dorota-podmiana
ARTYKUŁY | 30.09.2013

Cały pokój jest obwieszony Dorotami („Dusza światowa” D. Masłowska, A. Drotkiewicz)

Ludzie starsi (mam tu na myśli pokolenie, dla którego telewizja nie była głównym czynnikiem kształtującym dziecięcą wyobraźnię) mają nierzadko problem z faktem, że ta sama osoba (albo: jej wizerunek) może występować równocześnie w bardzo rozmaitych formach. Pamiętam, że moja babcia nie mogła zrozumieć, że aktor udziela właśnie wywiadu na żywo, chociaż grana przez niego serialowa postać zginęła kilka odcinków temu. Coś tu po prostu nie styka w ontologii. Z żalem muszę stwierdzić, że podobnych problemów doświadczają również osoby wychowujące się w dobie telewizji i internetu.

Metempsychoza aktorów serialowych to jedno, istnieją jednak również zagwozdki niezwiązane w żaden sposób z nieśmiertelnością. Na przykład – to trudne do wypełnienia przykazanie: „nie należy w pełni utożsamiać osoby autora z jego dziełem” lub „należy oddzielić prywatny charakter artysty od publicznego charakteru jego osoby oraz wyników jego pracy”. Brzmi bardzo sensownie, szkoda jednak, że realizacja tej złotej zasady stawia przed widzem zarazem wiele przeszkód. Jeszcze jakieś dziewięć lat temu miałem poważny problem ze słuchaniem Pearl Jamu, bo wyczytałem gdzieś krytyczną wypowiedź Kurta Cobaina (onego czasu: mojego autorytetu moralnego numer jeden) na temat tego, jakimi ludźmi są na co dzień członkowie zespołu. A co z tymi przykrymi rozczarowaniami, jakich doświadcza nastoletni umysł, gdy ulubiony aktor lub muzyk okazuje się damskim bokserem lub przynajmniej żałosnym megalomaniakiem (tutaj wirtualna świeczka dla wszystkich fanów Guns N’Roses i Chrisa Browna: [*])?

Z góry zaznaczam, że analogia nie będzie kompletna, bowiem młodzieńczy okres szukania idoli – zarówno „całe szczęście”, jak i „niestety” – mam już od jakiegoś czasu za sobą. Gdybym jednak został zmuszony do sporządzenia swojej listy ulubionych polskich autorów, wybierając spośród tych, którzy zadebiutowali na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat, to niewątpliwie Masłowska uścisnęłaby dłonie innym  medalist(k)om. Czym zawiodła resztki mojej nastoletniej wrażliwości laureatka nagrody Nike z 2006 roku? Tym, że mówi. Nie, nie, nie chodzi mi wcale o niepotrzebnie powielany zarzut, że pisarka, wywołana do ustnej odpowiedzi, nie potrafi złożyć dwóch przekonująco brzmiących zdań. W wywiadzie-rzece, udzielonym Agnieszce Drotkiewicz, Masłowska naprawdę MÓWI. Mówi dużo, bujnie, tłusto i obszernie, produkując momentami całe tony pozbawionej znaczenia werbalnej chałwy. Robi się aż lepko od wzniosłości i słodyczy, gdy autorka co rusz podrzuca stwierdzenia w rodzaju: Miasto jest zjawiskiem przeciwnym naturze […] w mieście nie ma bezkresu, więc nie ma też Boga albo Są ludzie, którzy niby żyją, ale w dużej mierze są martwi […]. Jest to o tyle zaskakujące, że autorka, która do tej pory sięgała po banał głównie po to, aby rozpuścić go w swoim własnym idiomie i ponownie wykorzystać, obnażając przy tym całą jego „zawartość”, w Duszy światowej produkuje truizmy, klisze i liczmany tak obficie, że dałoby się z nich „uszyć” nową powieść pewnego znanego brazylijskiego pisarza. Co więc pozostaje? Może należy przybrać minę dziecka, którego rodzice spóźniają się z odebraniem go z przedszkola, i krzyknąć: „gdzie jest stara Dorota Masłowska? ja chcę starą Dorotę Masłowską!”?

A może nie ma żadnej starej i nowej Masłowskiej (odsuwam tutaj na bok dywagacje związane z jej ostatnią powieścią, więcej na ten temat tutaj)? Może wymyśliliśmy sobie tę „połamaną” dziewczynkę, skłóconą absolutnie ze wszystkim – zwłaszcza z tym, co trywialne i miałkie? A może cały wic polega nie na tym „co”, ale „jak” mówi Masłowska w rozmowie z Agnieszką Drotkiewicz? Bo przecież cytowanym powyżej tezom można przyznać rację, można też stwierdzić, że nie stoją one w żadnej opozycji wobec pisarstwa wywiadowanej. Właśnie: do tej pory treści tego typu nasza bohaterka podawała po prostu w formie literatury. Tym razem wpadła jednak w pułapkę języka – języka mówionego. Starsi i mądrzejsi ode mnie powiedzieli już bardzo wiele na temat tego, po co robi się literaturę – wystarczy przywołać chociażby sztandarowe „wyrażanie niewyrażalnego”. Właściwie, zdając sobie sprawę z ryzykowności tej tezy, fiasko, które ponosi język, i to, co Masłowska chce w Duszy światowej powiedzieć, to jednocześnie kolejne punkty na koncie tych, którzy podkreślają zasadność i konieczność twórczości literackiej w ogóle. To, co jawi sie jako płaskie i jednoplanowe w rozmowie dwóch pań, zagospodarowane przy pomocy innego trybu językowego, innej dykcji, może zyskać nowy wymiar. Tymczasem: tutaj wieje pustką – prawie jak w chętnie przywoływanym przez rozmówczynie jako antyprzykład magazynie „Viva”.

