ruta
RECENZJE | 18.03.2013

Bunt i pojednanie, czyli co nie udało się muzykom zespołu R.U.T.A.

Zespół R.U.T.A. ani nie jest nowym zjawiskiem na polskiej scenie muzycznej, ani nie wydał ostatnio żadnej płyty – album Na Uschod jest na rynku już od paru dobrych miesięcy. Niektóre znaki na niebie i ziemi (na przykład to, że na jednym z portali kulturalnych mogła ukazać się taka recenzja) wskazują jednak, że mimo upływu czasu i dyskusji, jakie towarzyszyły obu premierom, nie wszyscy dosłyszeliśmy, o czym tak właściwie ci śmieszni, przebrani w potargane ciuchy ludzie śpiewają.

Na początek garść podstawowych informacji dla tych, którzy o zespole jakimś cudem jeszcze nie słyszeli. R.U.T.A., czyli Reakcyjna Unia Terrorystyczno Artystowska albo inaczej Ruch Utopii, Transcendencji, Anarchii, to istniejący od 2010 roku projekt muzyczny, założony przez Macieja Szajkowskiego. Wykonawca związany z zespołem Kapela ze Wsi Warszawa zaprosił do współpracy najważniejsze postaci polskiego punk rocka: Pawła Gumolę z Moskwy, Roberta Materę z Dezertera, Huberta Dobaczewskiego z Lao Che oraz Dominikę Domczyk z Post Regimentu. Rafał Księżyk w uzasadnieniu nominacji do Paszportów „Polityki” 2011 pisał, że Szajkowski zaskoczył w 2011 r. albumem „GORE”, gdzie folkowa supergrupa i legendarni weterani punk rocka nadają nowe życie dobytym z etnograficznych archiwów ludowym pieśniom buntu. Bo członkowie i współpracownicy zespołu R.U.T.A. w wolnych od tworzenia muzyki chwilach lubią zafundować sobie porządną kwerendę biblioteczną albo zrobić parę wywiadów terenowych – dzięki podjętemu przez nich wysiłkowi na płycie GORE Pieśni buntu i niedoli XVI-XX wieku usłyszeć można teksty chłopskich pieśni antyfeudalnych sprzed kilkudziesięciu, a czasem kilkuset lat, w aranżacjach inspirowanych muzyką z dawnych epok.

Tym, co powoduje uznanie, jakim cieszy się zespół wśród licznych autorów recenzji i artykułów, jest wysiłek włożony w próbę zmiany polityki historycznej – obraz wsi, jaki wyłania się ze znalezionych w zbiorach muzeów etnograficznych tekstów, nie jest ani sielski, ani anielski i raczej w niewielkim stopniu odpowiada wyobrażeniom zbudowanym na podstawie lektury narodowego kanonu. Materiał zgromadzony na płycie GORE jest krzykiem buntu przeciwko zasadom świata feudalnego, a mówiąc bardziej konkretnie – przeciwko wyzyskowi ze strony szlachty i Kościoła. Trudno dziwić się recenzentom, że łączą tę antyfeudalną wściekłość z rodzajem energii, z jakiej wyrasta punk rock, tym bardziej że współczesne aranżacje muzyczne, wykonywane za pomocą takich instrumentów jak fidel płocka, trombita czy lira korbowa, mają w sobie charakterystyczne punkowe szybkie tempo, rytm i chropowatość. Nazywanie chłopskich pieśni „proto-punkiem” albo „punkiem pańszczyźnianym” jest dość błyskotliwe i dobrze mogłoby spełniać funkcję retorycznego ozdobnika, jednak ani recenzenci, ani sami artyści nie zamierzają najwyraźniej na tym poprzestawać. W swoich wypowiedziach i w materiałach promocyjnych budują szerzej zakrojoną analogię między buntem antyfeudalnym i antykapitalistycznym. Podobne intuicje pojawiają się zresztą w uzasadnieniach nominacji do Paszportów „Polityki”: Trudno o lepszą płytę na dzisiejsze czasy społecznego wrzenia (jako rzecze Rafał Księżyk), Na styku dopracowanego konceptu i naturalnej wściekłości powstała najbardziej wiarygodna i bezkompromisowa muzyka sprzeciwu i buntu w potransformacyjnej Polsce (twierdzi Piotr Lewandowski), Gdyby nagle objawili się polscy „oburzeni”, pieśni z wydanego wiosną przez zespół albumu „GORE” mogłyby spokojnie towarzyszyć im w drodze na barykady (dodaje Robert Sankowski).

