afrykanska_elektronika
ARTYKUŁY | 02.12.2013

Cause I’m a voodoo child (polemika)

Polemika z tekstem Macieja Pawlikowskiego Magic people, voodoo people  (,,Afrykańska elektronika” Jana Krasnowolskiego) 

 

Well, I stand up next to the mountain / And I chop it down with the edge of my hand – tak po serii genialnych, kultowych już riffów Hendrix rozpoczyna swój szamański rytuał. Palce Jimiego – jedyne diamentowe dłuto muzyki gitarowej – w pięciominutowym nagraniu rzeźbią i szlifują rejestr, który magnetyzuje do dziś. Fender w Voodoo Child wybrzmiewa, umówmy się, skalą narkotyczną – od eterycznych niuansów po bezkompromisowe, soczyste zagrywki. Odurza spontanicznym, transowym voodoo.

Najnowsza rodzima proza w perspektywie Electric Ladyland? – ryzykowne, karkołomne przedsięwzięcie, jasne. Podobno ze świecą szukać u nas tubalnego głosu szamana, tańcem palców (już nie na klawiaturze gryfu, ale komputera) zaklinającego czytelnika. Jednak całkiem niedawno zrobił to Jan Krasnowolski, który w Afrykańskiej elektronice powołał do życia – co tłukł do głów już mój poprzednikabsurdalną wręcz syntezę wykluczających się porządków.

Tak celnie, w jednym zdaniu chwytać treść, to, trzeba przyznać, jak wyciągać ekstrakt z liści koki. Dobrze. Ale czy ten zbiór czterech, skromnie dedykowanych żonie opowiadań, gdzie na wstępie pisarz nieśmiało napomyka, że tylko śmiechem można pokonać potwora, miałby rzeczywiście – jak chce Pawlikowski – być inny? Taki, w którym poważna tematyka nie ustępowałaby absurdowi, a opowiadana historia nie była tylko komedią?

Ok, zgoda na to, że czytać można różnie. Nikt nikomu nie zabroni literatury traktować śmiertelnie poważnie. Po co jednak wymagać namaszczenia od tekstu, w trakcie lektury którego śmiejemy się kpiarsko i gorzko zarazem? Zachodzi tu drobne nieporozumienie. Bo – jak nad niemocą młodzieży zawodzą rzesze pedagogów – nie czyta się ze zrozumieniem. Lub, co gorsza, manipuluje.

Pierwsze opowiadanie o wdzięcznym tytule Brudny Heniek Pawlikowski puentuje tak: Odnajduję bowiem coś obrazoburczo głębokiego w byłym milicjancie, który w epoce empików i rozgorączkowanych rozliczeń z przeszłością jest dumny z faktu dawnej przynależności do ZOMO. Lecz uwaga: Ta poważna tematyka szybko ustępuje jednak absurdowi, który Krasnowolski wprowadza do opowiadania bez umiaru, zupełnie tak, jakby chciał zaznaczyć, że historia ta jest w istocie tylko komedią. Tekst zwieńczony zostaje sceną, w której ochroniarz Empiku wyciąga AK-47 i masakruje klientów zebranych na spotkaniu autorskim poświęconym monografii o ZOMO. Nie stanowi ona jednak przysłowiowej wisienki na torcie, przeciwnie, zapowiada jedynie kolejne absurdy. Hola hola – nie tak prędko.

