wniebowziete-o-stewardesach-w-prl-u
RECENZJE | 13.06.2016

Bujać w peerelu (A. Sulińska „Wniebowzięte”)

Podtytuł Wniebowziętych, książki Anny Sulińskiej, brzmi: O stewardesach w PRL-u i jest cokolwiek mylący. Sulińska, owszem, napisała świetny reportaż o Polkach, które jako pierwsze podjęły się niełatwej pracy stewardesy. Jednak, co pewnie zabrzmi jak truizm, trudno mówić o niebie bez odniesienia do ziemi, dlatego książka Sulińskiej to także interesujący materiał o PRL-u oraz polskiej mentalności tamtego okresu. Historie to niesamowite, wnioski raczej gorzkie: bywamy niemal tak samo irytujący, jak reklamy na pokładach ryanairów.

Należę do ludzi raczej przyziemnych. Latanie sprawia, że z przeważnie chłodnego racjonalisty staję się bogobojnym orędownikiem apokalipsy. Pracę na pokładzie takiej maszyny uważam za absurd, nawet teraz, gdy lot kontrolują setki komputerowych systemów. Ale Sulińska zajęła się czasami, w których samolotami – oprócz pilota – latali mechanicy i nawigatorzy, pilnujący, żeby przypadkiem maszyna nie rozpadła się w połowie drogi. To czasy lotniczych pionierów i pionierek, ludzi tak samo odważnych, jak i szalonych. Szalonych na tyle, by wsiąść w panujące wówczas nad wschodnim niebem radzieckie potwory i lecieć nimi, mój Boże, przez kontynenty i oceany ku Amerykom i Australiom, ku światom lepszym, bogatszym i w pełnym kolorze.

Poświęcenie książki stewardesom to gest niezwykle ważny i nieprzypadkowy. Podobnie jak w innych dziedzinach historii i nauki, tu również należało wykonać pewne kroki, aby przypomnieć, odzyskać lub zrekonstruować zepchnięte na margines dzieje kobiet. Latanie najczęściej kojarzymy z braćmi Wright, myślimy też o pierwszych inżynierach i oczywiście o odważnych pilotach – mężczyznach, którzy śmieli rzucić wyzwanie grawitacji, odrywając od ziemi pierwsze, raczej beztroskie konstrukcje. Rzadko pamięta się o uwzględnieniu stewardes, choć – jak Sulińska pokazuje – to właśnie na pasażerskich pokładach, a nie w kabinach pilotów, działy się rzeczy najciekawsze.

Pomysł na książkę jest tym bardziej udany, że dotyczy przecież nie tak zwykłego kraju, a narodu rzuconego w głębokie koleiny peerelu, systemu szczególnie zamkniętego, który na przekraczanie granic patrzył nieprzychylnym okiem, a tych, którzy zajmowali się nim zawodowo, traktował z najwyższą podejrzliwością. O prestiżu zawodu stewardesy w Polsce świadczyły nie zarobki (bardzo zresztą liche i utrzymane na poziomie średniej krajowej) i nie tylko odwaga, młodość i wykształcenie kobiet, które podjęły się pracy na pokładach zawodnych maszyn, ale właśnie ich mobilność. Stewardesy jednego dnia kładły dziecko do snu w Warszawie, drugiego robiły zakupy w Berlinie, trzeciego balowały w Helsinkach, żeby czwartego leczyć kaca w Mediolanie. Było to życie, którego pozbawieni paszportów obywatele Polski Ludowej nie mogli sobie nawet wyobrazić. Uroda, znajomość języków i zakupy robione na Times Square składały się na obraz kobiety sukcesu, która widziała cały świat, a w domu zawsze miała belgijską czekoladę i coca-colę. Tymczasem Sulińska pokazuje drugą stronę medalu, tę bardziej gorzką, smutniejszą i nieoczywistą.

