scjentologia
RECENZJE | 27.04.2015

Cel uświęca scjentologię (L. Wright „Droga do wyzwolenia”)

Skoro mowa będzie o kwestiach wiary, zacznę od wyznania: nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek sięgnę po książkę na temat scjentologii. W ogóle nie wchodziły w grę dzieła założyciela tej osobliwej religii, uchodzące w moim przekonaniu za pomysł na stracenie nieadekwatnej ilości czasu i energii. Scjentologia odgrywała zawsze w mojej świadomości rolę ekscentrycznego pomysłu na religijność, ściśle sprzężonego z niesłychaną ilością pieniędzy i kilkoma celebrytami, których intelekt trudno obdarzyć zaufaniem. Wszyscy prawdopodobnie słyszeliśmy w ostatnich latach mrożące krew w żyłach medialne doniesienia na temat osaczania, porwań czy zastraszania, jakich doświadczają ci, którzy uznali, że scjentologia nie tylko nie jest drogą do wyzwolenia, ale obiera cel dokładnie przeciwny. Kiedy więc pojawiła się w polskim przekładzie (niewiele później niż oryginał) pokaźna książka Lawrence’a Wrighta na ten temat, zakasałam rękawy i uznałam, że teraz albo nigdy.

Lawrence Wright, związany z „New Yorkerem”, jest postacią bardzo istotną dla literatury faktu. Wydał kilka ważnych, świetnych książek, spośród których koniecznie wymienić należy The Looming Tower. Al-Qaeda and the Road to 9/11, poświęconą Al-Kaidzie. To książka nie tylko bez histerii wprowadzająca w świat tej organizacji i jej filozofii, ale i stanowiąca efekt imponującej pracy reporterskiej, analitycznej i, nade wszystko, wywiadowczej (lista osób, z którymi autor przeprowadził wywiady, zajmuje 7 stron po dwie kolumny). Nagroda Pulitzera, którą – pośród innych nagród – Wright za tę książkę otrzymał, jest tylko potwierdzeniem jego wielkiej klasy i dociekliwości. Wszystkie te walory ma też Droga do wyzwolenia, której prawie 600 stron polski czytelnik, oddalony od centrów religijnych scjentologii, może trzymać w rękach za sprawą słynnej już amerykańskiej serii wydawniczej Czarnego.

Wright wprowadza czytelnika do świata scjentologii, która należy do religii owianych na całym świecie bardzo złą sławą, rozpoczynając od źródeł sięgających życiorysu i wyobraźni jej założyciela – jednej z najbardziej osobliwych postaci w historii współczesnej Ameryki – L. Rona Hubbarda. Jego płonące rude włosy, małe oczka i nienachalna atrakcyjność nie zwiastowały sukcesu, który jest udziałem stworzonego przez niego systemu religijnego, oraz tego, co wydarzyło i wydarza się w umysłach kilku milionów członków Kościoła Scjentologii. Hubbard urodził się w niewielkiej miejscowości w Nebrasce na początku XX wieku, dorastał w podróżach podyktowanych wojskową karierą ojca. Podróże odgrywały istotną rolę nie tylko zresztą w jego dzieciństwie, ale także w historii niesławnej jednostki Sea Org, która wyruszyła w 1967 roku w morze (początkowo bez konkretnego celu), realizując swoje wielkie, tajemnicze plany. Na pokładzie statku dowodzonego przez Hubbarda praktykowano dianetykę (ledwo zrozumiałą koncepcję rozwoju duchowego) i stosowano techniki, które w dość niejasny sposób mają prowadzić do przywrócenia człowiekowi jego najwcześniejszych wspomnień (koncepcja ta tak silnie ewoluowała, że osoby ją praktykujące „przypominają sobie” wspomnienia z poprzednich epok, okresu przedprenatalnego, przy okazji nieszczególnie dbając o oddzielenie pamięci i fantazji). Zarówno podczas tych rejsów, jak i na wcześniejszych etapach kariery Hubbard odznaczał się niespotykaną charyzmą, jego wypowiedzi – inteligencją, nonszalancją i błyskotliwością, a uwaga, którą poświęcał pacjentowi na każdym etapie jego rozwoju jako scjentologa, zjednywała mu sympatię i przede wszystkim niemal nieograniczone zaufanie. Hubbard, wcześniej autor tanich książek z gatunku fantastyki, obdarzony był niewątpliwie wielkim temperamentem, zdolnością wyczuwania nastrojów i wykorzystywania ich w dowolnie pomyślany przez siebie sposób.

