sunset limited
RECENZJE | 21.10.2013

Czarne jest czarne, a białe jest czarne (Cormac McCarthy „Sunset Limited”)

Sunset Limited Cormaca McCarthy’ego to z pewnością jedna z tych książek, które krócej się czyta, aniżeli analizuje. Można ją rozpatrywać na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, jako formalny eksperyment, zerwanie z dotychczasowym sposobem snucia opowieści. Po drugie zaś, jako jeszcze mocniejsze zaakcentowanie słowa, które sponsorowało całą dotychczasową twórczość amerykańskiego pisarza: beznadzieja (nie odnosi się ono naturalnie do jakości jego książek, lecz do atmosfery ciążącej nad stworzonymi przez niego postaciami). Bo okazuje się, że jeśli odrzeć prozę McCarthy’ego z charakterystycznych dla niego werystycznych opisów przemocy, śmierci i cierpienia, na wierzch jeszcze wyraźniej wyjdzie ból, jaki nawzajem zadają sobie bohaterowie. W tym przypadku wyłącznie za pomocą słów.

Tytuł tego minidramatu to nazwa pociągu, pod który miał wskoczyć Biały – jeden z bohaterów. Nie wskoczył, ponieważ uratował go Czarny. Trudno tu zresztą mówić o ratunku, ponieważ z perspektywy niedoszłego samobójcy była to raczej niedźwiedzia przysługa. Jego krok nie miał w sobie nic desperackiego, stanowił tylko ostateczny akt procesu, który Biały uczynił jedynym sensem swojego istnienia: minimalizowania cierpienia. Czarny zaś naiwnie, acz szczerze hołduje odwiecznej zasadzie, że w momencie uratowania czyjegoś życia stajemy się odpowiedzialni za jego dalsze losy.

Dialog pomiędzy zgorzkniałym profesorem a jego samozwańczym aniołem stróżem toczy się w małym mieszkanku położonym w sercu kolonii moralnego trądu, wśród ćpunów i złodziei. W tym środowisku Czarny jawi się niczym prorok. Swoje zadanie traktuje z pieczołowitością, która drażni zarówno jego rozmówcę, jak i czytelnika. Wbrew temu, co mówi, nie do końca potrafi zaakceptować, że niektórzy po prostu nie mają ochoty uwierzyć w Boga. Przetrzymując Białego w swojej klitce, co chwila wchodzi w inną rolę: przesłuchującego, spowiednika, terapeuty. Której by jednak nie wybrał, jego wysiłki nie będą miały żadnego znaczenia. Co gorsza, on jako jedyny – w przeciwieństwie do Białego, McCarthy’ego i czytelników – nie ma o tym pojęcia. Jego gorliwa wiara w Boga przekłada się na niczym nieuzasadnioną wiarę w moc uzdrawiania duszy drugiego człowieka. Niechęć do zaakceptowania prawdy, która nie jest tak różowa, ale właśnie czarna, doprowadzi go do tragicznego finału. Chciał uratować czyjeś życie, w efekcie zniszczył swoje, ponieważ w wyniku bolesnych słów wykrzyczanych przez profesora w sercu Czarnego pojawiło się coś, na co wcześniej nie było tam miejsca: wątpliwość.

Chęć Białego do opuszczenia świata żywych musi być zastanawiająca zwłaszcza dla uważnych czytelników dotychczasowych dzieł McCarthy’ego. Profesor nie tylko nie pasuje do otaczającej go rzeczywistości. Nie przystaje również do świata, który przez lata kreślił w swoich powieściach autor Krwawego południka. Wykształcony, diablo racjonalny, nienagannie używający języka. Za najwyższe wartości uznający dobra kultury: książki, muzykę, sztukę. Nikt podobny w powieściach Amerykanina nie występował. Profesor jest w tym świecie ciałem obcym, którego wycięcie powinno odbyć się z korzyścią dla każdej ze stron.

