ilupoppixel
ARTYKUŁY | 13.11.2017

CO JEST PO DRUGIEJ STRONIE HUŚTAWKI? („STRANGER THINGS 2”)

Nostalgia w kulturze popularnej to miecz obosieczny. Właściwie użyta jest w stanie przyciągnąć odbiorców znanymi i lubianymi motywami oraz umożliwić powrót do zmitologizowanych, starych, dobrych czasów, gdy wszystko było lepsze, świeższe, barwniejsze. Współczesny rozrywkowy przemysł konsumpcyjny oddycha nostalgią i nic nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało się to zmienić. Problem polega jednak na tym, że im więcej sztywnych, ikonicznych odwołań do przeszłości we współczesnych tekstach kultury popularnej, tym mniej są one oryginalne.

Swoboda twórcza ograniczona jest wymogami konwencji. Gęsta siatka obligatoryjnych powrotów do przeszłości utrudnia stworzenie czegoś nowego. Istnieje limit historii, które da się zbudować z pewnego zasobu fabularnych i estetycznych prefabrykatów. To paradoks współczesnej popkultury – domagamy się odkrywczych opowieści w znanych klimatach. Pragniemy po raz kolejny słuchać tych samych historii o tych samych bohaterach, ale żądamy, by za każdym razem niosły ze sobą  powiew świeżości.

Drugi sezon Stranger Things, netfliksowskiego czarnego konia jest ucieleśnieniem tej kulturowej sprzeczności. To nieustanne przeciąganie liny między wiernością mocno określonemu obszarowi popkultury, a próbą przekonstruowania archetypów w taki sposób, by historia nie była jedynie bledszą kalką naszych wspomnień z tamtego okresu, a czymś indywidualnym, posiadającym własną substancję.

Ten wysiłek w przypadku nowej serii ST jest doskonale widoczny. Pierwsze odcinki prezentują przefiltrowane przez nostalgiczne i popkulturowe okulary amerykańskie lata osiemdziesiąte, wyostrzone i podkręcone w sposób graniczący z karykaturą. Świat przedstawiony w Stranger Things to rozrywkowy park tematyczny ejtisów, z plakatami Terminatora, halloweenowymi kostiumami Ghostbusters* i automatami do gier z Dragon’s Lair na czele. Wszystko to stanowi intuicyjną mapę skojarzeń ze światem czarodziejskim, równie realnym jak Narnia czy Śródziemie.

Ta filozofia rozlewa się również na narracyjne narzędzia, z jakich korzystają twórcy serialu. Stranger Things nadal w dużej mierze opiera się na rekonstruowaniu fabularnych motywów z (oraz wizualnych nawiązań do) filmów tamtej epoki – od Aliens (scena z kropkami na radarze) poprzez Jurassic Park (przywracanie zasilania w ośrodku laboratoryjnym), po Egzorcystę (wypędzanie złej siły z ciała Willa).

W połowie przypadków to działa, dostarczając określonych punktów odniesień – w drugiej połowie sytuacja przekracza granicę fabularnego zawieszenia niewiary i powoduje, przynajmniej u mnie, demonstracyjne wywracanie oczami. Na tym polega ryzyko zabaw kliszami fabularnymi. Przyjemnie jest obejrzeć scenę, która wygląda znajomo, jednak oglądanie kadrów, podobnych do wielu innych z filmów czy seriali pokrewnego gatunku, jest już niemal uwłaczające.

Najlepszym przykładem, choć z nieco innej epoki, jest tu chyba „popkulturowe przedawkowanie” bullet time’u, które nastąpiło w pierwszej dekadzie XXI wieku. Słynna scena z unikaniem kul i kamerą obracającą się wokół zawieszonego w powietrzu Neo z Matrixa była odtwarzana w innych dziełach popkultury tak często, że nikt już nie jest w stanie brać jej na poważnie – nie po tym, gdy nabijał się z niej nawet animowany Shrek. Stranger Things nie unika tej pułapki, choćby w ogranym do nieprzytomności motywie składania większej całości z dziesiątek czy setek dziecięcych rysunków.

Serial zaczyna naprawdę błyszczeć dopiero w momencie, kiedy w górę idzie druga strona huśtawki, a estetyzacja ustępuje miejsca rozwojowi charakterologicznemu bohaterów i bohaterek. Tym właśnie Stranger Things tak naprawdę stoi – dynamicznie zmieniającymi się relacjami pomiędzy poszczególnymi postaciami, wiarygodnie rozwijającymi się sympatiami (i antypatiami), społecznym tłem przydającym kontekstu zachowaniom protagonistów.

Bo czego tu nie ma – męki dorastania, przyjaźnie wystawiane na ciężkie próby, testy charakteru, transgresje osobowościowe, odkrywanie własnej tożsamości, szukanie swojego miejsca w określonym porządku rzeczy i inne. Nieprzypadkowo Stranger Things cieszy się tak dużą popularnością wśród fanów i fanek LGBTQ+, mimo faktu, że na ekranie nie pojawia się ani jedna jawnie nieheteronormatywna postać. Motyw samookreślenia, łatwo dostrzegalny już w pierwszym sezonie, w drugim zdaje się nawet dominować nad strukturą, nieszczególnie zresztą interesującej, intrygi.

Wyraźnie widać to w wątku Eleven, która (metaforycznie i dosłownie) pokonuje długą drogę, by – upraszczając – poznać samą siebie, zarówno poprzez historię jej rodziny, jak i (przede wszystkim) przez własne decyzje i posunięcia. Inne postaci również zadają sobie niełatwe pytania o istotę przyjaźni, zaufania do drugiej osoby, poświęceń. Można by określić to mianem banału, jednak są to kwestie, o których nigdy nie należy przestać rozmawiać.

Drugi sezon Stranger Things jest wymownym symbolem współczesnej popkultury rozdartej między tęsknotą za tym, co było a pragnieniem eksplorowania nowych ścieżek. Serial, choć nie bez trudności, wychodzi z tych zmagań obronną ręką. Nie da się ukryć, że struktura fabularna najmocniej trzeszczy w tych właśnie momentach, kiedy staje się wyidealizowanym snem o przeszłości. Snem, w którym udajemy, że jej mroczniejsze aspekty nie istniały, co pociąga za sobą szereg niefortunnych implikacji, nieadekwatnych dla produkcji tak mocno skupionej na subwersji zużytych popkulturowych motywów – choćby w kwestii prezentowania wzorców męskości i kobiecości.

To ta druga strona huśtawki – progresywna, świeża i nieoczywista, skłonna umiejscowić głównego dorosłego bohatera męskiego w roli damy w opałach, wyrostkowi dać pod opiekę grupkę dzieci, a bardzo młodą nastolatkę rzucić w niełatwą podróż przez cały kraj. Bracia Duffer, twórcy serialu, potrafią bawić się nostalgią, by opowiadać za jej pomocą o rzeczach istotnych, nawet, jeśli od czasu do czasu przytrafiają im się drobne potknięcia.

__

*Niemniej, jak przytomnie zauważono na stronie Tv Tropes, w latach osiemdziesiątych, przed epoką kultury cyfrowej i powszechnego dostępu do wysokiej jakości materiałów filmowych, odtworzenie kostiumów Pogromców duchów w takim stopniu, w jakim zrobiły to matki głównych bohaterów, było w zasadzie niemożliwe.