A co na to lider zespołu? Postawę Szajkowskiego można scharakteryzować za pomocą cytatu z jednej z piosenek śpiewanych kiedyś przez Halinę Kunicką: chciałabym, a boję się, albo, jeśli ktoś woli bardziej wyszukane porównania, potraktować jako ilustrację tezy Artura Żmijewskiego o skłonności artystów do uciekania przed społecznym skutkiem na bezpieczne terytorium sztuki. W jednym z wywiadów Szajkowski przyznawał, że dostrzega rewolucyjny potencjał tkwiący w poszczególnych tekstach, jednocześnie zachęcając, by nie traktować ich zbyt dosłownie – przecież nie chodzi o żadne nowe powstanie, tylko o muzykę! Mimo wszystko wydaje się jednak, że przyczyna nieszkodliwości buntu spod znaku R.U.T.A. leży nieco głębiej niż w braku rewolucyjnego zapału u Szajkowskiego. Już jakiś czas temu trafnie zlokalizował ją Marcin Starnawski. W tekście „Któż tam będzie wisiał?” – Bunt chłopski w miejskiej wyobraźni dokonał gruntownej, choć wyważonej krytyki strategii promocyjnej płyty GORE, opartej na afirmacji „autentycznego” chłopsko-antykapitalistycznego, a więc transhistorycznego sprzeciwu. Nie ma sensu powtarzać wszystkich jego argumentów, warto natomiast przytoczyć te najbardziej celne. Wyłaniający się z utworów zespołu R.U.T.A. „chłopi” stają się czymś na kształt fantazmatycznej figury – zesencjalizowanej i następnie zawłaszczonej po to, by przeciwstawić ją równie niedookreślonej „elicie”. Dzięki temu mniej uważny odbiorca niekoniecznie musi zauważyć, że choć muzycy mówią coś o niesprawiedliwości, ucisku i buncie, to w gruncie rzeczy… nic nie mówią. Ani o sytuacji w XVI wieku, ani o tej współczesnej. Być może dlatego R.U.T.A. została tak entuzjastycznie przyjęta na łamach liberalnej „Polityki”, jednego z większych polskich tygodników opiniotwórczych głównego nurtu. Wypada jednak oddać sprawiedliwość zespołowi i płycie GORE o tyle, że wywarła ona rodzaj politycznego skutku w sferze publicznej widzialności/świadomości. Muzykom z R.U.T.A. z Szajkowskim na czele udało się uzupełnić obraz historii i przywrócić pamięć o chłopskich korzeniach Polaków. Ten gest pozwala wpisać album w szerszy kontekst podobnych zjawisk kulturowych, wśród których mógłby znaleźć się również spektakl Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego W imię Jakuba S.

W 2012 roku ukazała się druga płyta zespołu R.U.T.A., Na Uschod. Wolność albo śmierć. Gościnnie wystąpili na niej zagraniczni muzycy: pochodząca z Białorusi Nasta Niakrasava, kijowski zespół Hulajhorod oraz węgierskie wokalistki z Haluna Music Group. Szajkowski i spółka tym razem sięgnęli po folklor powstały na obecnych terenach Ukrainy, Białorusi i Rosji. Najnowszy album spotkał się z równie przychylną reakcją recenzentów co poprzedni – pojawiały się nawet opinie, że bardziej prowokuje do dyskusji i jest lepiej przemyślany pod względem muzycznym. Zespół nie zrezygnował ze swojej ambicji poszerzania wiedzy czy przeorganizowywania kolektywnej świadomości. Obiektem zainteresowania jego członków stała się tym razem przeszłość wschodnich sąsiadów Polski i wpływ, jaki wywarła na nasze współczesne relacje – zgodnie z deklaracją zawartą w materiałach promocyjnych płyta Na Uschod miała stanowić próbę symbolicznego „pojednania naszych słowiańskich narodów”. Trudne to zadanie i nic dziwnego, że nie do końca udało się je zrealizować. Wydaje się, że o ile poprzednia płyta rzeczywiście uzupełniała stereotypowy wizerunek polskiej wsi sprzed wieków o pomijane dotychczas elementy, o tyle najnowszy album przyczynia się raczej do zaciemnienia obrazu polsko-białorusko-ukraińsko-rosyjskiego pogranicza.