Okres powojenny – kiedy rozwija się scjentologia i zyskuje coraz większy entuzjazm straumatyzowanych niedawnymi wydarzeniami najpierw Amerykanów, a potem także mieszkańców innych zakątków świata (z kolei największą wrogość, co zresztą symptomatyczne, wzbudziła w Niemczech) – doskonale sprzyjał pojawieniu się tego rodzaju religii. Tradycyjne religie – skompromitowane, pozbawione dawnego zaufania, nie dające odpowiedzi na pytania zrodzone podczas II wojny światowej – pozostały w tyle za nowymi wyznaniami. Wiele zyskał Hubbard także na ostentacyjnej i nieprzejednanej (kontynuowanej zresztą przez członków kościoła do dziś) krytyce psychiatrii. Z częścią obserwacji trudno się nie zgodzić, szczególnie jeśli przypomnimy sobie, jak koszmarne efekty przynosiły tak popularne wtedy metody jak lobotomia czy elektrowstrząsy. Barbarzyństwa XX-wiecznej psychiatrii z pewnością przyczyniły się nie tylko do powstania, ale także do sukcesu scjentologii – oferującej pozornie nieinwazyjne metody odzyskiwania duchowego spokoju. Obietnica sukcesu, siły, samorozwoju i wchodzenia na kolejne etapy zaawansowania z finałem w zbawieniu – religia pozornie dla każdego, kto poszukiwał wtedy alternatywnych dróg duchowych. W praktyce – stworzona dla zdolnych, sławnych i bogatych, którzy przy jej pomocy stają się jeszcze bardziej hołubieni i wywyższani.

