bunin
RECENZJE | 13.05.2013

Bunin późny i Bunin wczesny (I. Bunin „Późna godzina”)

Niełatwo zacząć pisać o tej książce. Dlaczego? Dlatego, że ma dwa początki. Może w takim razie zacząć od środka? Wtedy, paradoksalnie, będzie chronologicznie. Późna godzina to bowiem tryptyk, który tłumaczka, Renata Lis, ułożyła, sugerując się innymi kryteriami niż daty powstawania utworów. Rzecz zaczyna się od kilkunastu opowiadań napisanych przez Bunina na emigracji we Francji w latach 1937–44. Kolejna część to dziennik prowadzony przez rosyjskiego noblistę w latach 1918–19, ostatnie zaś – zamykające opowiadanie z roku 1921 zatytułowane Koniec… – tak na dobrą sprawę książki nie kończy. Dalej znajdziemy jeszcze kilkadziesiąt stron przypisów oraz krótki esej tłumaczki.

 

Bunin wczesny

Uporządkujmy to trochę. Swój dziennik Bunin pisał w Moskwie, w roku 1918, oraz – już po emigracji ze stolicy – w Odessie, w 1919. Zatytułował go Окаянные дни, co dotychczas tłumaczono jako dni przeklęte, potępione i pod taką też nazwą (Przeklęte dni) Bunin funkcjonował w starym przekładzie. Renata Lis zrezygnowała z diabelskich konotacji i zaproponowała tytuł Nieszczęsne dni, z czego tłumaczy się w mikroeseju – okajannyj to rosyjski archaizm, którego odpowiednik trudno znaleźć w języku polskim. Z jednej strony pozbycie się religijnych skojarzeń jest trochę wbrew intencjom noblisty, który na przewrót bolszewicki i jego skutki patrzył w kontekście grzechu i pokuty. Z drugiej jednak – trzeba przyznać, że „nieszczęsny” brzmi mocniej i dosadniej niż „przeklęty”.

Bunin poświęcił swój dziennik na spisanie wszystkich dramatycznych wydarzeń z lat 1917–1919, których był świadkiem, a które przestawiły zwrotnice rosyjskiej historii na komunistyczne tory. Na suchej relacji jego sprawozdanie się jednak nie kończy. Pisarz był nie tylko biernym świadkiem rozszalałego, czerwonego pandemonium, ale także patriotą niemogącym pogodzić się z upadkiem własnego kraju. Za każdym razem, gdy w gazetach czyta o kolejnych pogromach burżuazji, zaciska pięści z bezsilnej złości; za każdym razem, gdy na własne oczy widzi szydzące, bezczelne chłopstwo, zgrzyta zębami. Wie, że każdy wyraz sprzeciwu, każdy niefortunnie wymierzony policzek, może skończyć się tragicznie dla niego i dla jego rodziny.

Dlatego sięga po pióro i notuje. Dziennik staje się jego jedynym wyrazem sprzeciwu. Czytając go, nieraz można odnieść wrażenie, że Bunin nie moczył pióra w atramencie, ale we własnej nienawiści. Do bolszewizmu. Do głupoty, jaka rządzi tłumem. Do Lenina, profanującego święty Kreml.

Warto odnieść się do tych trzech obiektów gniewu. Bolszewizm – wiadomo – to dla Bunina jedno z największych źródeł zła. Głupota tłumu – wydawać się może, że tu akurat chodzi o coś więcej. W pisarzu płynie szlachecka krew, co widać w zapiskach – arystokrata, jak się patrzy (pomimo ciągłych kłopotów finansowych). Gdy służba domowa przygotowuje posiłki i sprząta, wszystko jest w porządku. Gdy ci sami ludzie próbują zaś dojść do władzy, żądają tych samych praw, wykrzykują hasła wolności i równości, w Buninie budzi to głęboki sprzeciw. Wydaje się, że jeden z głównych trzonów światopoglądu noblisty to wiara w hierarchię; każdy powinien znać swoje miejsce. Staje on w obronie ładu zniszczonego przez Rewolucję Październikową. Co jednak ciekawe i warte odnotowania w tym miejscu, zgoła inny stosunek miał do Rewolucji Francuskiej.

