popmoderna-zawieszenie

Popmoderna | Chodzi o literaturę („Drugi dziennik” Jerzego Pilcha)
pilch
RECENZJE | 16.12.2013

Chodzi o literaturę („Drugi dziennik” Jerzego Pilcha)

Szanowny Panie Pilch! Po lekturze Pańskiego Drugiego dziennika wiem już, że korespondencja, którą kierują do Pana czytelnicy, nie trafia w próżnię. Przytaczasz Pan w nim list oddanej czytelniczki, polecającej Pana uwadze książkę biskupa Jana Pietraszki pt. Zawierzyć Chrystusowi. Ja w dobór Pańskich lektur ingerować nie zamierzam, wykażę się wszelako jeszcze większą zuchwałością. Pozwalam sobie oto wyłuszczyć, co o wspomnianym Drugim dzienniku sądzę, a zacząć ośmielam się z grubej rury: swoim najnowszym wydawnictwem zrobiłeś nas Pan w trąbę. Po raz kolejny. I po raz kolejny możemy być z tego powodu zadowoleni.

Ach, jak się ucieszyłem na wieść, że druga odsłona Pańskich memuarów rozpoczynać się będzie od wspomnień datowanych na czerwiec 2012 roku. Któż inny, myślałem, jak nie Pilch udatnie skomentuje przaśne teatrum organizowanych podówczas w Polsce międzynarodowych zawodów piłkarskich. 21 czerwca – wpis z tego dnia dziennik rozpoczyna. Akurat wtedy Portugalczycy wymęczali skromne zwycięstwo nad Czechami, a telewizyjni sprawozdawcy od kilku dni wciąż zdawali się nieutuleni w żalu, że to nie nas iberyjscy wirtuozi piorą, a tylko naszych południowych sąsiadów. Dopadam zatem do książki łapczywie, a tu nic! Ani słowa o Euro 2012. Czyżby zatem Pilch z futbolem był pokłócony i tym złowrogim o piłce milczeniem dawał temu bolesny wyraz? O co chodzi?

Odpowiedzi na te pytania sam Pan udzielasz. Otóż, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o literaturę. Pierwszy wpis jest tego jaskrawym przykładem. Żadne Euro, tylko Henryk Bereza, który akurat 21 czerwca opuścił był świat żywych. Nie wspominasz go Pan, a jedynie wyrażasz przekonanie, że dźwięki słyszane przez Pana tej nocy były niczym innym jak tylko mową zmarłego krytyka. I tu objawiasz Pan niechcący (a może chcący?) całą literatury wielkość, jej niepodległość od mód i trendów, jej szlachetną staroświeckość. Oto bowiem przyznałeś się Pan, że słyszałeś ducha. Nikt wariatem Pana nie obwołuje, do sekty przynależności nie sugeruje, serwisy plotkarskie nie odnajdują w tym wyznaniu materiału do wywołania jednodniowej sensacji. Jakie to szczęście, że są jeszcze ludzie, którzy literaturę rozumieją.

Pan jesteś jednym z nich, co widoczne jest niemal na każdej Drugiego dziennika stronicy. Każdy ledwie liźnięty temat musi znaleźć odniesienie w literaturze. Piszesz Pan o swoim wybitnie mało spektakularnym rzucaniu palenia, a po chwili przytaczasz, co na ten temat pisał Italo Svevo. Rozważania Emila Ciorana o chorobie kwitujesz Pan swoimi doświadczeniami w tej materii. Przewija się temat samobójstwa – na tapetę wjeżdża Jan Lechoń. Jedynie dla marcowej klęski polskich piłkarzy z Ukrainą, kiedy to mecz rozstrzygnięty na naszą niekorzyść był już po siedmiu minutach, nie znajdujesz Pan odzwierciedlenia w literaturze. Świadczy to o niej jak najlepiej.

Dlaczego jednak uważam, że zrobiłeś nas Pan w trąbę? Powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, fotografia na obwolucie Drugiego dziennika sugerowała, że otrzymamy książkę w gruncie rzeczy, boję się tego słowa, lekką. Uśmiechający się Pilch?! Jeszcze niedawno nic podobnego nie przyszłoby mi do głowy. Powiedzieć, że Pilch ma poważny wyraz twarzy, to nic nie powiedzieć (że pozwolę sobie zmasakrować jedną z Pańskich ulubionych fraz). Tymczasem ta okładka pokazuje, że istnieje w przyrodzie takie zjawisko. Cóż nam jednak po nim, skoro do treści dzieła przystaje w znikomym stopniu? Ból, śmierć, choroba, polscy piłkarze – tego w tej książce (oprócz literatury) jest najwięcej. To z czego radość?

