shuyler
RECENZJE | 08.10.2012

Cytat z Ajschylosa? Zapomniałem (James Schuyler „Trzy poematy”)

Do 2012 roku tłumacze Jamesa Schuylera nas nie rozpieszczali. Jeden z najważniejszych, obok Johna Ashbery’ego i Franka O’Hary, twórców szkoły nowojorskiej wystąpił wcześniej dwa razy w „Literaturze na Świecie”, pojawił się też w antologii Ameryka, Ameryka! Mało? Bardzo mało. W tym roku wydawnictwa zaczęły nadrabiać zaległości.

Najpierw polskojęzyczni czytelnicy otrzymali niezwykle interesującą prozę nowojorczyka. Lektura Co na kolację? przynosi co najmniej ambiwalentne uczucia – niby to komedia obyczajowa, w której główne role grają niesłychanie gadatliwe postaci, niby wszystko tu na wskroś konwencjonalne… Przyzwyczailiśmy się jednak do tego, że za takimi konstrukcjami niejednokrotnie stoją szalone pomysły. Precyzyjny humor, któremu na krok ustąpić nie może współczucie dla bohaterów, a także ich przedziwne zestawienia wewnątrz powieści czy nie zawsze intuicyjne wybory (zarówno na poziomie narracji, jak i poszczególnych wypowiedzi postaci) sprawiają, że ani o tej książce, ani o Schuylerze nie jest łatwo zapomnieć. Nie jest łatwo zapomnieć nie tylko dlatego, że niedługo po pierwszym dłuższym spotkaniu ze współlokatorem Ashbery’ego i O’Hary (panowie mieszkali razem oczywiście w Nowym Jorku) otrzymujemy utwory, które z pewnego punktu widzenia trzeba uznać za najistotniejsze. I nie tylko dlatego, że ich autor dostał za nie Nagrodę Pulitzera (choć jury bez wątpienia się nie pomyliło). Ostatecznym powodem nie musi być również powtarzany sąd, jakoby Poranek poematu był najwybitniejszym postmodernistycznym reprezentantem swojego gatunku. A niech to, na początek zupełnie wystarczy.

Na Trzy poematy, w przekładzie Marcina Sendeckiego, Andrzeja Sosnowskiego i Bohdana Zadury, składają się – wspomniany już – Poranek poematu, chronologicznie wcześniejszy i znacznie krótszy, bo czternastostronicowy (Poranek… to ponad pięćdziesiąt stron) Hymn do życia oraz Parę dni. Z pewnością mówienie o pierwszym wymienionym tu utworze byłoby najbardziej uzasadnione – to w nim najlepiej widać zarówno spektrum poetyckich możliwości Schuylera, jak i tak charakterystyczne dla nowojorskiej poezji tamtego okresu rozwiązania. To, co zdaje się najistotniej wyróżniać współautora Gniazda dudków, można by określić jako nonszalancki stosunek do codzienności, która – co tu dużo mówić – nie absorbuje go przesadnie, natomiast ustępuje swego rodzaju cierpkiemu i nierzadko gwałtownemu wydobywaniu najintymniejszych spośród wspomnień, przywoływaniu niemal ekstatycznych obrazów. Z drugiej jednak strony (paradoksalnie), w porównaniu do Schuylera, O’Hara wydać się może niemal hałaśliwy. Schuyler swoje poematy konstruuje w taki sposób, że niełatwo stwierdzić, czy bliższe jest mu raczej bolesne wycofanie i porażające poczucie bezradności, czy też niespokojne przeszukiwanie pamięci, które doprowadzić ma do odważnego ingerowania w każdą z przestrzeni pojawiających się w zasięgu wzroku. Inaczej niż w Hymnie do życia, o którym więcej za chwilę, Poranek poematu pozwala nam spojrzeć na świat, którego doświadczenie często opisuje się poprzez obrazy niepokojąco widmowe, pojedyncze dźwięki i raczej otarcia niż spokojne dotyki. Wyraziste obrazy uderzają tu z całą mocą:

 

(…) W pobliżu

                sadomasochistyczne bary

Pełne mężczyzn w gwoździach, buciorach i skórze, i

                tym cięższym typie drelichu,

Podzwaniające klucze, niebezpieczne porty; dobrze

                zrobisz, trzymając się

Od nich z daleka: naturalnie sporo z tego bywa

                tylko na pokaz (takie dziecięce

Przebieranki), ale część jednak jest, jak to mówią,

                na ful: widziałem plecy

Faceta, na których ktoś zagrał w kółko i krzyżyk

                nożem. Żona go

Rzuciła. „Weź trochę tego kwasu, poczujesz się

                naprawdę sexy”: odwal się ty

Poeto bez talentu, z darem destrukcji, owszem:

                gdy poprosili naszego najlepszego poetę,

By omówił jeden z twoich solennych bzdetów, rzuciłem

                „Czy to nie będzie tak,

Jakbyś omawiał swoje odbicie w plamie ropy?”