Osobliwy język, jakim posługiwał się Hubbard, a także wymyślony przez niego e-metr – dziwne urządzenie do pomiaru emocjonalności i prawdziwości słów, służący do audytowania (praktykę tę, gdyby nie cały szamanizm i wątpliwe etycznie metody jej towarzyszące, pewnie określilibyśmy mianem rozmowy terapeutycznej) – wbrew zdrowemu rozsądkowi nie odstręczyły od niego wyznawców. Przeciwnie – złudzenie naukowości wzmocniło jego pozycję i pokładane w jego religii nadzieje ludzi zagubionych we własnym życiu i poszukujących drogi do wyzwolenia. Sama biografia Hubbarda, która zajmuje znaczną część książki, stanowi fascynującą lekturę. Obserwować możemy bowiem narodziny kogoś lokującego się pomiędzy totalitarnym wodzem, prorokiem, nowoczesnym trenerem, wybitnie skutecznym biznesmenem i obłąkanym własnymi rojeniami szaleńcem. Cała ta opisywana przez Wrighta mieszanka – w której żaden element nie okazuje się marginalny czy możliwy do pominięcia – może sprawiać wrażenie przeciwieństwa dobrze znanych religii i ich sposobów funkcjonowania. Dojść można jednak do zgoła przeciwnego wniosku: scjentologia i jej założyciel wyostrzają, karykaturyzują i przesadnie dosłownie realizują cząstkowe założenia wielu wyznań, które akceptuje się nie tylko w życiu społecznym, ale także w przypadku wielu osób – entuzjastycznie wspiera datkami. Jak cynicznie zauważył na dość wczesnym etapie kariery Hubbard: Chciałbym założyć religię. To tam są prawdziwe pieniądze. Wyrachowanie Hubbarda i jego drastyczne praktyki, których dopuszczał się przez lata na swoich bliskich (historie jego dzieci są tu jaskrawymi przypadkami formowania umysłu odciętego od świata zewnętrznego, pozbawianego prawa do edukacji na rzecz brutalnie organizowanej pracy w świetnie prosperującym przedsiębiorstwie ojca), współpracownikach i wyznawcach (Hubbard chętnie flirtował z pojęciem siebie jako Boga i kokieteryjnie zaprzeczał, jakoby się za niego uważał) stanowią najbardziej porażające i szokujące historie zebrane w tej książce. Ów dziwny prorok nie był na pierwszy rzut oka Don Juanem (w rzeczywistości niejedna kobieta oddała mu się bez wahania), którego można by podejrzewać o zawładnięcie duszami setek wyznawców – wierzących w każdy jego pomysł, każde najdziwniejsze urządzenie i najbardziej niespójną doktrynę. Wszelkie wątpliwości czy własne niedomagania w zakresie niezwykłych mocy, którymi miał być obdarzony, rozwiewał za pomocą retorycznych piruetów. No cóż, mnóstwo ludzi chciałoby, żebym uniósł się w niebo gdzieś nad Nowym Jorkiem, tylko po to, żeby rzucić świat na kolana. Ale gdybym to zrobił, wiele osób poczułoby się przytłoczonych – a ja nie jestem tutaj po to, żeby kogoś przytłaczać. Wielu scjentologów na różnych etapach swojego członkostwa w organizacji chętnie byłoby przytłoczonych, szczególnie w chwilach zwątpienia czy dostrzeżenia jawnego oszustwa, którego padają ofiarą za własne pieniądze. Większość z nich jednak szybko dyscyplinowana była i jest przez władze organizacji czy to podczas audytowania, czy przez misternie skonstruowany system brutalnych kar. Wright wielokrotnie rozważa w książce zasadność użycia w kontekście praktyk scjentologów pojęcia „prania mózgu”. Idąc za jego dociekaniami, uznać chyba należy, że jeżeli rzeczywiście w ogóle istnieje taki proces, dochodzi do niego systematycznie w scjentologicznych praktykach.

Warte wyeksponowania są też twierdzenia czy wierzenia najzwyczajniej bawiące czytelnika – do pewnego momentu. Zabawne ustępuje bowiem strasznemu, kiedy zauważymy, jakie konsekwencje i efekty dla psychiki przynoszą te osobliwości. Do bardziej niewinnych można zaliczyć te, wedle których [Hubbard] przebywał w pasie Van Allena, był na planecie Wenus, gdzie wizytował stację implantów, odwiedził też Niebo. Zaleca nawet specjalną mieszankę białkową dla niemowląt niekarmionych piersią (połączenie gotowanego jęczmienia z syropem kukurydzianym), twierdząc, że „podpatrzył ją w czasach cesarstwa rzymskiego”. Albo schizofreniczne wizje, które głosił: Twierdził też, że był marszałkiem Joanny d’Arc, a także jedną z żon Timura Chromego. Wspominał nawet jazdę samochodem wyścigowym w obcej cywilizacji Marcab istniejącej przed milionami lat. Nabrał też przekonania, że we wcześniejszych ziemskich wcieleniach pochował w różnych miejscach skarby – zorganizował więc ekspedycję mającą odnaleźć te prastare kryjówki. Nadał jej nazwę Misja w Głąb Czasu. Spośród członków Sea Org wybrał niewielką drużynę, którą umieścił na czterystutonowym statku Avon River. Warto zaznaczyć, że rozmaite paranoje, fantazje i niektóre przekonania Hubbarda prowadziły do radykalnych praktyk: przymusowych aborcji (tych na własnej żonie dokonywał, wedle relacji dzieci i innych osób, własnoręcznie za pomocą wieszaka) czy systemu weryfikowania prawdziwości wyznań scjentologów, których sprawdzano także pod względem ewentualnych wątpliwości wobec Hubbarda i scjentologii.