Dusza światowa jest pełna sprzeczności. I nie, nie chcę wcielać się w rolę zoila, który usilnie wytyka każde potknięcie, po prostu paradoksy, o których za chwilę będzie mowa, wydają się nie do pominięcia. Jako ważny punkt odniesienia w rozmowie bardzo często stawiana jest Polska Celebrycka, przede wszystkim wypowiedzi lokalnych gwiazd, jakie znaleźć można w prasie brukowej. Utyskuje się na mądrości w wersji instant, styropianową duchowość postaci naszego lokalnego show-biznesu, racząc przy okazji czytelnika przemyśleniami na temat erotyczności Paryża (podając na dowód wyimek z Transu Gretkowskiej, w którym to zapoznana przypadkowo para uprawia seks w krzakach niemal natychmiast po rozpoczęciu znajomości). Sporo jest tu też zachwytu nad bezkresem przyrody (Kiedy w zeszłym roku pracowałam przy remoncie mojego domu – wkładając ręce w ziemię, nagle uświadomiłam sobie, jakie to jest niezwykłe […] Wkładasz ręce w planetę, dotykasz jej!). Dowiadujemy się też, że podróże kształcą: Poszerzają poczucie świata. Zdajesz sobie sprawę, jak znikoma i nieważna jest twoja rzeczywistość.

Trzeba przyznać, że Agnieszka Drotkiewicz nie pomaga – obie panie są pisarkami, całkiem pokaźną część tekstu stanowi cmokanie nad tym, jak ważna jest rola literata, a słowo „dusza” pojawia się w podobnej ilości co spójniki (AD: Jak masz ocenić, czy twoja dusza jest warta trzy tysiące zaliczki, piętnaście czy pięćdziesiąt? DM: Książka jest zrobiona z ciebie i z powietrza). Można odnieść wrażenie, że wzięło się do ręki archiwalny numer „Chimery” (tej Miriama, nie tej Rafała Bryndala). Swoją drogą: konia z rzędem temu, kto doliczy się, ile razy pada tutaj słowo „metafizyka”. Jest to jednak głównie „metafizyka bumtarara”, jak swego czasu Piotr Najsztub określił duchowe nawrócenie Tomasza Karolaka. W rezultacie można odnieść wrażenie, że czytamy zapis rozmowy dwóch buńczucznych licealistek, które wzajemnie upewniają się w tym, że mają rację. Drotkiewicz w jednym z końcowych rozdziałów tłumaczy swoją technikę przyjętą przy okazji rozmowy z Masłowską: wywiad nie musi wcale być konfrontacją, może być po prostu rozmową. Owszem, rzecz nie leży przecież w skakaniu sobie do gardeł, ale być może choć minimalny pierwiastek sporu między rozmówczyniami wygenerowałby napięcie, które uratowałoby Duszę światową przed nijakością. A tak mamy jednogłos.

Niemniej jednak są tutaj „momenty”. Panie sporo miejsca poświęcają temu, jak mocno spolaryzowany jest obecnie polski dyskurs intelektualno-kulturalny. Być może nie jest to teza przełomowa, ale fakt, że gra się dziś niemal tylko lewym i prawym skrzydłem, przy wyłączeniu środka pola, jest warty podkreślenia. Jednocześnie Masłowska odcina się wszystkim, którzy pragną jej wręczyć legitymację którejś z frakcji: Ja czuję przymus kupowania raz „Uważam Rze”, a raz „Przekroju”. Warte uwagi są również fragmenty poświęcone współczesnemu teatrowi oraz rozważania dotyczące jedzenia (szczególnie tego „z pęknięciem”). Problem zostaje nierozwiązany. No bo którą Dorotę Masłowską wybrać? Tę zdystansowaną czy tę natchnioną i astralną? Tę operującą celnym dowcipem i zmysłem obserwacji (polecam rozważania na temat czasopisma „Przyślij Przepis”) czy tę rzucającą na prawo i lewo prawdami objawionymi? A może należy po prostu uznać wreszcie, że Masłowska należy tylko do Masłowskiej i może z nią zrobić to, co się jej żywnie podoba? Parafrazując tego, który użyczył swojej wypowiedzi na użytek blurba w pierwszym wydaniu Wojny polsko-ruskiej: cały pokój jest obwieszony Dorotami.

 

Mateusz Witkowski

Mateusz Witkowski

(ur. 1989) – redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna. Obecnie doktorant na WP UJ, absolwent krytyki literackiej na tym samym wydziale. Do tej pory publikował m.in. w “Dwutygodniku“, “Czasie Kultury“, “Opcjach”, "Xięgarni" i innych, zarówno teksty literackie, jak i krytyczne. Stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską. Mocno plebejskie zainteresowania: brytyjskie zespoły z lat 80., włoski futbol, portal Popmoderna.