Warstwa tekstowa Na Uschod w swojej wymowie przypomina treści z debiutanckiego albumu GORE, tym razem jednak skarga na panów, ekonomów i kler przeplatana groźbami odwetu zostaje wyśpiewana w kilku różnych językach. Za przykład niech posłuży utwór Sadoma, gdzie można usłyszeć najpierw frazy po białorusku, a później po polsku: Oj Sodoma Panie Bracie, Sodoma, Sodoma / Nie ma chleba, Panie Bracie, ani w polu, ani w domu / Kiedyś miałem ja zieloną polanę, polanę / Aż panowie ją skosili beze mnie, beze mnie / Poszedłem ja do pana zażądać zapłaty / A on mnie obił, obił i wygonił z chaty. Taka strategia pozwala na ustanowienie swoistej wspólnoty doświadczeń chłopów z terenów obecnej Polski i tych, którzy pochodzili z dawnych Kresów Rzeczypospolitej. Rodzaj polsko-ukraińsko-białurusko-rosyjskiego porozumienia zostaje zbudowany już na samym początku albumu – w intro polscy chłopi spotykają swoich ukraińskich odpowiedników i wstępną nieufność przełamują słowami My nie pany, my chamy. W świecie kreowanym przez R.U.T.A. w Na Uschod takie zapewnienie wystarcza, w rzeczywistości chyba jednak nie okazałoby się dobrym narzędziem „pojednania naszych słowiańskich narodów”. Członkowie zespołu w ferworze tworzenia „chłopskiej międzynarodówki” najwyraźniej chcieliby zapomnieć, że na konflikty ekonomiczne na dawnych Kresach Rzeczypospolitej nakładały się również podziały o charakterze narodowym czy etnicznym.

Nie można zapominać, że większość materiału uzbieranego przez członków zespołu R.U.T.A. pochodzi z okresu formowania się świadomości narodowej współczesnych Ukraińców i Białorusinów. Za czasów I Rzeczypospolitej Polakami na Ukrainie była właściwie wyłącznie szlachta i to właśnie przeciwko reprezentantom tej grupy, narzucającym swoją dominację pod względem politycznym, gospodarczym i kulturalnym, były wymierzone bunty chłopskie. Oczywiście w świadomości samych buntowników powstania były nacechowane bardziej społecznie i kulturowo niż narodowo, jednak pominięcie tego ostatniego elementu niewątpliwie jest krzywdzącym uproszczeniem. Krzywdzącym nie tyle dla Polaków, ile dla ówczesnych Rusinów i ich potomków, zaciera bowiem obraz Rzeczypospolitej jako kolonizatora. Do płyty Na Uschod dołączona jest co prawda całkiem pokaźna książeczka, w której znalazł się również esej Daniela Beauvois, francuskiego historyka uznającego kolonialny charakter obecności Polaków na Ukrainie, jednak to nie esej, a teksty piosenek mają szansę trafić do szerszego grona odbiorców. Te z kolei, choć stoją za nimi dobre intencje, zastępują szlachecki fantazmat kresowej wspólnoty wielokulturowej innym mitem pojednania między niższymi warstwami społeczeństwa. R.U.T.A. – You’re Doing It Wrong.

Wśród pieśni inspirowanych wschodnim folklorem na płycie Na Uschod znalazł się również cover utworu bardziej współczesnego, czyli Mama anarchija legendarnego Wiktora Coja i zespołu Kino. I znowu można argumentować, że taki gest jest postawieniem znaku równości między buntem chłopskim a buntem punków w latach 80., a więc zawłaszczeniem, ale… Ale piosenka brzmi zbyt porywająco, żeby to robić. Trzeba przyznać, że gdyby odciąć cały kontekst „chłopski” i „pojednawczy”, to nowa wersja Mama anarchija dobrze wpisuje się w klimat ostatnich antysystemowych wystąpień Femenu czy Pussy Riot. Może zatem muzycy zespołu R.U.T.A. trafnie wybrali kierunek muzycznej podróży – na wschód – cofnęli się tylko za daleko w czasie.