Po drugie, nie sposób odmówić Panu finezji w surowej jednakowoż ocenie kolegów po piórze i ich memuarystycznych poczynań. Dostaje się Lechoniowi (że jego dzienniki nie nadają się do czytania) i Grassowi (na kanwie jego zapisków tworzysz Pan krótki poradnik, jak nie należy pisać dzienników). Prawa do krytyki nikt nikomu nie odmawia, dlatego mam nadzieję, że i Pan nie będziesz urażony, jeśli napiszę, że dzienniki Pańską mocną stroną nie są. Bo cóż to za dziennik, od którego oderwać się niepodobna i który – miast delikatnie dawkować – w jeden wieczór łapczywie się pochłania?

Po trzecie, może to kwestia myślenia głupimi stereotypami, ale zawsze uważałem, że dzienniki są domeną pisarzy nieżyjących. Umierasz – wydajesz dziennik. Ta zasada była dla mnie jednym z filarów, na których opierała się literatura. Swoim postępowaniem chcesz Pan ten filar zburzyć – uporczywie żyjąc, wydajesz Pan dziennik. I to drugi w tak krótkim czasie. I tu dochodzimy do tego, co odróżnia Pańskie memuary od zapisków tych, którzy nic już więcej nie napiszą. U nich znacznie łatwiej o ekshibicjonizm w postaci czystej. U Pana objawia się on chwilami, ale natychmiast szczelnie okrywasz go Pan językiem, swoim najcięższym orężem. Z jednej strony chcesz nam Pan zdradzić swoje najbardziej prywatne sprawy, z drugiej – unikasz tego jak ognia. Jak bowiem inaczej interpretować taki fragment: Dochodzimy do kresu farmakologii. Z doktorem K. rozmowa o operacji. Nie pierwsza, nie ostatnia. Ale z dotychczasowych najintensywniejsza. Dajcie pokój. […] Rozmowa intensywna, ja rozrzedzony, chorobliwie rzadki, wręcz… Nie wódź mnie na pokuszenie, ohydo językowa! Owszem, w sytuacjach ekstremalnych nie bójmy się czułości, nawet tej wyrażanej w dowodzących jeśli nie obłędu, to z pewnością utraty instynktu samozachowawczego zdrobnieniach nie do odnotowania.

Po czwarte, forma dziennika jest w jakimś sensie obietnicą pewności naszych doznań. Nie powinniśmy się już zastanawiać – jak to było w Tysiącu spokojnych miast, Moim pierwszym samobójstwie czy Innych rozkoszach – które wydarzenia są autentyczne, a które wytworzyła Pańska fantazja. Dziennik to dziennik, tu takich rozterek być nie powinno. A jednak! Czy rozmawiałeś Pan w ten sposób ze swoją matką o wieszających się luteranach? I czy w istocie się wieszali? I czy na pewno wszyscy wymienieni w książce osobnicy (państwo Powstańczykowie!) żyli naprawdę?

A może ten uśmiech z okładki znaczy właśnie: zapraszam was do świata, który już dobrze znacie? Świata Lutrów, babki Czyżowej, Andrzeja Wantuły. Świata nieudolnych polskich piłkarzy, podziwu dla piękna czytających w tramwaju kobiet i finezyjnej pogardy dla szerzącej się grafomanii? Jeśli tak, to ja jeszcze nie raz takie zaproszenie przyjmę. Nawet jeśli na następnej okładce będziesz się Pan ze mnie śmiał do rozpuku.

 

Jerzy Pilch

Drugi dziennik. 21 czerwca 2012 – 20 czerwca 2013

Wydawnictwo Literackie, 2013

Liczba stron: 281

Jacek Skałecki

Jacek Skałecki

(ur. 1988) – urodził się i mieszka w Lublinie. Absolwent dziennikarstwa UMCS. Główny obszar zainteresowań to film: jako widz od zawsze, jako twórca od niedawna. Autor bloga www.zawiesina.blox.pl.