Racja, przewietrzamy tu trupa naszego tubylczego światka po to, by śmiało spojrzeć mu w oczy, wykpić, podpalić, a na koniec wrzucić kukłę do rzeki. Rodowite voodoo, gdzie odpowiednikiem Kindoki mogłaby być dobrze nam znana Marzanna, wygląda właśnie tak. Ten model lektury nazwijmy „politycznym” i koniecznie weźmy go w cudzysłów, bo byłoby za prosto, gdyby zewłok narodowego upiora włóczyć po bruku, wystawiać na pośmiewisko i przy wrzaskach podnieconej gawiedzi, nie wiadomo już po co, wtykać mu w oczodół główki czosnku i wbijać kołek w serce. Problem w tym, że takiego widowiska Krasnowolski nam nie funduje: – Który idiota rzucił kamieniem? […] Mieliście tylko grać, a nie naprawdę się wyzabijać. – Przecież pan reżyser sam powiedział, żeby się wczuwać, że ma być jak naprawdę. […] A te styropianowe kamienie to się w ogóle nie chciały rzucać… No to wzięliśmy prawdziwe. To nie nasza wina, że tarcze i hełmy w Chinach robione, chińskie gówno i tyle. Na szczęście Eryk Lubos (jego rola, jako jednego z bohaterów Brudnego…, ma kluczowe znaczenia dla opowiadania) przeżył uderzenie, ale wstrząs mózgu ma gwarantowany: Wodzi wzrokiem po ludziach, widzi zomowców wymieszanych z robotnikami i najwyraźniej mu to się nie zgadza […]. I kiedy wreszcie to ogarnia, nagle wybucha niepohamowanym śmiechem. Śmieje się tak, że aż cały się trzęsie, łzy lecą mu z oczu i nie może przestać. To jest końcowa scena. Nie ma tłumionej manifestacji, naszprycowanych zomowców, rozwścieczonych robotników, cegieł, butelek z benzyną, rodzinnych dramatów i rzezi w galerii handlowej. To tylko Krasnowolski literackim przewodem zasila wyobraźnię Lubosa. Jest na tyle wprawnym szamanem, by wysługując się popkulturą, wskrzesić jedno z narodowych zombie i przebrać je w strój Mikołaja. Obrazoburczo głębokie, a jakże.

Idźmy dalej (Hendrix dogrywa już pierwsze solo): Krasnowolski jednak, wbrew temu jak reklamuje książkę wydawnictwo, nie próbuje tworzyć kolejnej historii o trudach pracy za granicą. No właśnie, zgadzamy się, nie obchodzi go to. Ale żale tego typu: Nie emigranci są tu ważni – czytelnik nie zapamięta nawet ich imion, Kubański duet zawłaszcza całą naszą uwagę, a z polsko-angielskiej rzeczywistości zostaje tyle, ile z ciał ofiar wyrzucanych do oceanu, czy Jeśli ktoś chce na siłę odnaleźć w „Afrykańskiej elektronice” jakąś właściwość polskiej emigracji, to będzie to widzenie niezwykle skromne, by nie powiedzieć, że ograniczone? Skądże by się brały? Oto Krasnowolski Polaków zastąpił.

Autor gra tu nierówno, zdaje się mówić: słusznie, Krasnowolski nie próbuje tworzyć emigracyjnych opowiastek, zgadzam się, ale do diabła, przecież nie tak powinno być. Zdemaskuję prowokatora i wskażę, gdzie pies pogrzebany. Gdzież są więc nasi, ciemiężeni na obczyźnie rodacy?!

Zamiast próby odpowiedzi na pytanie, o co w takim razie pisarzowi idzie, jakie stosuje zagrywki, jak improwizuje – jest pretensja. Pretensja podszyta podstępem: upomnę się, owszem, pokażę, jak się rzeczy mają i jak wobec tego powinny się mieć. Aż ciśnie się pod palce, by wystukać: tak właśnie zaprzęga się literaturę w kierat namaszczonej niepodległej.

Mając w pamięci gorące jeszcze, dźwięczne frazy (Okazuje się bowiem, że za pomocą magii voodoo można się pozbyć naprzykrzającego się w pracy Polaka, a nawet zarobić, uśmiercając na zlecenie setki osób. […] Jeśli dla kogoś wizja Polaka mordującego innych przy pomocy magii voodoo jest akceptowalna […] i tak dalej), przeczytajmy opowiadanie tytułowe, w którym Krasnowolski zdradza nieco tajników voodoo.

Naocznie żaden rytuał się nie dokonuje. Ku przestrodze, dane jest nam zobaczyć tylko konsekwencje, jakie niesie za sobą nadużywanie magicznej praktyki. I niestraszne są tu wywrócone, zaszłe bielmem gałki oczne nierozważnego szamana ani pająki wielkości stołowych talerzy, którymi pluje. Otóż ofiara czarnej magii, uśmiercony z początkiem tytułowego opowiadania amator kijów bilardowych, niejaki Warren, ożywa. Niedocieczonym splotem okoliczności na końcu opowieści narrator staje oko w oko z zombie: Bezradnie patrzę, jak Warren gasi peta wprost na stole do bilardu. Potem bierze kij za cieńszy koniec i wolnym, kołyszącym się krokiem, niespiesznie zbliża się w moją stronę.

