fauna (1)
ROZMOWY, WYWIADY | 13.01.2014

„Być może wcale nie jestem poetką” (Wywiad z Julią Fiedorczuk)

Olena Sheremet: Od dawna piszesz wiersze, a w 2010 roku zadebiutowałaś książką prozatorską. Co oznacza dla ciebie bycie poetką i bycie pisarką?

Julia Fiedorczuk: Poezja wymaga inspiracji, impulsu, który trudno kontrolować. Wiersze pojawiają się i przychodzą raz na jakiś czas, z prozą jest inaczej – tu można coś zaplanować, wypracować. Łatwiej jest przyznać się do bycia pisarką niż poetką. „Jestem poetką” to trudna deklaracja. Trudno ją uczynić kobiecie, ponieważ tradycja poetycka jest zasadniczo męska i o wiele bardziej patriarchalna niż proza. Rzecz jasna, kobiety pisały od zawsze, jednak w XIX wieku, kiedy po raz pierwszy zaistniały jako autorki, były przede wszystkim powieściopisarkami (uprawiały ten nie do końca poważny rodzaj literatury). W poezji pomiędzy Safoną a sentymentalnymi poetessami XIX wieku, od których odcinała się poezja awangardowa, jest czarna dziura. Dwudziestowieczne poetki często bywały traktowane jak dyletantki. Kobieta pisząca prozę wchodzi w dialog z tradycją, która przynajmniej w pewnej mierze jest kobieca. Pisanie wierszy jest o wiele bardziej dramatycznym rodzajem walki.

Nie masz ambicji, żeby głośno określać się jako poetka, żeby podjąć tego rodzaju walkę?

Nie do końca. Pisanie jest rodzajem walki, publikacja jest deklaracją niepodległości, zwłaszcza jeżeli tekst nie spełnia oczekiwań stawianych poezji kobiecej. Jednak czy budowanie silnej pozycji podmiotowej „ja – poetka” w istocie stanowi akt subwersji, czy może raczej ugruntowuje pewien model podmiotowości, który od zarania dziejów był męski? Przyglądając się piszącym kobietom, obserwuję ich strategie wobec płci i pisania. Często są to dramatyczne historie. Ciekawy i tragiczny jest przypadek Sylvii Plath, która chyba pragnęła stać się „poetą” na wzór męski. Uważam, że zapłaciła za to ogromną cenę. Jej wiersze bywają zapisem autoagresji w stosunku do jej własnej kobiecości. Nie chcę stosować wobec siebie tego rodzaju przemocy, wolę być dyletantką – lubię być dyletantką, amatorką, kimś, kto czasem pisze wiersze, a czasem prozę, bawi się tym i tamtym, czasem myśli, czasem śpiewa, ale niekoniecznie bierze udział w edypalnej walce o swój własny głos, aby stać się poetą w takim sensie, w jakim tylko mężczyźni bywali poetami (wielkimi rewolucjonistami języka). Być może wcale nie jestem poetką. Kobietom zarzuca się czasem, że nie odróżniają życia od literatury. Pani Bovary Flauberta to opowieść o cenie, jaką czasem przychodzi za to zapłacić. Lubię Emmę Bovary. Świadomie i z premedytacją mieszała literaturę z życiem. Interesuje mnie właśnie taka dyletancka twórczość: poezja, proza, aktywizm, przeżywanie. To jest zabawa, ale skutki tej zabawy mogą być rewolucyjne.

A czy w literaturze ważna jest dla ciebie kategoria narodowości? Czujesz się częścią ciągłości pewnej narodowej tradycji literackiej?

