CCF20141130_00000
RECENZJE | 01.12.2014

Czas jest jak spłaszczone koło (N. Pizzolatto „Galveston”)

Nic Pizzolatto, o którym głośno zrobiło się 12 stycznia, kiedy to HBO wypuściło swój nowy serial Detektyw, wygrał w tym roku los na loterii. Oczywiście pomógł szczęściu, bo napisał świetny scenariusz serialu dyskutowanego nieprzerwanie od emisji pierwszego odcinka aż do teraz, kiedy wiemy więcej o obsadzie skompletowanej do drugiego sezonu. Jego debiutancka powieść, zatytułowana Galveston, w jakimś sensie stanowi zaczyn Detektywa (opublikowana została w 2010 roku, ostatnio nakładem Marginesów ukazało się polskie wydanie). Można wręcz powiedzieć, że jej bohater, Roy Cady, jest prototypem postaci Rusta Cohle’a.

Galveston to potoczyście napisana powieść neo-noir, z wyrazistym bohaterem, mocno zarysowaną akcją, nieprzegadanymi dialogami. Sprawia wrażenie pisanej obrazami filmowymi; już teraz w ciemno zakładam, że ten, kto wcieli się kiedyś w rolę Roya Cady’ego, będzie pewnie rozpatrywany jako kandydat do Oscara w kategorii „najlepszy aktor pierwszoplanowy”, bo to tak świetnie napisana postać, że nie zagrać jej oscarowo byłoby raczej powodem do wstydu.

Roya Cady’ego poznajemy w momencie, gdy dowiaduje się o chorobie płuc, której stadium zaawansowania nie daje mu szans na skuteczne leczenie. Okazuje się, że to nie koniec złych wiadomości. Nagle bowiem na skutek konfliktu z szefem musi uciekać i przez przypadek staje się uczestnikiem zdarzeń mających zmienić jego życie, a to przecież – jak wcześniej ustalił z lekarzem – nie będzie zbyt długie. Ucieczka z Nowego Orleanu oraz zerwanie z dotychczasową, doskonale zaprojektowaną i wieloletnią, prowizorką (mieszkanie w przyczepie kempingowej wypełnionej kolekcją kaset wideo) staje się okazją do powrotu w rodzinne strony i zrobienia rachunku sumienia, który nie wypada najlepiej. Z pewnością Pizzolatto dobrze wyczuwa, o co chodzi w neo-noir. Musi być pościg, ścieranie się dwóch przeciwstawnych sił, nie reprezentujących dobra i zła, ale raczej różne odcienie szarości; postawy bohaterów są moralnie ambiwalentne, a na mecie nie czeka nikogo spacer po plaży w kierunku zachodzącego słońca.

Nie każdy detektyw (albo wykidajło wymachujący rewolwerem) to bohater na miarę Chandlerowskiego Philipa Marlowe’a. Postać Roya nie jest aż tak błyskotliwie napisana, ale nie jest również zbudowana z banałów i ogólników. Cady to ktoś więcej niż tylko mięśniak o gołębim sercu albo twardy, ale wrażliwy mężczyzna po przejściach. Jest w miarę rozsądny, przewidujący, chłodno kalkuluje swoje decyzje, zna realia, w których przyszło mu żyć, równocześnie jednak nie jest pozbawiony przyzwoitości. Bywa skory do awantur i przemocy, także wobec kobiet, ale koniec końców – potrafi się przyzwoicie zachować, chociaż lekcje kindersztuby niewątpliwie by mu nie zaszkodziły. Przypuszczam, że Rust Cohle mógłby postawić go do pionu, gdyby doszło do ich spotkania w relacji podejrzany/przesłuchujący, nie przypuszczam jednak, żeby radził mu wycieczkę na tamten świat (a jak wiemy, takie rady rozdawał dosyć chętnie). Nie zaszkodziłoby jednak dopisać trochę więcej niuansów do biografii Roya, bo zdarza się, że nie wiemy, co za chwilę zrobi, ale nie dlatego, że bywa nieprzewidywalny, tylko z powodu niewystarczającej znajomości jego moralnego kompasu.

Z uwagi na to, że akcja powieści toczy się w dwóch planach czasowych, widzimy ładną widokówkę z amerykańskiego Południa lat 80. i kilka bardziej współczesnych widoczków. Nie mogło także zabraknąć obskurnych i podejrzanych przydrożnych barów czy unikanych przez turystów moteli, w których rzadko który gość posługuje się swoim ID. Pizzolatto ma niewątpliwy talent do opisywania niczym okazów muzealnych tych wszystkich miejsc, do których osobiście nie chcielibyśmy wejść bez licznego wsparcia autochtonów. Głównym bohaterem powieści jest przecież nie tylko Cady, ale i miasto – stały punkt odniesienia, przyczyna porażki, znamię, tożsamość, której nie da się usunąć jak nieudanego tatuażu. Tytułowe Galveston to punkt wyjścia biografii Roya, który w młodości ucieka z miejsca przypominającego mu, że nie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą i niczego w życiu nie dostanie za darmo. Po latach okazuje się, że wszystkie drogi prowadzą go z powrotem tam, gdzie nigdy nie chciał wrócić. Pizzolatto boleśnie przypomina o przeznaczeniu, które na stałe wpisane jest w biogramy postaci literackich neo-noir.