 

Niepokój i stan, który czasem trudno opisać inaczej niż jako „zaciśnięte zęby”, nie jest trwały. Nieustające trudności, zranienia i utrapienia nie są w stanie go załamać. Niewiele spraw powraca w utworach Schuylera tak uporczywie jak śmierć, z którą nie do końca – nie spotka nas tu zaskoczenie – można sobie poradzić, a wręcz radzić sobie tak naprawdę nie trzeba – cykl życia (banalnie brzmi to w moim tekście; z pewnością nie w tekście Schuylera) zmusza mówiącego do akceptacji i często (mimo wszystko) niespotykanie spokojnej obserwacji zjawisk. Umieraj, umieraj, umieraj, i tylko się módl, żeby ból / nie był większy, niż potrafisz znieść. Ale / Co będzie trzeba znieść, to się zniesie.

A jednak, mimo zaskakującej przejrzystości i precyzyjności utworu Poranek poematu, to Hymn do życia urzekł mnie z tego zbioru najbardziej. Zdarzają się tu pojedyncze potknięcia i frazy, które chętniej puszczę mimo uszu, niż zapamiętam na dłużej, ale zaraz obok nich wyrastają wersy, które niechętnie pozostawiałam, przechodząc dalej. Mówiący miota się nieustannie między tym, co próbuje ustanawiać jako swoją pamięć, a tym, co zdarza mu się postrzegać jako projektowaną przyszłość. Wiosną, o której przyjściu donosi Schuyler, przyszłość nie odstępuje go na krok – obserwacja własnego kota, krwawiącego po walce z kotami sąsiadów, skłania do wyobrażania sobie pytań, które padną, jeżeli zapamięta się obserwowane obrazy.

Hymn do życia sprawia momentami wrażenie, jak gdyby był zapisem kolejnych stanów, w których poczucie obezwładnienia, może nawet nie przez własną pamięć, ale przez sam problem pamiętania, ustępuje refleksjom, które niezmiennie trzeba przypisać do tematu umierania, obumierania i śmierci, w której można – bez końca – szukać również śladów życia (i odwrotnie, o czym możemy się przekonać, czytając także pozostałe utwory Schuylera). A tego poeta szuka wszędzie – choćby ostatnich kawałków czy też śladów, jak szal niedbale rzucony na fotel / Lub łoże, które próżno namawia, by dostrzec tam życie.

Trudno mi stwierdzić, jaką rolę odgrywa dla Schuylera pamięć. Wiem, że istotną, jeżeli nie najistotniejszą dla jego podstawowego doświadczania rzeczywistości i samego siebie, nie wiem natomiast, czego w niej poszukuje, do czego chce przymusić i od czego uwolnić. Jego spokojne pogodzenie z prawami ludzkiej psychiki budzą niepokój, mogą skłaniać czytelnika do wykonywania niezbornych gestów interpretacyjnych:

 

(…) Skromne

Kwiaty, tak lubiane, jak wieść niesie, przez zmarłych i pospolite w miejscach,

Gdzie się umarli gromadzą. Cytat z Ajschylosa? Zapomniałem. Z czasem

Wszystko się zapomina i zachodzi w głowę, czy prawdy, które się dziedziczy,

Ciągle mówią to samo. Myśl mutuje jak kwiaty i niegdysiejszy aksjomat

Zamienia się w błahostkę – ot (…)

 

A dużo dalej, prawie na samym końcu:

 

(…) Tylko powściągliwe dęby nie spieszą się z wypuszczeniem

Liści. Powściągliwość się chwali, choć może prowadzić do

Nieporozumień. Wziąłem kiedyś milczenie za dezaprobatę, dziś wiem,

Że to było współczucie. Dziękuję ci, maju, za ciepłe podniety.

 

W poezji Schuylera, której dziwne splątanie może działać na czytelnika niemal magnetycznie, pamięci nie ma, jeżeli nie deleguje jej się w przyszłość. Usunięcie poszczególnych doświadczeń i obrazów z myśli to coś w rodzaju stałej aktywności. Podobnie jak, wciąż ograniczone przez percepcję, dostrzeganie tego, co niezmiennie zanikające. Lektura Hymnu do życia przynosi wyjątkowe doświadczenie przyglądania się człowiekowi, który obserwuje wiosnę, mierzy się z roślinnymi eksplozjami i równoległym brakiem zrozumienia życia, a który o kwietniu zdaje się wiedzieć niemal wszystko. Na pewno o wiele więcej niż T. S. Eliot.

PS Nazwisko nowojorczyka czytamy „Skajler”.

—-

James Schuyler

Trzy poematy

Tłumaczenie: Marcin Sendecki, Andrzej Sosnowski i Bohdan Zadura

Biuro Literackie, 2012

Liczba stron: 104

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.