Wniebowzięte to reportaż, który możemy podzielić na kilka części odwołujących się do różnych emocji. Początkowo więc Sulińska dba o to, by zainteresować nas historią polskiego lotnictwa powstającego w zasadzie z niczego w niełatwych czasach (prawdopodobnie pierwszy lot komercyjny w Polsce to 1919 rok). Brak infrastruktury, wytrenowanego personelu i maszyn, które nie rozpadłyby się po uruchomieniu silnika, powoduje, że nieraz łapiemy się za głowę ze zdziwienia i przerażenia, bo początki lotnictwa przypominają raczej amatorski klub niezwykłości i absurdu. Przykładowo dowiadujemy się, że niegdyś pasażerowie mogli nie tylko palić tytoń, lecz także otwierać okna (samoloty były niehermetyzowane i latały na niższych wysokościach; pierwsze w polskiej flocie samoloty z ciśnieniowymi kabinami to Convairy kupione w 1957 roku), a w kabinach nie było pasów bezpieczeństwa, więc turbulencje potrafiły rozbić głowę. Zamieszczone w książce czarno-białe fotografie z okresu narodzin polskiego lotnictwa świetnie ilustrują opowieści bohaterów Sulińskiej. Na jednej z nich z samolotu Li-2 widzimy stłoczonych pasażerów w paltach i płaszczach, siedzących twarzami do siebie na ustawionych wzdłuż pokładu blaszanych ławkach.  Nie wyglądają na pewnych siebie.

Sulińska krok po kroku ukazuje szybki rozwój polskiego lotnictwa, w tym krytyczny dla tematu książki rok 1945 i powołanie pierwszych stewardes. Nowy zawód wynikał niejako z postępu: coraz liczniejszymi i nierzadko spanikowanymi pasażerami należało się zaopiekować, a obecny na pokładzie mechanik zupełnie się do tego nie nadawał. Początkowo stewardesy latały pojedynczo i tylko na lotach międzynarodowych, ale wraz z rozwojem technologii i zwiększaniem się liczby pasażerów LOT powoływał nowe załogi.

Co ciekawe, historia stewardes według Sulińskiej nie jest jednoznaczna: jest to próba odzyskania ich głosu, owszem, również odczarowania zawodu, ale głównym wrogiem stewardes tamtego świata nie była zmaskulinizowana kultura, lecz raczej polityka Polski Ludowej. Sulińska doskonale analizuje wszelkie problemy, z jakimi zmagały się młode kobiety, w tym horrendalnie wręcz napięte grafiki, skandalicznie niskie pensje, ekstremalne warunki pracy, marne wsparcie rodzinne, agresywne zachowania pasażerów, bagatelizację znaczenia ich zawodu i dalej: problemy w domu, zazdrość męża i wieczną nieobecność.

Ale przede wszystkim Sulińska pokazuje zmagania z potwornością władzy. I w tym punkcie zmieniają się emocje niesione przez reportaż: zamiast żywego zainteresowania rozpala nas wściekłość. Przede wszystkim, choć spece od PR dzisiejszego LOT-u z pewnością chcieliby tę kartę wymazać z historii, kierownictwo Polskich Linii Lotniczych było kierownictwem partyjnym do stopnia wzbudzającego odrazę. Wszelkie niechlubne motywy, które znamy z tamtego okresu, wracają w opowieściach stewardes ze zdwojoną siłą: wyzysk, kontrola, agentura, podłość, groźby, inwigilacja, degradacja, szantaż, donosicielstwo, utrata pracy. Niejednokrotnie przyjdzie nam zakląć pod nosem, nie mogąc wprost nadziwić się stopniowi nikczemności i łajdactwa ówczesnej – owszem, w większości męskiej – władzy. Skuteczność tej podłości była tak intensywna, a przy tym tak sprytna, że odbijała się na życiu zawodowym kadr lotniczych. Przykładowo, zakaz poruszania się za granicą pojedynczo powodował, że stewardesy nawet na zakupy chodziły grupami. Wywoływało to znany ze społeczeństw krajów totalitarnych mechanizm nieufności: obecność drugiej osoby to zawsze obecność czyichś oczu i uszu. Władza, choć nieustannie posługiwała się pojęciem homogenicznego narodu, w istocie zadowolona była z nieufnego i wzajemnie podejrzewającego się społeczeństwa. Wywoływało to bowiem dyscyplinę, która pomagała kontrolować niesforne relacje, przyjaźnie i związki, nie tylko te zawodowe. Nie do końca też było wiadomo, czego nie wolno, natomiast wiadomo było, że o wszystkim można donieść. Na największą jednak pogardę zasłużył u mnie ówczesny LOT, który przestawał dbać o swoich pracowników na rzecz radzieckiej propagandy. Gdy maszyny zaczęły spadać, a ludzie masowo ginąć, winą obarczało się załogę, a nie przestarzałe i wadliwe konstrukcje surowej myśli radzieckiej, w tym niesławne IŁ-y 62 (m.in. katastrofa „Kopernika” na Okęciu i katastrofa „Kościuszki” w Lesie Kabackim). Aby w końcu zostały wyłączone z floty LOT-u, musiały zebrać żniwo setek żywotów.