Zresztą ten rys arystokratycznej postawy przejawia się także w podejściu do literatury. Bunt i sprzeciw Bunina to nie tylko niemożność pogodzenia się z wojną domową i upadkiem ukochanego kraju. Wraz z Rewolucją Październikową w niebezpieczeństwie znalazła się literatura wysoka, a pod sztandarem postępu i modernistycznych haseł szeroki poklask zyskuje literatura „klozetowa”. Słowem, według noblisty komunistyczna tłuszcza zabrała się za sztukę, kiedy jej miejsce – co najwyżej – w sztukaterii.

I jeszcze trzeci symptomatyczny obiekt nienawiści: Lenin profanujący Kreml samą swoją obecnością. Wiąże się to po części z tym, co powyżej zostało już powiedziane: Bunin wierzył w carat i wielką Rosję. Był patriotą, ale patriotą starego porządku. Jak pisze Renata Lis: Kopuły soborów kremlowskich wprawiały go w uniesienie, carskim grobom w soborze Piotra i Pawła w Petersburgu kłaniał się do ziemi, w czasie wojny domowej podziwiał admirała Kołczaka jako autokratycznego Wielkorządcę Wszechrusi. Wsjo.

Dziennik, jak już się rzekło, zostaje jedyną formą sprzeciwu wobec raczkującego totalitaryzmu. Ataki jednak nie sięgają przeciwnika, bo Bunin nie dość, że nie publikuje dziennika (z wiadomych względów Nieszczęsne dni ukazują się dopiero kilka lat później w Paryżu), to jeszcze przechowuje go w tajnej skrytce. Co więcej, chowa go tak skutecznie, że gdy przychodzi emigrować z Odessy do Francji, sam nie wie, gdzie zapodział zakończenie (archeologowie, paleontolodzy i wszelkiej maści w ziemi kopiący – łopaty pod pachę i na Krym, Bunina szukać!). To dlatego dziennik urywa się w punkcie kulminacyjnym, a czytelnikowi nie jest dane poznać zakończenia. Na szczęście Renata Lis zamieściła po Nieszczęsnych dniach opowiadanie Koniec. Dopełnia ono dziennik doskonale. Jak? Tego już nie zdradzę, aby nie zabierać frajdy.

 

Bunin późny

Miłość Bunina do Rosji nie zasadza się jedynie na pamięci czasów sprzed przewrotu bolszewickiego. Sięga znacznie dalej, aż do samych prapoczątków słowiańskiego narodu, do mitycznej i duchowej Rusi sprzed cara Piotra. To właśnie ta miłość podyktowała mu treść opowiadań emigracyjnych.

Pisał je w latach 1937–1944. Nie dość, że wybuchła wtedy II wojna światowa, Buninowi zaczęły dokuczać kolejne problemy finansowe. Uhonorowany w 1933 Nagrodą Nobla, przez pewien czas żył w dostatku. Sęk w tym, że – podobnie jak Dostojewski – nie należał do fanów odkładania pieniędzy w banku czy skarpecie. Co prawda nie przeputał wszystkiego w kasynach jak autor Biesów, ale dzielił się dobytkiem z przyjaciółmi, których próbował wydostać z ubóstwa. Na własne jednak nieszczęście – dzielił się na tyle często i szczodrze, i na tyle skutecznie, że w końcu sam dołączył do adorującego go grona biedaków.

I o czym ten sterany życiem emigrant pisze? Ano o miłości pisze, o miłości.

Rzecz to niesamowita. Chciałbym napisać, że panaceum i antidotum na metafizyczną niemoc naszej rzeczywistości, o której z taką pasją pisze Houellebecq. Oczywiście tego nie zrobię. Raz, że wspomniany Francuz straszy z półki za mną, a dwa, że w tramwajach ostatnio można zaobserwować ciekawe zjawisko – czytelniczki ołówkiem i fiszkami zaznaczają ulubione fragmenty pornbooka sygnowanego nazwiskiem niejakiej E.L. James.