Paramilitarny system z mianowanymi oficerami (ich odwołanie było równie arbitralne co mianowanie) czy Organizacją Posłańców Komodora, żeby wymienić pojedyncze elementy całej tej struktury, nie stoją w sprzeczności z funkcjonowaniem Kościoła. Tak zwany Program Rehabilitacyjny, który w zmienionych i zradykalizowanych formach praktykowany jest do dziś, jest ważną częścią systemu organizacji. Jego celem miała być rehabilitacja tych spośród członków Sea Org, którzy mieli słabe statystyki lub których podejrzewano o nieprzychylne myśli na temat Hubbarda lub jego technik. Ponieważ program ten dawał drugą szansę osobom, które w przeciwnym razie zostałyby zwolnione, Hubbard uważał, że stanowi on element oświeconych metod zarządzania ludźmi, którego jedynym celem jest „odkupienie win”. Gdy więc Hana Eltringham znalazła się na pokładzie, zastała kilkudziesięciu członków załogi zakwaterowanych w znajdującej się pod pokładem starej ładowni dla bydła oświetlonej pojedynczą żarówką. Jej mieszkańcy spali na poplamionych materacach na podłodze i ubierali się w czarne robocze kombinezony. Nie wolno im było rozmawiać z nikim spoza ich grupy. Jedli rękami z wiadra pełnego resztek ze stołu, wpychając sobie jedzenie do ust, jakby umierali z głodu. Tego rodzaju więzienia i sposób traktowania osób, którym zarzuca się drobne przewinienia czy niestosowne myśli, nie należy jednak do zamierzchłej przeszłości, od której grubą kreską odcina się współczesna scjentologia. Wręcz przeciwnie, wydaje się, że z ekstremalnych praktyk stały się one jedną z zasad rządzących członkostwem w kościele. Obietnica uzyskania nadludzkich mocy jest jednak silniejsza, sięgająca do serc członków Sea Org, którzy nie zyskują w większości przypadków dystansu koniecznego do rozeznania się we własnej sytuacji. Tak było wielokrotnie także podczas nalotów FBI na siedziby scjentologów. Warto mieć świadomość, że nikt spośród przebywających w piwnicy członków Sea Org nie potraktował nalotu FBI jako okazji do ucieczki. Ani tej okazji, ani żadnej innej – to prawdopodobnie jest co najmniej tak bardzo szokujące, jak to, w jaki sposób poniżani i wykorzystywani do niewolniczej pracy, a przy tym owładnięci wizją wyzwolenia, są ci mniej majętni scjentolodzy.

Bo rzeczywiście, z książki Wrighta można wysnuć dość jasny wniosek, że scjentologia istnieje wyłącznie dzięki pieniądzom – wielkim pieniądzom. Miliony dolarów regularnie przelewane przez jej wyznawców, którzy profitują z członkostwa i obecności w tzw. Celebrity Centresekskluzywnych placówkach, zapewniających dyskrecję i pełnię uroków wspinania się na kolejne etapy wiary. Szczególne traktowanie takich gwiazd jak John Travolta czy, chyba najsłynniejszy scjentolog w historii, Tom Cruise łączy się z całym scjentologicznym podwójnym światem. Celebryci nie mają dostępu do niższych szczebli w organizacji, nie mają obowiązku odbywania wszystkich szkoleń, w zasadzie sama ich obecność jest sowicie nagradzana, nie tylko w duchowym wymiarze. Ich przynależność do Kościoła jest jednak absolutnie kluczowa – to oni zapewniają wizerunkowi scjentologów skojarzenie z sukcesem i majątkiem, to oni przyciągają nowych wyznawców i nowe pieniądze, to oni w końcu tworzą parę pojęć Hollywood-scjentologia.