Oprócz ciekawej historii i kontekstów historycznych reportaż Sulińskiej dostarcza materiału najbardziej dla nas chyba niewygodnego: pokazuje mentalność Polaków wobec nowego zjawiska. I jeśli, czytelniku, bicie brawa przy lądowaniu samolotów wzbudza w Tobie głębokie uczucie zażenowania, Wniebowzięte dostarczą całą listę nowych powodów do wstydu. Niektóre z tych historii są zabawne, inne wcale nas nie dziwią (problem z alkoholem rodaków nie jest li tylko sprawą naziemną). Pomysłowość stewardes, aby zachować dyscyplinę na pokładzie, nie miała końca: Kiedyś jedna z dziewczyn nie wytrzymuje – wspomina Solewska. – Bierze puszkę soku pomidorowego, waciki i idzie do kabiny pilotów. Polewa waciki sokiem, układa na tacy i wraca z nią demonstracyjnie. „Pilot krwawi. Dostał krwotoku z nosa”, szepczą co niektórzy ze strachem w oczach. Wszyscy siadają i w grobowej ciszy lecą do tej Bułgarii.

Jednakże jest jedno zjawisko bezpośrednio dotyczące zawodu stewardes w PRL-u, które wprowadza do książki nie tylko sporo humoru, lecz także pewne, powiedzmy, motywy kryminalne w typie gangu Olsena. Załogi samolotów rzeczywiście parały się przemytem. Choć w opinii społeczeństwa praca stewardesy była wygraną na loterii, w praktyce oznaczała przeciętne życie za średnią krajową. Młode dziewczyny miały jednak swoje sposoby, aby dorobić do pensji. Szmuglowały więc kosmetyki, ubrania, buty i kwiaty, choć chyba towarem najbardziej pożądanym były… belki tiulu. Sulińska stopniuje poziomy coraz to większych absurdów i pomysłów na przemyt (skoro ocleniu podlega para butów, dlaczego nie przemycić jednego buta, a drugiego wysłać inną drogą?) i są to momenty reportażu, które choć opowiadają o frustracji i biedzie, mają charakter komiczny: Oprócz kawioru, spirytusu i tiulu dziewczyny świetnie zarabiają na koszulkach Lacoste (…) Koszulki kupuje się za siedem dolarów w Bangkoku, upycha ile wlezie do torby i zawozi do Rosji. Płacą tam po dwadzieścia dolarów za sztukę i jeszcze wydzierają je sobie z rąk. Pomysłów nie było końca, choć celnicze kontrole stawały się coraz dokładniejsze. Przemyt jabłek jedna z byłych stewardes opisuje tak:

Przylatujemy z Egiptu, pasażerowie schodzą z pokładu, ogarniamy samolot i idziemy na odprawę celną. Każda z workiem jabłek.  Celnik otwiera te wory i nie wierzy. „Co to jest? Tyle jabłek nie wolno przewozić!”, krzyczy. „Jak to nie wolno? To co my teraz zrobimy? Przecież my jesteśmy na specjalnej diecie jabłkowej. Nic innego nie możemy jeść”, mówimy jedna przez drugą, bo już w samolocie uzgodniłyśmy, że w razie problemów trzymamy się tego, że przez tydzień musimy jeść tylko jabłka. Gotować, piec, trzeć, smażyć i warzyć. Celnik popatrzył na nas jak na idiotki i puścił. Jabłka sprzedałyśmy, a ostatniego dnia kupiłyśmy kosz cytrusów. Część dla polskich celników, żeby nas na cle puścili, resztę dla siebie.

