie podobnych decyzji artystycznych: świat (obojętnie, czy mówimy o planecie, czy o coraz mniej liberalnych demokracjach rozwiniętego kapitalizmu w dobie katastrofy klimatycznej) jest miejscem pełnym niesprawiedliwości i nieszczęść. Twierdzenie, że wszystko będzie dobrze, byłoby nieuczciwością wobec czytelniczek, skoro wiele wskazuje na to, że wiara w pozytywne zakończenie byłaby naiwnością. Aby skłonić czytelników do działania na rzecz poprawy świata, najlepiej skonfrontować ich z niesprawiedliwością i odmówić pomyślnego rozwiązania – wywołać frustrację, smutek, gniew, które staną się kołem napędowym zmian.

Sądzę, że moje wyobrażenie nie jest odległe od prawdy. W podcaście Zdaniem Szota Jacek Dehnel na pytanie o możliwość wyjścia z opisywanego w Ale z naszymi umarłymi problemu odpowiada: Ta książka nie jest optymistyczna, ja nie mam żadnych recept. Ja nie przynoszę tutaj czytelnikowi pigułek, że jak sobie weźmie, to przejdzie. Nie ma czegoś takiego. Również Salcia Hałas, autorka apokaliptycznego Potopu, stwierdza w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej”, że minęliśmy już punkt, za którym nie ma powrotu, a Kit Power, autor mikropowieści The Finite, w rozmowie z Jackiem Grahamem opowiada o tym, jak wcześnie w trakcie pisania zdecydował, że książka nie da czytelnikowi katharsis. Jeśli będzie chciał katharsis, sam będzie musiał je zdobyć. 

Można jednak zastanawiać się, czy taka perspektywa rzeczywiście wywołuje zamierzone efekty. Literatura może, a czasem nawet powinna mówić o problemach, z którymi się zmagamy. Ale jeśli autorytatywnie stwierdza przy tym, że dobrze nie będzie, to staje się tylko kolejną wersją telewizyjnych wiadomości: częścią ciągu alarmujących doniesień o kolejnych kryzysach i tragediach. Jak wskazują badania, wiadomości wywołują w nas głównie lęk i przygnębienie. Jest takie powiedzenie, że sztuka powinna koić niespokojnych i niepokoić spokojnych (ang. comfort the disturbed and disturb the comfortable); wydaje się, że głównonurtowa literatura dla dorosłych traktuje czytelników jako zbyt spokojnych w obliczu problemów, z którymi się zmagamy. Tymczasem wokół siebie widzę – szczególnie wśród osób czytających – coraz więcej niepokoju i poczucia bezradności związanych np. z katastrofą klimatyczną. Jak mówi cytat przypisywany Frederikowi Jamesonowi i Slavojowi Žižkowi: łatwiej nam wyobrazić sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu.

Pesymistyczne stwierdzenia dotyczące przyszłości łatwo stają się komunałami (jak stwierdzenia typu: „tak to już w życiu jest”; „wszyscy politycy kradną”) lub, co gorsza, samospełniającymi się przepowiedniami. Jak w rozmowie ze Stanisławem Krawczykiem mówi Marek Oziewicz: nieprzewidzianą konsekwencją pesymistycznych narracji jest podświadome programowanie nas w taki sposób, byśmy oczekiwali załamania cywilizacyjnego. Tymczasem Diana Wynne Jones we wspomnianym wyżej eseju tak pisze o znaczeniu pomyślnych zakończeń: Ważnym elementem […] jest, że historie powinny na ogół kończyć się szczęśliwie – a przynajmniej sprawiedliwie dla złoczyńców i bohaterów. To również część tego, jak powinno wyglądać życie. Umysł […] jest zaprogramowany do radosnego zmagania się z problemami i dążenia do ich rozwiązania. Zakończenie, które sugeruje – bo pisarz wierzy, że to „realistyczne” – że da się osiągnąć tylko połowiczne zwycięstwo, oznacza, że dzieci będą dążyły tylko do tej połówki. A ponieważ rzadko osiąga się wszystko, do czego się dąży, uda im się uzyskać tylko ćwiartkę celu albo jeszcze mniej

Nawet najlepsze książki dla dzieci nie są w stanie przedstawić kompleksowych rozwiązań problemów, przed którymi stoimy; ale z każdej z nich da się wyłuskać przynajmniej cząstkową odpowiedź. Dziś seria o Harrym Potterze i jej polityczny wydźwięk często stają się przedmiotem krytyki jako wyraz (neo)liberalnego światopoglądu, tęsknoty za status quo, które tak naprawdę przyczyniło się do powstania zalewającej nas dzisiaj fali prawicowego populizmu. Jest to często krytyka zasadna – wystarczy wspomnieć choćby o staraniach Hermiony mających na celu emancypację zniewolonych skrzatów domowych, przedstawionych jako z gruntu śmieszne – ale pomijająca obserwacje cenne i często dość radykalne. Wystarczy choćby sięgnąć po Harry’ego Pottera i Zakon Feniksa, by przeczytać o młodych ludziach, którzy wobec odzyskania sił przez ksenofobicznych magicznych suprematystów i nieadekwatności działań rządu zaczynają sami tworzyć organizację mającą na celu obronę zagrożonych.

Z kolei po lekturze Ale z naszymi umarłymi wróciłem do The Owl Service Alana Garnera. To pod pewnymi względami podobna historia, w której uśpiona mityczna przeszłość powoli budzi się, zaczyna coraz mocniej oddziaływać na żyjących i grozi powtórzeniem międzypokoleniowej traumy o podłożu klasowo-etnicznym, zasadzonej na konflikcie między zamożną angielską rodziną a walijską służbą. Ale rozbudzona magia może unicestwić wszystkich i osoby odpowiedzialne za jej uaktywnienie w porę orientują się, że konieczne będzie pojednanie i zadośćuczynienie.

Myślę też, że to właśnie literatura ma tutaj szczególną rolę do odegrania jako laboratorium nowych narracji. Media audiowizualne, choć bardziej popularne, wymagają nakładów finansowych, które utrudniają opowiadanie nowatorskich historii. Tak więc jeśli zobaczymy na ekranie przyszłość, to zgodnie z dominującymi trendami będzie ona dystopijna. Ale równie prawdopodobne jest, że twórcy cofną się w przeszłość danej franczyzy. Prequele mają otrzymać Władca Pierścieni i Gra o tron – tendencja ta dopadła też wspomniany wyżej świat czarodziejów, który po zakończeniu historii Harry’ego Pottera zgłębiany jest dalej za pośrednictwem osadzonej w latach 20. XX wieku serii filmów o Newcie Scamanderze. Tak jakby warto było mówić tylko o tym, co już było.

Każde dziecko wie, że kluczowym dla każdej opowieści pytaniem jest „i co dalej?”. Być może zapomnieliśmy, jak zadawać to pytanie w odniesieniu do naszej własnej historii. Może trzeba sięgnąć po literaturę dla dzieci i młodzieży, by nauczyć się zadawać je na nowo. Powieści nie rozwiążą naszych problemów, ale przypomną o znaczeniu solidarności i współpracy, a także o tym, że niezależnie od wieku wyobraźnia jest nieodzowna w procesie przezwyciężania trudności. A to już coś.

Projekt jest współfinansowany ze środków Miasta Krakowa.