Wiele informacji i opowieści książka ta zawdzięcza innemu ważnemu byłemu scjentologowi – Paulowi Haggisowi, słynnemu scenarzyście, który spędził w Kościele kilkadziesiąt lat i kilkaset milionów dolarów. Ujawnione przez niego informacje mogą skłaniać do wielu wątpliwości, podobnie jak te prezentowane przez innych „uciekinierów”, których można podejrzewać o zemstę na Kościele. Niewiele spośród tych opowieści stoi w sprzeczności z innymi doniesieniami, wiele opatrzonych jest istotną dokumentacją i relacjami naocznych świadków. Tak jest w przypadku Spanky Taylor, przyjaciółki celebrytów (wspierającej przede wszystkim Johna Travoltę, także w jego profesjonalnej karierze), która jako czternastolatka wstąpiła do Kościoła i od tego czasu nie przeczytała żadnej książki, która nie byłaby napisana przez L. Rona Hubbarda. Kiedy kobieta próbowała pomóc jednej z chorych członkiń, została skierowana do obozu, zabrano jej dziecko (przetrzymywane w koszmarnych warunkach zamkniętego, pełnego innych dzieci małego pokoju, zaniedbane, chore i skazane na łaskę brutalnej opiekunki), karmiono ją breją z wiadra czy zmuszano m.in. do niewolniczej pracy w trzydziestogodzinnych blokach, nie zważając na jej ciążę. Ta i inne historie, które pokazują moment przebudzenia w chwili poczucia zagrożenia życia własnego lub najbliższych, przerażają nie tylko ze względu na skojarzenia tych obozów z obozami pracy z okresu II wojny światowej czy karmienie więźniów/wyznawców scjentologiczną papką, ale przede wszystkim dlatego, że większość pojawiających się w Drodze do wyzwolenia osób decyduje się na to zupełnie dobrowolnie. Osobną grupę stanowią dzieci wychowane w tej religii, wobec nich stosuje się bowiem każdego rodzaju przemoc i indoktrynację, także poprzez odseparowanie od świata zewnętrznego. Ich rodzice to jednak zupełnie inna historia.

Blichtr scjentologów, a w szczególności ich aktualnego przywódcy – Davida Miscavige’a, dokłada się tylko do wrażenia, że mamy do czynienia z organizacją o strukturze państwa totalitarnego, emocjonalnym oddziaływaniu sekty, a jednocześnie superelitarnym klubem spod znaku sukcesu, pieniędzy i filmów akcji. Schizofreniczne myślenie założyciela Kościoła Scjentologii zdaje się więc reprodukowane w najgłębszych strukturach tej organizacji. Historia tej religii opowiedziana przez Wrighta z niebywałą skrupulatnością, przenikliwością i ogromną pasją poznawczą jest zarazem historią sporego kawałka amerykańskiej historii, w której główną rolę odgrywają rozpacz, lęki, nadzieje i pragnienie wielkości. Scjentologia odpowiada na te potrzeby bardziej wprost i bardziej bezkompromisowo niż jakakolwiek inna religia. Świat zdaje się jednak wyglądać zupełnie inaczej spoza i ze środka tej monstrualnej instytucji. Paul Haggis mówi: Przez trzydzieści cztery lata byłem członkiem sekty. Dla wszystkich dookoła to było jasne. Nie wiem dlaczego dla mnie samego nie. Sedno zdaje się jednak uchwytywać cytowana już Eltringham: Można sobie później zadawać pytanie: „Dlaczego nic nie robiłaś? Dlaczego nie zaprotestowałaś?”. Ale widzi pan, ja naprawdę w to wszystko wierzyłam. To wydaje mi się nadal nierozwiązaną zagadką scjentologii.

 

 

Lawrence Wright

Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

Przeł. Agnieszka Wilga

Wydawnictwo Czarne, 2015

Liczba stron: 575

Olga Szmidt

Olga Szmidt

(ur. 1989) redaktor naczelna portalu „Popmoderna”. Regularnie pisuje również dla „Czasu Kultury” oraz „Miesięcznika Znak”. Autorka monografii naukowej „Korespondent Witkacy” (Universitas, 2014) oraz biografii „Kownacka. Ta od Plastusia” (Czarne, 2016). Ostatnio wydała autorski notes z fotografiami i wyborem literatury „Finlandia. Książka do pisania” (Austeria, 2017). Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Na Wydziale Polonistyki UJ przygotowuje rozprawę doktorską na temat autentyczności w XXI wieku. Pisze literaturę faktu.