zbrodniarz — kopia
RECENZJE | 23.06.2014

Ciota zakłada rodzinę (Michał Witkowski „Zbrodniarz i dziewczyna”)

Motto do najnowszej powieści Witkowskiego musi być z Jelinek, a najlepiej z pozycji, którą Witkowski sam przywołuje. Przywołuje pewnie dlatego, że tytuł jest bardzo adekwatny – jesteśmy przynętą, kochanie! Motto niech brzmi tak: my starzy już tylko siedzimy w słońcu i rozmyślamy o zimie tak długo, aż złote sztyblety następnego pokolenia gwałtowników pozbędą się nas, umieramy na raka w łagodnym słońcu.

W Zbrodniarzu i dziewczynie o zimie się nie rozmyśla, zima już przyszła. Przyszła zima, lodówka i mróz. Jeśli rozpoznanie Piotra Sobolczyka z recenzji Drwala jest słuszne, należy się obawiać, że Witkowskiemu zabraknie pór roku: Pisane przez niespełna 30-latka o 30-latku Lubiewo rozgrywało się na ciepłej letniej plaży; pisany mniej niż dekadę później Drwal – listopadową „wilgotną” i „ciemną” aurą mówi o „jesieni” życia i swoistej „dojrzałości”. Od Lubiewa do Drwala sytuacja klimatyczno-egzystencjalna miała się zatem tak: w miejsce lata przyszła jesień i „swoista dojrzałość”, a tam, gdzie był młody, 30-letni idealista, pojawił się 36-letni „gruby pedał”.

W Drwalu mieliśmy jesień, emeryturę i „posezonowość”, w Zbrodniarzu jest zima, śnieg, lodówki, zimne przedziały PKP i zimne ciała – już nie swoiście dojrzałe, ale zwyczajnie po chamsku – martwe.

Martwy jest też pewien temat, który do tej pory był w centrum pisarstwa Witkowskiego, mianowicie – temat homoseksualizmu. Ciota jest już nie tylko po sezonie, w ogóle przestała być ciotą. Została stróżem prawa. A rozkosz erotyczna przeniosła się na inne dziedziny życia.

Witkowski w Zbrodniarzu i dziewczynie portretuje geja udomowionego przez konsumpcyjną kulturę. Geja, który dla zdrowia uprawia sport (choć z umiarkowanym zapałem) pod okiem personalnego trenera, a trener ma prawo udzielać mu nagan, strofować, wydzwaniać, słowem – ma prawo przywoływać go do porządku w ramach pewnej umowy.

Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że bohater Witkowskiego, który nazywa się tak jak pisarz – Michał Witkowski – jest dla policji na początku podejrzanym. Jego udział w przestępstwie ma potwierdzić lub wykluczyć misterna policyjna akcja. Gej, ciota, pedał to ktoś, kogo niewinność musi dopiero zostać udowodniona. Na wstępie można (i trzeba!) go podejrzewać, ale kiedy ma się go już po swojej stronie, nie ma się czego obawiać. Nie chodzi wcale o niewinność, a raczej o to, by z podejrzanej cioty uczynić geja „podejrzanego”, który z charakterystyczną manierą może już tylko zakrzyknąć „guil-ty!”. I ostatecznie zakrzykuje tak filuternie słowami piosenek: you know I’m no good, I told you, I was trouble.

Slavoj Žižek w książce Rok niebezpiecznych marzeń przywołując Jacquesa Lacana, tłumaczy, jak działa ojcowski zakaz: Tak naprawdę obraz idealnego Ojca jest fantazją neurotyka. Ponad Matką […] ukazuje się obraz ojca, który przymknąłby oko na pragnienia. To wskazuje – bardziej niż ukazuje – prawdziwą funkcję Ojca, która podstawowo polega na łączeniu pragnienia z Prawem (a nie na sprzeciwianiu się pragnieniu).

Žižek zauważa, że funkcją Ojca nie jest bezwarunkowe zakazywanie synowi wyskoków, ale ich unieszkodliwianie. Chodzi zatem o to, by wyskoki spełniały pewne standardy i by można im było pobłażać. Z podobną pobłażliwością spotyka się bohater Witkowskiego – gej, trochę niesforny, bo personalnego trenera nie słucha, a policyjne zasady co rusz łamie. Mimo to – ostoja normalności i społecznego ładu – na co dzień zbilansowany sposób odżywiania, a jeśli sytuacja wymaga – prawdziwa zbrodnia jedynie w McDonald’s. Generalnie – cukier w normie, czyli, jak pisze Žižek: czekolada – tak, ale beztłuszczowa; cola – tak, ale dietetyczna; majonez – tak, ale bez cholesterolu; seks – tak, ale bezpieczny. Wszystko bez niepokojącej nadwyżki, bez histerycznego nadmiaru: podstawową funkcją oświeconego konsumpcyjnego hedonizmu jest (…) pozbawienie rozkoszy jej nadmiarowego wymiaru, jej niepokojącej nadwyżki, czyli faktu, że niczemu ona nie służy. Podsumowując: gej, jogging, latte i take-awaywszystkie obce słowa, które zdołaliśmy oswoić w ostatniej dekadzie.

Przekroczenia, których dopuszcza się główny bohater powieści – jego fantazje, wybryki, jedna napaść i cała seria drobnych oszustw są jakby częścią obustronnej umowy – nie są prawdziwymi wykroczeniami.