Sunset Limited ma ambicje, by być zgrabną próbą ukazania dwóch odmiennych spojrzeń na życie, śmierć i religię. Problem jednak w tym, że McCarthy – by te różnice uwypuklić – uciekł się do zabiegu najbardziej prostackiego z możliwych. Uczynił swoimi bohaterami ludzi bez żadnego wspólnego mianownika; facetów, których dzieli dosłownie wszystko. Poczynając od powierzchowności, poprzez wspomnienia z przeszłości, na używanym języku kończąc (przykładowa wymiana zdań: – Dialektyka homilii zawsze zakłada z góry istnienie fundamentalnego zła. – Mocne jak pierdnięcie konia). Chwilami rozmowa Czarnego z Białym jest więc jedynie mało wyszukaną syntezą sporu pomiędzy bogobojnymi a ateistami. Dobrze chociaż, że autor nie opowiada się wyraźnie po żadnej ze stron.

McCarthy swoich bohaterów traktuje bardziej jako nośniki pewnych postaw i przekonań, aniżeli ludzi z krwi i kości. Profesor i jego rozmówca to typy nieprzejednane i najczęściej przewidywalne. Ich spór autor traktuje tak poważnie, iż świadomie zrezygnował z charakterystycznego dla siebie poczucia humoru, którym tak umiejętnie łamał minorowy nastrój w większości swoich poprzednich książek. Tu McCarthy zdaje się nam komunikować, że temat jest na tyle poważny, że jakakolwiek próba uczynienia postaci bardziej przyziemnymi skutkowałaby osłabieniem wygłaszanych przez nich „wielkimi literami” tez i prawd. Trudno w tym kontekście zgodzić się z hasłem, które widnieje na okładce: Nic nigdy nie jest czarne lub białe.

Mimo że formalnie Sunset Limited zasadniczo różni się od reszty dorobku Cormaca, znajdziemy tu elementy, które są dla jego stylu charakterystyczne, np. barwne metafory i porównania (świat jako obóz pracy przymusowej, z którego codziennie kilku robotników prowadzonych jest na egzekucję). Nie sposób również odmówić McCarthy’emu umiejętności ujmowania w proste słowa poważnych myśli (jak np. w krytyce ateizmu na pokaz: A jak mówisz o tym facecie tam na górze, to coś mi się widzi, że on się tyle takich rzeczy nasłuchał, że nie rusza go to aż tak bardzo, jak ci się wydaje. No bo co, jakby ci ktoś powiedział, że nie istniejesz? A ty siedzisz i słyszysz, jak to mówi. Chybaby cię tak bardzo nie podkurwiło, co?). Problem w tym, że z tego zabiegu autor korzysta zdecydowanie zbyt rzadko. Nad wszystkim tradycyjnie góruje poczucie beznadziei, najtrafniej wyrażone w słowach Białego: Wysiłki, które ludzie podejmują w celu naprawienia świata, nieuchronnie go psują. Czarny z kolei twierdzi, że wszystkim naszym działaniom towarzyszy ten sam cel: wygrać albo przegrać. I mogłoby to być najkrótsze streszczenie tej poważnej jak zawał serca książki. Trudno jednak orzec czy któremukolwiek z bohaterów można zapisać zwycięstwo.

Można mieć wątpliwości, czy wydanie Sunset Limited było McCarthy’emu w ogóle potrzebne. Z jednej strony nie można się mu dziwić – widocznie opromieniony sukcesem Drogi, postanowił kuć żelazo póki gorące. Rzecz w tym, iż na tle jego dotychczasowej twórczości ten dramat jest jedynie wprawką, w której autor sam pozbawił się możliwości skorzystania z szerokiego wachlarza zalet swojego pióra. Tutaj ten mistrz powieści nawet didaskalia traktuje po macoszemu, nadając im szczątkową postać. Zdecydowanie się na formę dramatu w najgorszym razie może zostać Cormacowi poczytane za brak zaufania do czytelników, którzy wszak do tej pory potrafili pomiędzy ornamentami jego narracji wyłuskiwać celne refleksje i myśli przewodnie kolejnych książek. Sunset Limited dowodzi, że McCarthy – choć pisarzem jest wybitnym – drugim Beckettem nigdy nie zostanie. Dzieło to wypada więc traktować jako przystawkę przed daniem głównym, którym będzie zapowiadana powieść The Passenger.

Cormac McCarthy

Sunset Limited

Przekład: Robert Sudół

Wydawnictwo Literackie, 2013

Liczba stron: 119

 

Jacek Skałecki

Jacek Skałecki

(ur. 1988) – urodził się i mieszka w Lublinie. Absolwent dziennikarstwa UMCS. Główny obszar zainteresowań to film: jako widz od zawsze, jako twórca od niedawna. Autor bloga www.zawiesina.blox.pl.