Zupełnie nie interesuje mnie kategoria narodowości, co najwyżej jako problem. Nie jestem stuprocentową Polką, rodzina mojego ojca przywędrowała z Białorusi. Jednak ważny jest fakt, że piszę po polsku – to materiał, którego używam. Z wykształcenia jestem anglistką i prace naukowe piszę wyłącznie po angielsku, natomiast nigdy nie napisałam żadnego tekstu literackiego w tym języku, dlatego że polszczyzna jest bardzo intymnie związana z moim sposobem przeżywania świata. W polszczyźnie czuję się jak w skórze, w angielskim – jak w ubraniu. Jest wielu polskich pisarzy, starszych i współczesnych, którzy są dla mnie niesłychanie istotni. Fascynuje mnie prozodia poezji polskiej – u genialnych autorów takich jak Mickiewicz czy Słowacki albo bliski mi ostatnio Bolesław Leśmian. Prozodia poezji współczesnej jest zakorzeniona w języku polskim z całą jego historią, w melodiach, rytmach. Także mój związek z historią Polski przejawia się przede wszystkim w języku, a w mniejszym stopniu w tematach, które poruszam w moim pisaniu. Inna sprawa, że im jestem starsza, tym bardziej ciekawi mnie miejsce Słowiańszczyzny na mapie Europy. Polacy uważają czasem, że mieszkają w kraju etnicznie jednolitym, ale nie jest to prawda – na terenie tego kraju mieszkają: Romowie, Żydzi, Łemkowie, Kaszubowie, Ślązacy. Nie mam żadnych ciągot narodowościowych. Interesują mnie języki, sploty ludzkich historii, zdarzenia, miejsca, pejzaże, czyli psychogeografia i społeczna geografia regionów.

Podejmujesz w swoich tekstach tematy dość trudne, związane z cielesnością, przeważnie kobiecą. Ale te doświadczenia często są bardzo bolesne, traumatyczne. Skąd się bierze ten ból? Czy to jest sytuacja polska, czy też wiąże się z procesami zachodzącymi na całym świecie, a może jest tylko indywidualną perspektywą?

Obawiam się, że trauma przeżywana przez kobiety w związku z ich płcią to doświadczenie bardzo powszechne, może wręcz uniwersalne. Choć rzeczy, które mówię o przemocy, często spotykają się z gwałtowną krytyką, to jednak upieram się przy twierdzeniu, że przemoc jest w jakimś sensie płciowa, to znaczy, że zwraca się ze strony tego, co męskie, przeciwko temu, co niemęskie. Nie chodzi mi o to, że każdy mężczyzna jest okrutny – takie stwierdzenie byłoby przecież najoczywistszą nieprawdą – ale o kulturowo promowany ideał męskości, czyli o pewną fikcyjną tożsamość zbudowaną na opozycji wobec tego, co kobiece, co niewystarczająco męskie. Taka męskość zwraca się – w akcie okrucieństwa albo pogardy czy pobłażliwości – przeciwko kobietom, „ciotom”, „frajerom”, „babom”. Nie ma chyba gorszej inwektywy w stosunku do mężczyzny niż „baba”, natomiast powiedzieć kobiecie, że podjęła „męską” decyzję, to największy komplement. Dowody na płciowy charakter przemocy można znaleźć wszędzie – w literaturze, w reklamie, w popkulturze, gdzie kobiece ciało często bywa uprzedmiotowione. Poza tym trzeba po prostu jasno powiedzieć, że wiele kobiet doświadczyło jakiejś formy przemocy w swoim życiu – przemocy fizycznej, często na tle seksualnym, wystarczy popatrzeć na statystyki gwałtów w Europie. Kobiety doświadczają także przemocy symbolicznej i psychicznej – zaczynając od szkoły, gdzie dziewczęce ciało, częściej niż chłopięce, bywa obiektem drwin, seksualnych żartów, okrucieństwa, stale poddawane jest ocenie. Mimo że czasy się zmieniają i obowiązuje jakiś rodzaj politycznej poprawności, to wciąż kobiece ciało jest wydane na przemoc męskiego spojrzenia. Nie chodzi mi o to, że wszyscy mężczyźni patrzą na kobiety jak na przedmioty, ale o patriarchalny sposób patrzenia, związany z typem mocnej męskości, który sprowadza kobietę do przedmiotu zainteresowania seksualnego.