W Hasta siempre, comandante, za kierownicą pontiaca (rocznik ʼ55), wygodnie rozparty szarmancki wampir Che Guevara rzecze do swej towarzyszki podróży: Popatrz, señorita, rewolucyjne sztandary, którymi obwieszone jest miasto, mają kolor krwi, ale powiem ci, co naprawdę myślę: pieprzyć rewolucję, teraz dla mnie liczy się tylko krew. Największemu kubańskiemu hipokrycie, Fidelowi Castro, także przyjdzie się do tego przyznać. Nieśmiertelność zagwarantuje mu krew polskiej emigrantki, której zwłoki Che prawdopodobnie będzie musiał sprezentować rekinom. Może pomyśli o niej jak o piękności, z którą przemierzał połacie wybrzeża Hawany: O sukience nawet nie wspominam, choć przyznać muszę, że wygląda w niej zabójczo.  Tak właśnie – zabójczo. Niektóre słowa są bardziej odpowiednie od innych.

Podejrzane, prawda? W końcu to są te mniej lub bardziej absurdalne pomysły, jak Che Guevara w pontiaku, jak Eryk Lubos obrywający kamieniem, jak Święty Mikołaj z kałasznikowem, jak czarnoskóry ksiądz z maczetą. Po raz ostatni już wysłużę się moim przedmówcą, który znów, kapitalnie, w jednym zdaniu zawiera esencję prozy, o jaką się kłócimy: Fantastyka, thriller i horror nie zakradają się do Londynu bocznymi uliczkami, lecz z całą furią wjeżdżają główną ulicą. Skoro tak, to po co domagać się, by fikcją rządziła pseudopoprawność literacka (gdyby tylko fantastyczność ujął w garść i uczynił budulcem świata, nie zaś jego antytezą) i – tfu! – polityczna? Po co skazywać prozę na marny byt tendencyjnej papki, która nijak rękawicy nie rzuci?

Wróćmy jednak do Hendrixa. Zanim Jimi po raz ostatni zaśpiewa Cause I’m a voodoo child / Lord knows I’m a voodoo child baby, wyczerpie ze Stratocastera esencję bluesa, funku i w plecionej spódniczce, z bambusem w ręku, wytyczy ścieżkę dla Page’a, Iommiego, Ray’a Vaughana i całej reszty. Zrobi to ot tak, na spontanie, ale ze świadomością, że nie straszna mu dżungla, bo to właśnie w nim skrzy się iskra boża czy też siła ducha przodków. Zrobi to po to, by na koncertach raz po raz brać wszystko w nawias, śmiać się z samego siebie i wariować na temat voodoo z różnymi malowidłami na gębie.

W tym Arfykańska elektronika nie ustępuje Voodoo Child. Krasnowolski efektownie tworzy świeże, potoczyste fabuły. Na pograniczu fantastyki, thrillera i klasycznej noweli konstruuje rasową, krwistą opowieść, której nadaje potencjału, by nie przestrzelić, rodem z filmów Tarantino. Motyw (ekhm!) sokoła, wykorzystany na użytek sprawnie wykadrowanej akcji, która pełnymi garściami czerpie z popkultury, nie mógłby być wyzyskany inaczej, jak w tak iście gargantuicznym zestawieniu: strój Mikołaja, kij bilardowy (tu zarysowany szkicowo, ale jak przy tym zaskakuje), czerwony pontiac z rocznika ʼ55 i podejrzana furgonetka. Zomo, szamanizm, Che i Kindoki. Literatura żywi się tu tym, czym powinna i czym jest sama – pierwszorzędną fikcją.

Zatem recepta, jaką na namolne straszydła wystawia Krasnowolski, nie mogłaby być inna: Wypełniony zomowcami SKOT pędzi przez miasto […] przecina środek ronda, przebija się przez zaspę, ścina młode jodełki posadzone kilka lat temu w czynie społecznym przez aktyw ZSMP, potem znowu wskakuje na jezdnię, wjeżdża w jednokierunkową ulicę pod prąd i niemal taranuje autko nadjeżdżające z naprzeciwka. Tylko rozpaczliwy manewr ratuje kierowcę malucha przed śmiercią, bury fiacik kręci bączka, po czym wbija się w kupę śniegu. Nieopodal, na przystanku stoi najwyższa zdobycz cywilizacji – żelazny kubeł wypełniony żarzącym się koksem. Czterech krzepkich żandarmów, z automatami przewieszonymi przez plecy, pochyla się nad koksiakiem, grzejąc zmarznięte dłonie. Na widok kierowcy, który niezgrabnie gramoli się z wbitego w zaspę auta, wybuchają zgodnym śmiechem. – Spałujem klienta dla rozgrzewki?