parcsandrec (1)
ARTYKUŁY | 01.06.2015

Bye Bye Li’l Sebastian (7 sezonów „Parks and Recreation”)

Telewizja zawsze (a ostatnimi laty w sposób szczególny) była łasa na różnorodność, bo lepiej niż film rozumiała jej ekonomiczne walory. Jednak bezsprzecznym faktem jest, że jedne historie opowiada się za jej pośrednictwem częściej, inne rzadziej, a modelowym serialowym bohaterem był i pozostaje biały heteroseksualny mężczyzna, mieszkający w wielkim mieście, najlepiej lekarz lub adwokat. Każde odstępstwo od tej reguły staje się automatycznie polityczne, więc obarczone dużym ryzykiem (przede wszystkim finansowym). Zwłaszcza jeśli uczynimy nasz serial nie tylko politycznym (opowiadając o innym niż modelowy bohaterze), ale i o polityce (opowiadając o bohaterze z politycznymi ambicjami). Zgodnie z tą logiką Parks and Recreation miało niewielkie szanse na sukces.

A jednak udało się. Serial produkcji NBC autorstwa dwóch pisarzy: Grega Danielsa i Michaela Shura – znanych już amerykańskiej (i światowej) widowni z amerykańskiej wersji The Office – zdobył wiernych fanów, zebrał dobre recenzje i można bez większych obaw powiedzieć, że – przynajmniej dla Amerykanów – stał się serialem kultowym. Z początku nikt nie wróżył produkcji sukcesu: widownia malała z każdym odcinkiem, krytycy zarzucali twórcom miałkość postaci i nieudolne naśladowanie The Office. Takie reakcje nie powinny zresztą nikogo dziwić – bohaterami Parks and Recreation są urzędnicy Zarządu Zieleni Miejskiej fikcyjnego miasta Pawnee w stanie Indiana. Brzmi raczej odstręczająco, prawda? Na domiar złego (które potem obróci się w dobre) twórcy zdecydowali się ich losy opowiedzieć w formie paradokumentalnego sitcomu, co jeszcze bardziej zwiększyło dystans między bohaterami a widzem. Cały pierwszy sezon ogląda się z trudem, nikt nie stara się uczynić poznawanych właśnie przez nas postaci trochę łatwiejszymi do polubienia. Nawet główna bohaterka, Leslie Knope (cudowna Amy Poehler), nie budzi sympatii, chociaż jako jedyna nie realizuje stereotypu leniwego, bezużytecznego urzędasa. Jej zapał do pracy i entuzjazm mogłyby wzbudzić szacunek u widza, gdyby nie to, że Knope wydaje się nie mieć pojęcia, co się wokół niej dzieje. Nie posiada też żadnej mocy sprawczej, by cokolwiek zmienić. Twórcy nie mają dla swoich postaci litości – czynią je tak żałosnymi, jak to tylko możliwe. To tacy urzędnicy, jakimi lubimy ich widzieć – głupi i bezużyteczni. Już w otwierającej sezon scenie obserwujemy jak Knope nieudolnie próbuje wypędzić pijanego mężczyznę ze zjeżdżalni na placu zabaw. W kolejnej scenie na spotkaniu z mieszkańcami gasną wszystkie światła.

Widza i bohaterów dzieli przepaść, a właściwie dół, który wykopali twórcy, grzebiąc swoje postaci i pozwalając oglądającemu patrzeć na nie z góry. Dół istnieje nie tylko metaforycznie –na spotkaniu z mieszkańcami miasteczka problem ten zgłasza Ann Perkins (Rashida Jones), burząc się, że jej chłopak Andy Dwyer (w tej roli obecnie rozchwytywany aktor Chris Pratt) wpadł do niego i złamał sobie obie nogi. Ann Perkins staje się tym samym pierwszą postacią Parks and Recreation, którą widz jest w stanie zaakceptować. Swoją poruszającą przemowę rozpoczyna zresztą od słów: „Jestem pielęgniarką i szczerze nie bardzo interesuję się polityką”. Czy można sobie wyobrazić kogoś łatwiejszego do polubienia? Stoją więc tak naprzeciwko siebie – pielęgniarka, którą spotkało nieszczęście i nieudolna urzędniczka, naiwna idealistka Leslie, i widz od razu wie, której stronie warto kibicować. Wtedy Knope składa obietnicę – dół nie tylko zostanie zasypany, ale na jego miejscu powstanie prawdziwy park. To właśnie walka o ten park sprawi, że tak jak dół, zniknie też w końcu przepaść między widzem a bohaterami.