Dla przykładu – kobiety na ulicach Kijowa są obłędnie piękne, ale widać ilość wysiłku, który muszą dzień po dniu wkładać w to, żeby być ciałem zasługującym na pożądanie, a nie takim, które będzie obiektem drwin. Ukraina i Polska muszą wykonać ogromną pracę, zanim kobiety uzyskają wolność symboliczną, charakterystyczną dla niektórych krajów Europy Zachodniej. Choć ostatnio czytałam, że w Anglii bardzo młode dziewczyny robią sobie bolesne i kosztowne operacje plastyczne nóg (by przy łączeniu kolan pojawiała się szpara między udami!). Jak ogromnej trzeba doświadczać presji, jak bardzo trzeba być zmanipulowaną, żeby robić swojemu ciału taką krzywdę? Elfriede Jelinek mówi, że dopóki kobieta nie znajdzie dla siebie przestrzeni realizowania się i godnej egzystencji poza odgrywaniem roli przedmiotu męskiego pożądania, dopóty będzie istniała przemoc.

Na wszelki wypadek dodam od razu – w razie, gdyby nie było to oczywiste – że faktem jest, iż mężczyźni także doświadczają przemocy. Warto jednak zauważyć, jak często doświadczają przemocy właśnie dlatego, że nie do końca wpasowują się w tę rolę, o której pisałam wcześniej – w tę męską par excellence rolę pana (jak w heglowskiej dialektyce pana i niewolnika) – czy po prostu dlatego, że są nie dość męscy. Jeśli poglądy, które głoszę, można określić jako feministyczne, a tak je właśnie określam, to pragnę od razu dodać, że feminizm jest walką o szacunek i godność dla wszystkich ludzi, niezależnie od płci – jest po prostu wystąpieniem przeciwko przemocy historycznie i kulturowo związanej z pewnym ideałem męskości.

Wracając do twoich zainteresowań naukowych – jesteś badaczką i tłumaczką utworów słabo znanej poetki – Laury Riding Jackson. Dlaczego warto się nią zainteresować?

Ona nie jest znana nawet w Stanach, w Polsce znana jest tylko z moich przekładów i opracowań. Laura Riding to amerykańska poetka, która wyemigrowała do Anglii, gdzie jest pamiętana jako kochanka Roberta Gravesa (przez dziesięć lat mieszkali razem na Majorce), mimo że pamiętniki i listy, które zostały z tamtych czasów, wskazują na to, że to Graves był pod jej absolutnym wpływem. Wręcz do tego stopnia, że przez dłuższy czas uważał Laurę Riding za ucieleśnienie Białej Bogini.

Interesują mnie modernizm i awangarda, kwestia innowacyjności w poezji, fascynują mnie losy kobiet modernistek, losy kobiet w awangardzie, która najczęściej je zdradzała, pozwalając im na przyłączenie się, ale przy zachowaniu drugorzędnego statusu. Kobiety zawsze były poklepywane po plecach przez najsłynniejszych poetów, musiały im się przypodobywać i stawać się do nich podobne za cenę rezygnacji z bycia sobą. Jeżeli chodzi o amerykański modernizm, jest kilka bardzo ciekawych postaci – Marianne Moore, wybitna poetka, której tekstami w tej chwili zajmuję się naukowo; Mina Loy, arcyciekawa, bardzo kontrowersyjna autorka; Hilda Doolittle – H.D., jak ją kiedyś nazwał Ezra Pound i odtąd straciła imię i nazwisko.