W każdym przyzwoitym kryminale nie może zabraknąć figury femme fatale. Musi istnieć kobieta, dla której popełnia się błędy i traci głowę. W życiu Roya pojawia się więc niejaki Rocky ze swoją siostrą i od początku są dla Cady’ego kulą u nogi. Szuka on okazji, żeby się ich pozbyć, ale jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – nie jest to możliwe. Choć Cady ciągle powtarza, że nie można odsiadywać cudzego wyroku, to trudno wyzwolić mu się z relacji, w którą wplątało go jego miękkie i uległe serce. Jednak najciekawsze w tej postaci jest co innego niż zbiór rozpoznawalnych cech każdego protagonisty w gatunku neo-noir. Otóż Roy Cady bywa żałosny (i to nie tak, jak zdarza się postaciom wypijającym kilka kieliszków za dużo), rozpaczliwie doprasza się o uwagę, rozmienia na drobne i desperacko próbuje ratować dawno wygasłe relacje. Z pewnością każdy z nas czytał książkę, której bohater puka do drzwi swojej przeszłości – przeszłość na ogół mieszka w przestronnym salonie, z zamożnym mężem u boku, w ciekawie zaaranżowanej przestrzeni, zdecydowanie nie ma w niej miejsca na roztrząsanie kilku tygodni młodzieńczego romansu. Roy także popełnia ten błąd i okazuje się to większą katastrofą niż wtedy, gdy w serialu Detektyw Marty Hart odwiedził swoją byłą żonę. Widać Pizzolatto ćwiczył różne warianty tej sytuacji, ale z Hartem obszedł się łaskawiej. Pijany, zdesperowany Cady szuka bezpiecznej przystani i – niespodzianka – nie znajduje jej. To jeszcze nie koniec świata, każdy od czasu do czasu może zaliczyć gafę towarzyską i za taką można uznać próbę reanimacji przeszłości. Niestety Roy okazuje się także tchórzem, a to cecha nieczęsto trafiająca się protagonistom kryminałów. Oczywiście ten jednorazowy akt tchórzostwa będzie miał wysoką cenę.

Autor bardzo dobrze przemyślał strukturę świata przedstawionego. Postaci drugiego planu radzą sobie nieźle, chociaż po części stanowią dobrze znane figury gatunku – nawrócona prostytutka, dziewczyna szefa, młodociana matka – jednakże w neo-noir kobiety nigdy nie miały lekko. Problemem Galveston może być jedynie to, że za bardzo stara się być filmem. Prawdopodobnie gdyby najpierw obejrzeć film (którego jeszcze nie ma), a dopiero potem przeczytać książkę, okazałoby się, że to trochę jak czytanie gotowego scenariusza. Bo tę historię bardziej widzi się na dużym ekranie, niż się ją czyta. Jako powieść, która miałaby funkcjonować jedynie na papierze, Galveston może nieco rozczarować czytelników oczekujących wrażeń podobnych do tych doświadczanych podczas lektury powieści Raymonda Chandlera.

Dwie płaszczyzny czasowe, podróż bohaterów, skomplikowane biografie nie pozwalają właściwie złapać nam oddechu podczas lektury, ale nie czynię z tego zarzutu; jedynie zastanawiam się, czy gdyby bardziej skupić uwagę na detalach pozwalających nam poznać lepiej bohatera literackiego, a nie kandydata do postaci filmowej, to moglibyśmy dokładniej zrozumieć jego kluczowe decyzje. Galveston to lektura, którą pochłania się w mgnieniu oka. I gdy docieramy do ostatniej strony, pozostajemy z kilkoma pytaniami, o których chcielibyśmy chwilę pomyśleć, ale mamy za mało danych, żeby zrozumieć motywacje Roya. Niewątpliwie autor nie lubi łatwych rozwiązań, bo stawia nas naprzeciw niewygodnych okoliczności i decyzji, utrudnia odpowiedź na pytanie, czy współczujemy jego postaciom, podziwiamy je, czy może wręcz nimi pogardzamy. Z pewnością natomiast uwielbienie uprawianego gatunku powoduje, że Pizzolatto bardzo swobodnie prowadzi swoich bohaterów po dobrze nam znanych z Detektywa luizjańskich (ale i teksańskich) zakątkach, do których ostatnio zaglądamy chętniej niż do wielkomiejskiej dżungli z seriali kryminalnych końca lat 90.

 

Nic Pizzolatto

Galveston

Tłum. Marcin Wróbel

Wydawnictwo Marginesy, 2014

Liczba stron: 288

Małgorzata Major

Małgorzata Major

(ur. 1984) – doktorantka Katedry Kulturoznawstwa Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się szeroko rozumianą kulturą popularną - od telewizyjnych dramatów jakościowych po produkcje/wydarzenia/zjawiska zrzeszające wspólnoty „złego smaku”. Interesuje się także zjawiskiem socnostalgii, telewizją okresu PRL-u oraz nowomedialnymi praktykami partycypacyjnymi internautów.