Nie lubimy urzędników, nie lubimy polityki. Wiedzą o tym twórcy Parks and Recreation, tak samo, jak wiedzą o tym twórcy House of Cards. Poza tym podobieństwem, oba seriale różni właściwie wszystko, bo choć Leslie Knope także ma ambicje, by kiedyś zostać prezydentem, to jej motywacje są zupełnie inne. Urzędniczka z Pawnee wierzy w politykę i wierzy w ludzi, chce zmieniać świat, co sprawia, że więcej wspólnego ma z Don Kichotem niż z Francisem Underwoodem. Swoją zawziętością i pracowitością udaje się jej zaskarbić sympatię nie tylko Ann Perkins i (dotąd zdystansowanych i sceptycznych) współpracowników, ale w końcu także i widzów. Tego procesu nie jest w stanie zatrzymać nawet to, że twórcy wcale nie stają się wobec Leslie bardziej łaskawi, nie zaczynają udawać, że świat jest przyjazny ludziom takim jak ona, że praca urzędnika zawsze jest satysfakcjonująca i spotyka się ze społecznym wsparciem (jego brak jest chyba największym problemem pracowników zarządu). Te wszystkie przeciwności nie zrażają jednak dzielnej bohaterki. Nie powstrzymuje jej też brak nagrody za ciężką pracę, co sprawia, że widz nie tylko zaczyna darzyć ją sympatią (prawdziwość i szczerość to wartości, których u polityków szukamy), ale także przypuszczać, że musi być w tym jakiś ukryty sens, że może jednak warto, że może nie wszyscy urzędnicy są całkiem żałośni, a polityka nie zawsze musi być bezcelowa. Skoro Leslie Knope tak bardzo się stara, to albo jest głupia i nie rozumie, co się wokół niej dzieje, albo wszystko jednak jest po coś, można coś zdziałać, zmiana jest możliwa. Choćby nawet najmniejsza.

Najważniejsza lekcja, jakiej udziela nam bohaterka, mówi o tym, że jeśli ktokolwiek może coś zmienić, to tylko my wszyscy razem. Leslie Knope coraz bardziej, z odcinka na odcinek zmienia się z nieudolnego urzędnika w dzielnego lokalnego patriotę. Parks and Recreation z serialu wyśmiewającego małomiasteczkowych pracowników Zarządu Zieleni Miejskiej, staje się opowieścią o sile wspólnoty, o przyjaźni i współpracy, o miłości do swojego miasta i o szacunku do mieszkających w nim ludzi. Wszyscy bohaterowie mają swoje za uszami, ale w najważniejszych sprawach potrafią postąpić właściwie. Bywają egoistyczni, niepewni siebie, kłócą się, są nieporadni, nie wiedzą jak się zachować, popełniają błędy, mają wątpliwości, załamania, gorsze dni, ale w końcu potrafią przeprosić, naprawić błędy i pogodzić się ze sobą. Bohaterowie, których miałkość i stereotypowość była przyczyną porażki pierwszego sezonu, w kolejnych stają się najmocniejszą stroną serialu. Twórcy coraz odważniej igrają ze stereotypami i z publicznym wizerunkiem aktorów (większość z nich to także niezależni twórcy parający się stand-upem, kabaretem, teatrem improwizowanym). Fascynujące są ich zabawy z męskością i kobiecością, cieszą feministyczne deklaracje, miłość do jazzu i słabość do kobiet „męskiego mężczyzny” Rona Swansona (niesamowity Nick Offerman), cieszy zakupoholizm i wyczucie stylu Toma Haverforda (bardzo zabawny Aziz Ansari), cieszy oschłość i emocjonalny dystans bezczelnej praktykantki April Ludgate (intrygująca Aubrey Plaza), czy pewność siebie i brak kompleksów Donny Meagle (Retta).

Najbardziej cieszy jednak, że ktoś wreszcie odważył się opowiedzieć o małym mieście z odrobiną czułości, jaka się temu tematowi bezwzględnie należy. Parks and Recreation pokazuje, że małe miasta mają swój urok, że można je kochać, a nawet, że można je wybrać – nie tylko w nich zostać, ale także przyjechać i zadomowić się, jak to czyni Ben Wyatt, grany przez znakomitego Adama Scotta. Pokazuje, że można małe miasto kochać tak bardzo, by chcieć dla niego pracować i chcieć je zmieniać na lepsze. Dumni mieszkańcy Pawnee udowadniają, że najpierw trzeba być skądś, by móc być kimś, i że w dzisiejszym globalistycznym świecie wciąż jest miejsce na lokalny patriotyzm i działanie dla swojej małej społeczności. Niektórzy twierdzą, że Parks and Recreation się spóźniło, że dzisiaj już nikt nie wierzy w politykę, w zmianę, w demokrację, że dzisiaj sens mają tylko opowieści o cynikach rodem z House of Cards. Ja myślę, że serial wyprzedził rewolucję. Już zaczynamy widzieć ją w naszych miastach, powoli odradzają się sąsiedzkie wspólnoty, ruchy miejskie próbują odzyskać przestrzeń publiczną, mieszkańcy coraz aktywniej zabiegają o możliwość wpływania na otaczającą ich rzeczywistość. Ludzie coraz bardziej chcą być skądś. Być może jestem tylko naiwną idealistką, nie mam pojęcia, co się wokół mnie dzieje (jak Leslie w pierwszym sezonie), nie mam też żadnej mocy sprawczej. Być może właśnie dlatego kocham główną bohaterkę i cały Zarząd Zieleni Miejskiej małego miasta Pawnee w stanie Indiana. I bardzo mi smutno, że już go nie odwiedzę. Włączam więc sobie 5000 Candles in the Wind świetnego, lokalnego zespołu z Pawnee – MouseRat, piosenkę, którą nagrali na pożegnanie kochanego przez wszystkich mieszkańców kucyka o imieniu Li’l Sebastian. I nucę sobie pod nosem: „Bye, bye Li’l Sebastian” – będę tęsknić.