Laura Riding była niezwykle ciekawą postacią. Stworzyła swój własny, bardzo dziwny, unikalny, modernistyczny do szpiku kości, a jednocześnie inny, skazujący ją na marginalność projekt poetycki i językowy. Uważała, że język zajmuje niezwykłe miejsce w ludzkiej egzystencji ze względu na to, że jest jedyną przestrzenią, w której się spotykamy, jest wspólnym dobrem, domem, który zamieszkujemy jako ludzie. Laura Riding była przeciwna używaniu języka w sposób narcystyczny, propagandowy. Po opublikowaniu kilku książek poetyckich doszła do wniosku, że także poezja opiera się na pewnego rodzaju manipulacji. Przez resztę życia nie pisała już wierszy, zamiast tego starała się stworzyć całościową teorię języka, idąc w kierunku niemal dokładnie odwrotnym do tego, który zdominował dwudziestowieczne myślenie o języku. Według Riding język nie jest arbitralny, jest ściśle związany z fundamentalnymi faktami egzystencji i dopóki tego nie zrozumiemy, będziemy po prostu bić pianę. Na pewnych etapach jej teoria spotyka się z myślą Heideggera, ale później ich drogi się rozchodzą. Co ciekawe, w obliczu aktualnego filozoficznego zwrotu ku etyce, teorie Riding okazują się niemal prorocze. Jestem w stanie znaleźć poparcie dla głoszonych przez nią tez w najnowocześniejszych teoriach języka. Fascynuje mnie jej mistyczna czy religijna wiara w to, że budując prawdziwszy język, będziemy w stanie zbudować lepszą egzystencję i, ostatecznie, lepszy świat. Ja także uważam, że język odgrywa kluczową rolę w ludzkim życiu i jestem zdania, iż sposób, w jaki współczesna kultura konsumpcyjna go traktuje (mówię np. o mass mediach, o skrótowości i mechaniczności komunikacji w internecie), jest bardzo destrukcyjny dla samego języka, a także dla świadomości i duchowości ludzi. Laura Riding była szaloną mistyczką, trudno w całości zaakceptować jej myślenie o języku, ale intuicja, że warto zacząć mówić precyzyjnie, a zarazem w taki sposób, aby słowa stanowiły gościnne otwarcie się na kontakt z innymi istotami – ludzkimi i nieludzkimi – wydaje mi się fundamentalnym wyzwaniem późnej nowoczesności.

Wspomnę tu jeszcze o ekokrytyce: otóż jest to taki rodzaj namysłu nad tekstem literackim, który na pierwszy plan wysuwa problem relacji pomiędzy ludźmi a innymi istotami oraz środowiskiem naturalnym. Ekokrytyka zastanawia się nad tym, w jaki sposób konstruuje się naturę w tekstach literackich, jakiego rodzaju wiedzę możemy z nich czerpać, a także – w jaki sposób wpływają one na nasz praktyczny stosunek do środowiska naturalnego. Siłą rzeczy pojawia się pytanie o możliwość przedstawiania rzeczywistości, w tym nie-ludzkiej rzeczywistości, za pomocą języka. Wziąwszy pod uwagę zupełnie fatalny stan środowiska naturalnego na całym świecie, pytania zadawane przez ekokrytykę są bardzo doniosłe. Czy teksty literackie, a w szczególności poetyckie, mogą pomóc nam w zbudowaniu lepszej, prawdziwszej postawy wobec tego, co nie-ludzkie? Czy poezja może poszerzyć i pogłębić naszą wyobraźnię tak, żeby nasz namysł etyczny był w stanie objąć nie tylko nas samych, ale także inne istoty, a w końcu także i krajobrazy, i samą ziemię? Przecież poezja wywodzi się z pogańskich rytuałów, słowa nie są prywatną własnością poetów, u źródeł poezji leży intuicja co do transformującej mocy słów. Dla mnie to jest kluczowa kwestia: relacja pomiędzy estetyką a etyką. Stan świata jest bardzo zły, wielu myślicieli uważa, że tępy upór, z jakim ludzie wyniszczają Ziemię, świadczy o masywnym kryzysie wyobraźni. Nie jestem w stanie ignorować tego problemu, kiedy piszę albo myślę o pisaniu.