Jak pisze Žižek: rozkoszowanie się samo w sobie jest związane z nadmiarem – w przeciwieństwie do przyjemności, która z definicji jest umiarkowana, regulowana przez właściwą miarę. Mamy zatem dwie skrajności: z jednej strony oświeconego hedonistę, który ostrożnie kalkuluje swoje przyjemności, by przedłużyć zabawę i nie zrobić sobie krzywdy… A z drugiej strony?

Tutaj wypada zarysować różnicę między „zdrową” kapitalistyczną realizacją popędu, zwaną u Witkowskiego „nakupowaniem”, a morderstwem, nekrofilią czy innymi zboczeniami. W obu przypadkach chodzi o to samo – o zaspokojenie pragnienia. „Nakupowanie” jest akceptowalnym i zgodnym z kapitalistyczną logiką sposobem na uzależnienie od siebie luja. Głównemu bohaterowi dzięki „nakupowaniu” udaje się niemal stworzyć rodzinę:

Żeby to „nakupowanie” zobaczyć, zebrała się cała wycieczka, bo i Jadzia Parszywa (…), i dyrektorka biblioteki Angela, i jeszcze taki Radek ze swoją żoną (…), wszyscy chcieli w miarę swoich możliwości dołożyć się do „nakupowania”. Ubrali się uroczyściej, a Mariuszek zachowywał się dostojnie, jakby miał urodziny, i cały czas grał w samochodzie na nowej komórce, którą dostał już rano.

Wszystko odbywa się w rodzinnej atmosferze i nie sposób nie ulec wrażeniu, że Witkowski parodiuje pierwszokomunijne rytuały nieodmiennie związane z zasypywaniem dzieci drogimi prezentami, a zatem – z wychowywaniem ich do konsumpcji.

Teraz, w samochodzie, wszystko otwierał, a ja postanowiłem sobie nie być moją mamą, i nie pouczać go, że jajko-niespodzianka niekoniecznie pasuje do piwa i, dziecko, zostaw sobie coś na później, najpierw obiad. (…) Luj nie zwracał na nas uwagi, jedziemy na wakacje, rodzice rozmawiają, a dziecko z tyłu gra na komórce.

I choć z Mariuszkiem wciąż jeszcze wiążą głównego bohatera nostalgiczne tęsknoty, wciąż ma mu on ochotę „nakupować”, to dawny luj (znany z poprzednich powieści) – niebezpieczny i nieokrzesany – został bezpowrotnie utracony. Zmieniła się bowiem cała sytuacja – ciota uległa procesom normalizacyjnym.

Wraz z normalizacją cioty przyszła standaryzacja języka, który nie jest już „przegięty”. Witkowskiemu wyraźnie brakuje pomysłu na nową formułę. Język powieści jest więc pełen humoru, chwilami błyskotliwy, a chwilami żenująco wtórny, co szczególnie razi na początku książki, kiedy nie da się jeszcze podążać za akcją, bo akcji nie ma. Czytelnik jest więc skazany na ten język, a jeśli w dodatku jest wiernym fanem autora Lubiewa, doświadcza nieprzyjemnego ukłucia, że coś się skończyło, a nic nowego nie chce się zacząć.

Przez pierwsze kilkadziesiąt stron Zbrodniarza i dziewczyny przynajmniej kilka rzeczy nie chce się zacząć. Witkowski nie mówi już językiem ciot z Lubiewa, oddalił się od estetyki kampu. W zamian szuka języków, którymi mógłby się wypowiedzieć, ale te zbyt przylegają do rzeczywistości, nie zostają literacko przetworzone i językowo powieść sprawia wrażenie uszytej z różnych kawałków. Poszczególne części ani się ze sobą nie łączą, ani w ogóle nie wchodzą w żadną ciekawą relację – są po prostu obok siebie i sprawiają wrażenie przypadkowości.

Grzechem autora jest powtórzenie. Witkowski wychodzi z założenia, że genialne spostrzeżenie trzeba powtórzyć przynajmniej pięć razy. I nie jest to kompulsywne powtórzenie, z którym mieliśmy do czynienia w Lubiewie i które dodawało melodramatyzmu postaciom, miało w sobie operową przesadę. To powtórzenie wulgarne, którego celem jest podkreślenie, że autor miał świetną myśl. W dodatku tą samą myślą obdziela kilku bohaterów. Owa genialna myśl brzmi mniej więcej tak: „kiedy widzę ludzkie mięso, robię się głodny”.

Długo nie chce się też zacząć wartka akcja, można się chwilami strwożyć, że jeszcze pół stroniczki i Witkowski spełni się jako eseista. Akcja, o której mowa, pod koniec powieści nie może znowuż wyhamować. Początek jest więc zdecydowanie przeładowany dygresjami, niepotrzebnymi nawiązaniami i językowym śmieciem. Czy można to wszystko wybaczyć?

Nie wiem, ale pragnę przypomnieć, że tytuł powieści ma dwa człony. Do tej pory zdołałam powiedzieć zaledwie o jednym – o „dziewczynie”, czyli o geju, który „zakłada rodzinę”. O „pięknej”… Ale jest jeszcze bestia:

Ale potem cała ta orgia wymknęła się spod kontroli, aż obudziłem się z głową w trupie, jakbym chciał się zaszyć do brzucha. Miałem tylko pieścić, a na jakimś etapie, kiedy czułem, że ciało zaczyna się psuć i mi uciekać, zaczynałem czuć do niego nienawiść, zaczynałem rzeź, a potem budziłem się cały w tym wszystkim. Ponowne narodziny. We krwi, śluzie, gównie i jelitach.

 

__

Michał Witkowski

Zbrodniarz i dziewczyna

Świat Książki, 2014

Liczba stron: 430