Bunin wpisuje się w tradycję krótkich form, której początek swoimi tekstami dał Czechow. I chyba nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że każde z opowiadań na swój sposób zasługuje na zaszczytny tytuł majstersztyku. Co więcej, niektóre zakrawają na arcydzielność (Czasownia to zaledwie strona dość hermetycznego tekstu, ale o jakiej mocy!). Noblista w swoich tekstach jest jak doświadczony akrobata spacerujący po linie. Profesjonalista od pierwszego do ostatniego kroku. Na jednym krańcu szali kładzie wrażliwość, na drugim – dystans. Tam, gdzie większość na jego miejscu popadłaby w tani sentymentalizm lub brak zaangażowania, on utrzymuje równowagę. Gdy my, widzowie tego spektaklu, rozdziawiamy usta, podnosimy się z miejsc, dłonie składamy do oklasków, on zachowuje minę pokerzysty – porusza się kilkanaście metrów nad ziemią, ale nawet nie drgnie. Opowiada historię i doskonale wie, że to nie on, a czytelnik ma się wzruszyć. I nie będzie biadaniem, ale zwykłą konstatacją faktów, jeśli ktoś zakrzyknie, że dziś już nikt tak nie pisze o miłości.

Opowiadania emigracyjne jednak nie tylko Erosem stoją. Nad każdym tekstem unosi się duch dawnej Rusi, której sielski, niezmieniony obraz Bunin zachował w swojej pamięci, pomimo kolejnych przewrotów, sztormów i wojen, jakie nękały już nie tylko Rosję, ale całą Europę w pierwszej połowie XX w. Pisarz nie mógł fizycznie wrócić do domu, wracał więc tam w swoich opowiadaniach – to godny podziwu eskapizm. Wokoło spadają bomby, pieniędzy starcza na tyle, by nie umrzeć z głodu, a jemu jedno wspomnienie kraju własnego dziecięctwa wystarcza, by utkać nić nadziei. Charakterystyczne jest tu opowiadanie Rusia. Rusia to dziewczyna, pierwsza miłość głównego bohatera, którą ten wspomina podczas podróży pociągiem. Prócz odczytania dosłownego narzuca się też inne, nieco symboliczne (choć z symbolizmem trzeba uważać, Buninowi było z nim nie po drodze). Podróżny to emigrant, Rusia to Ruś, za którą tęskni i do której nie może wrócić, a której wyidealizowany obraz zachował w sercu.

Może właśnie ze względu na to oddalenie Bunina od ojczyzny, a także jej upadek, większość historii nie może znaleźć swojego szczęśliwego zakończenia? Bo tam, gdzie najpierw kwitnie miłość, tam później bardzo często wkracza śmierć. Jak we wspomnianej już Czasowni: A czemu on się zastrzelił? – pyta małe dziecko, a starsze czy bardziej uświadomione, albo może dorosły odpowiada – Był bardzo zakochany, a kiedy ludzie są bardzo zakochani, wtedy do siebie strzelają.

Zdaje się, że Iwan Bunin to pisarz niesłusznie w Polsce zapomniany. Nowy przekład Renaty Lis – genialny ze względu na most, jaki przerzuciła tłumaczka pomiędzy dwoma kulturami, na pozór tak podobnymi, a jednak zupełnie różnymi – to doskonała okazja, by nadrobić te zaległości.

___

Iwan Bunin

Późna godzina

Przekład: Renata Lis

Wydawnictwo Sic!, 2012

Liczba stron: 360

Paweł Micnas

Paweł Micnas

(ur. 1992) zamieszkały w Poznaniu flâneur, cyklista i student filologii polskiej oraz wschodoznawstwa na UAM. W wolnych chwilach czytuje akmeistów, marnotrawi czas na football, a także mierzy się z wszelką prozą, która wpadnie mu w ręce. Najchętniej wszystkie zimy spędzałby w Dubrovniku, a lata w Petersburgu