Wróćmy do twojej twórczości. Jesteś lubiana przez polską krytykę, dostałaś nagrodę Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek za swój debiut poetycki, później twoje nazwisko ukazało się na liście polskich pisarzy, którzy ewentualnie mogą dostać Nobla w 2040 roku…

Zastanawiam się, czy mogłabym iść z tym do banku i wziąć kredyt na mieszkanie na poczet tego Nobla…

Jaki masz stosunek do rozmaitych nagród literackich, rankingów pisarzy?

Wolałabym, żeby nie było nagród i rankingów, uważam cały ten system za czyste okrucieństwo. Fakt, że ktoś dostaje nagrodę w danym momencie, to wypadkowa wielu różnych czynników, więc nie wierzę, że to zawsze są najlepsze książki. Jest tyle książek, które są pomijane, a zasługiwałyby na uważne przeczytanie. Osoby, które są często nominowane do nagród i nigdy ich nie dostają, bardzo to przeżywają, to trochę upokarzające. Osobiście cenię fakt, że ktoś z uwagą i szacunkiem przeczyta to, co napisałam. Czytelnicy to skarb! Uwielbiam spotkania w małych miasteczkach, gdzie przychodzą normalni ludzie, którzy wypożyczają książkę z biblioteki, zadają szczere pytania, na które chcieliby po prostu usłyszeć odpowiedź. Żeby dotrzeć do takich ludzi i mieć spotkania, niestety trzeba zostać najpierw uznanym przez krytyków.

Wspominałaś, że dużo podróżujesz. Powiedz coś więcej o tym doświadczeniu.

Przeżywam coś, co określę jako dekontekstualizację samej siebie. To doświadczenie jest dla mnie bardzo istotne, pomaga szerzej otworzyć oczy. Bycie wrzuconą w nowy pejzaż przyrodniczy, geograficzny i ludzki siłą rzeczy sprawia, że zostawia się za sobą rozmaite przywiązania, problemy, neurozy. Przez większość życia koncentrujemy się na przeżywaniu samych siebie, pielęgnujemy dawne traumy, żale – taka jest natura zachodniego człowieka. Może w innych kulturach jest inaczej, ale ta euro-amerykańska jest niebywale narcystyczna. Często przyjeżdżam nieprzygotowana, wysiadam na lotnisku, pytam ludzi – to jest bardzo wyzwalające. Świadomie nauczyłam się używać podróży do kompletnego wywrócenia się na lewą stronę i puszczenia samej siebie po to, żeby mogło zaistnieć we mnie coś innego niż tylko ja.

Prowadzimy tę rozmowę w Kijowie. Z jakim doświadczeniem stąd wyjedziesz?

Wyjadę z doświadczeniem potwornego niedosytu, ponieważ spędziłam tu tylko trzy dni, które były pod każdym względem wspaniałe. Chciałabym poznać Kijów trochę lepiej, zobaczyłam niewielką powierzchnię, ale miasto mnie zupełnie urzekło. Urzekli mnie ludzie, których tutaj spotkałam. Na pewno czymś zupełnie niezapomnianym będą nasze wspólne spacery, bardzo pięknie dziękuję ci, że byłaś taką wspaniałą przewodniczką. Będę pamiętała tańce na hotelowym tarasie (Andrijowi Lubce, Jurijowi Wynnyczukowi, Marcie Bryżak i Maciejowi Robertowi dziękuję za wytrzymywanie piosenek Bowiego w moim wokalnym wykonaniu, zwłaszcza nad ranem). Wyjadę z nowymi literackimi znajomościami, ukraińskimi, ale nie tylko. Wiem, że jest kilkanaścioro autorów, których losy będę odtąd chciała śledzić.

Rozmowa odbyła się w maju 2013 roku w Kijowie, gdzie Julia Fiedorczuk gościła na festiwalu poetyckim Kijowskie Laury.

Wywiad powstał we współpracy z magazynem „Radar”. Ukraińska wersja językowa tutaj.