Przytaczane historie i świadectwa byłych pracownic stają się jednak zdecydowanie mroczniejsze, gdy Sulińska dochodzi do pierwszych aktów terroryzmu. Możemy tego nie pamiętać, ale jedyne porwania samolotów w historii LOT-u przeprowadzali nie „obcy” ekstremiści, ale sami Polacy. Samolot był bowiem sposobem na pominięcie obsadzonych żołnierzami granic i ucieczkę na Zachód. Pod koniec lat sześćdziesiątych porwania stają się prawdziwą plagą. LOT wprowadza więc na pokład tak zwany patrol specjalny, czyli przedstawicieli Służby Bezpieczeństwa, którzy mają dbać o to, by samolot bez przeszkód doleciał na miejsce ­– pisze Sulińska. Nie wszystkie porwania przebiegły bez przeszkód (w 1969 samolot rozbił się w Beskidach po uprowadzeniu, nikt nie przeżył). Władza ze zjawiskiem zupełnie sobie nie radziła, a każda taka historia powodowała stres dla personelu i późniejsze problemy ze Służbami Bezpieczeństwa.

Najbardziej przerażającą częścią reportażu są jednak te momenty, które opowiadają o katastrofach. Trudno jest przebrnąć przez te strony bez wzruszenia i złości, ale uczuciem chyba najbardziej dojmującym jest strach. Katastrofa „Kopernika” (87 ofiar), którą kojarzymy przede wszystkim z śmiercią Anny Jantar, oraz największa w historii polskiego lotnictwa pod względem liczby ofiar (183 osoby) katastrofa „Kościuszki” w Lesie Kabackim zostały przedstawione tak emocjonalnie i sugestywnie, że nie szczędzimy pretensji do LOT-u i ówczesnych władz. Autorka doskonale stopniuje napięcie i posługuje się narracją w taki sposób, że Wniebowzięte działają jak dobra powieść odwołująca się do naszej empatii. To świadectwa tyleż ciekawsze, że opowiadają o tych wydarzeniach z innego punktu widzenia – stewardes, ale przede wszystkim młodych kobiet, które musiały pochować swoje przyjaciółki. Są to historie bólu i żalu, których nikt nie wynagrodził ani nikt za nie nie przeprosił. Ostatnie zarejestrowane słowa na pokładzie „Tadeusza Kościuszki” na chwilę przed rozbiciem miały brzmieć: Dobranoc! Do widzenia! Cześć! Giniemy!

Anegdotyczność książki Anny Sulińskiej utrudnia jej streszczenie i podsumowanie, uniemożliwia również jasną i spójną wizję wybranego tematu. Jeśli ktoś spodziewa się lewicowej laurki ku pochwale globtroterskiej natury jednostek ciemiężonych przez totalitaryzm, w dodatku przeciwstawionej zaściankowej, ziemskiej, polskiej mentalności, to mocno się zawiedzie. Na szczęście, bo Sulińska dzięki temu oddała głos różnym stanowiskom i różnym motywacjom, podkreślając tę główną – to była przede wszystkim praca i sposób utrzymania rodziny. Jednak szczególny podziw wzbudza we mnie wiek stewardes. Były to dziewczyny niezwykle młode, przyjęte do pracy nawet zaraz po maturze. Te dwudziestolatki latały po całym świecie w momencie, w którym kraj zamknął się i zabarykadował. Radziły sobie z zawodną technologią i jeszcze bardziej zawodnym czynnikiem ludzkim. Próbuję wyobrazić sobie, jak postępowały z agresywnymi i pijanymi pasażerami. Próbuję też pojąć, jaką niemożliwą siłą musiały dysponować w kontaktach z SB, jakiej elastyczności i nerwów to wymagało w tak przecież młodym, beztroskim jeszcze wieku. Ileż odwagi potrzebowały w czasie porwania albo ucieczek, przemytów i katastrof. W tym sensie książka Sulińskiej to naprawdę wyśmienity prezent dla kobiet, które uprawiały lub uprawiają ten zawód. A dla nas to przede wszystkim dobrze napisany reportaż na niebanalny i oderwany od ziemi temat.

 

Anna Sulińska

Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u

Wydawnictwo Czarne, 2016

Liczba stron: 240

Maciej Pawlikowski

Maciej Pawlikowski

(ur. 1986) – studiował krytykę literacką na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publikuje tam, gdzie go wpuszczą. Jest redaktorem w GRYOnline.pl. Urodził się w Kamiennej Górze, mieszka w Krakowie.